środa, 5 lutego 2014

Kartka 17

Znów znajdowałam się w tym przeklętym drzewie.
Tym razem jednak nie czułam się tak zagubiona. Rysowałam patykiem na ziemi mapę. Skąd ją znałam?
Połączyłam ze sobą ostatnie kreski i przyjrzałam się uważnie swojemu dziełu. Nie nadawało się może na wystawę sztuk pięknych, ale do połapania się w tym wszystkim wystarczało.
Jeśli więc narysowana mapa była właściwa, to stałam naprzeciwko wejścia z dziwnym stworem. Sądzę, że był to zgubny korytarz. Gdyby nie interwencja z zewnątrz, z pewnością już bym leżała w skrawkach w tunelu.
Po lewej od tego korytarza naskrobałam, że jest właściwy. Tak sądzę, w każdym razie. Po prawej natomiast według mnie był chlubny. Czymkolwiek ta chluba była, niekoniecznie jej pragnęłam, więc wolałam do niego nie wchodzić. Za mną natomiast był ten konieczny, należący do kogo innego. Tego też nie rozumiałam, ale nie bardzo miałam ochotę tam zawitać.
Pozostało mi jedynie wierzyć, że mapa jest narysowana właściwie. Oznaczałam korytarze zgodnie z kolejnością ich wywoływania w zagadce. Nie mam pojęcia, skąd ten pomysł znalazł się w mojej głowie, ale nie narzekałam.
- Cztery kierunki, w tym cztery światy. Gdzie jeden właściwy, jeden twą zgubą, jeden chlubą, choć niekoniecznie pragnieniem. Ostatni koniecznością, choć kogo innego własnością. I jedna szansa na potępienie, lub od zmor uwolnienie. Decyzja do ciebie należy – gdzie twoje ciało wieczność przeleży – wyrecytowałam, chociaż jeszcze nie dawno niewiele z tego pamiętałam.
Wstałam, zmazałam mapę i okręciłam się dookoła własnej osi. Mój wzrok padł na przypadkowy korytarz. To miało być wolą nie moją, a szczęśliwego trafu. Tak właśnie czułam.
Zamknęłam oczy i wpełzłam w korytarz, który od razu otulił mnie ciemnością. Czołgałam się przed siebie, biorąc płytkie oddechy i niepewnie rozglądałam się na boki. Nic się nie działo. Coraz bardziej zaniepokojona brnęłam na przód.

- Ej, Bianca. Bianca! Obudź się – ktoś szarpał za moje ramię. Jak? Przecież byłam w tunelu... – Wstawaj, nie świruj! Cholera, weź ją obudź, bo zaraz się wkurzę.
- Ej Bians, poranny prysznic nie zaszkodzi, co? – chwilę później ktoś chlusnął mnie wodą. Krztusząc się i plując poderwałam się do pozycji siedzącej i rozglądnęłam wkoło. Może jednak nie byłam w tunelu...
- No cześć – wyszczerzyła zęby Aria. Trzymała w ręce szklankę i wyglądała na niewyobrażalnie szczęśliwą.
- Nie można było inaczej? – warknęłam, przecierając dłońmi oczy.
- Inaczej, to byśmy cię budzili pół roku. Tak poszło szybciej – odparła i postawiła naczynie na stoliku.
- Jeszcze się odwdzięczę – dopiero po chwili zauważyłam obecność Piotrka w pokoju. Siedział na krześle i wpatrywał się we mnie z lekkim uśmiechem. Lekko zażenowana samą jego obecnością, podciągnęłam kołdrę aż po szyję.
- Cześć – przywitał się na co odpowiedziałam lekkim skinieniem głowy. Błagam, niech już stąd wyjdzie!
- Wiadomo coś o Jaydenie? – spytałam.
- Wiadomo – Aria oparła się plecami o ścianę i machnęła głową w stronę jeszcze jednej osoby znajdującej się w pokoju. Przerzuciłam na nią wzrok i skupiwszy się, próbowałam dobrać imię do postaci.
- A kto to? – mruknęłam głupio, przyglądając się dziewczynie.
- Jestem Ewelina – odpowiedziała mi nieznajoma. – Znalazłam Jaydena.
- Znalazłaś? – zdziwiłam się. Dziwnie to bardzo zabrzmiało. Jakby mówiła o jakiejś rzeczy, a nie o człowieku.
- W sumie to on mnie znalazł. Wczoraj po południu.
- I gdzie jest?
- Aktualnie w swoim pokoju. Przygotowuje się mentalnie na opieprz od ciebie – zachichotała Aria, bawiąc się szczotką do włosów.
- A tak właściwie, to czemu cię szukał? – spytałam Ewelinę.
- Pomyślał, że mu pomogę. Powinnaś z nim pogadać.
- Odprowadzę cię – zaofiarował się Piotrek i wstał. Ja też już miałam to zrobić, ale przypomniałam sobie ze złością, że sypiam w bieliźnie.
- No... uhm. To poczekaj na korytarzu – mruknęłam. Uśmiechnął się bezczelnie i wyszedł za drzwi, a wraz z nim Ewelina. Aria po chwili wybiegła za nią, krzycząc coś o zeszycie z biologii.
Wygramoliłam się z łóżka i jak zombie podeszłam do szafy. Nie było czasu na rozważanie w co się wcisnąć, musiałam szybko dotrzeć do Jaydena, a jeszcze szybciej pozbyć się towarzystwa Piotrka. Ta sprawa była tak niewygodna, że nawet nie chciałam wybierać. Wolałam to wszystko odwlec jak najdalej.
- No to chodźmy – zarządziłam, wychodząc z pokoju. Piotrek opierał się o ścianę i przyglądał mi się uważnie. Po jego twarzy błąkał się lekki uśmiech, który bardzo mnie cieszył, a jednocześnie chciałam, aby nigdy się nie pojawił.
Internat ział pustką. W soboty większość wynosiła się z tego miejsca i uciekała jak najdalej, by poczuć smak wolności. Albo też gniła w salach na lekcjach dodatkowych, modląc się o szybką ucieczkę.
Miałam więc sporo czasu podczas wędrówki, by powiedzieć Piotrkowi wprost, że ten pocałunek nic nie znaczył. Jednak nie odważyłam się skłamać, w obawie, że nie dam rady. Już teraz ciężko mi było spojrzeć mu w oczy. Zachowywałam się jak dziecko. Jak głupie, małe dziecko! Trudno.
Piotrek jednak nie poruszył tego tematu, za co w duchu bardzo mu dziękowałam, a zarazem przeklinałam. Cholerna Aria! To wszystko przez nią.
- Nie krzycz za bardzo na niego – uprzedził mnie, kiedy zatrzymaliśmy się przed drzwiami pokoju. Po raz pierwszy od kiedy wyszliśmy na korytarz, zerknęłam na niego. Uśmiechał się wesoło, a widząc mój wzrok, odgarnął za ucho kosmyk zdradzieckich włosów, który mi opadł na twarz. Skrzywiłam się na kształt uśmiechu i wpadłam do pomieszczenia.
Ja przez nich szybciej zwariuję, niż przez te cienie!
- Cześć – usłyszałam. Zamknęłam z hukiem drzwi i odwróciłam głowę w stronę siedzącego na łóżku Jaydena. Patrzył na mnie wyczekująco, niemalże wwiercając we mnie oczy.
- Ty! – warknęłam. Chyba nawet się ucieszył, bo kąciki jego ust uniosły się lekko do góry.
- Ja...
- Dlaczego...
- Dla spokoju.
- Jak mogłeś?
- Najwyraźniej normalnie...
- Jesteś debilem! Imbecylem!
- Idiotą, chujem, ciotą – podpowiedział, uśmiechając się coraz szerzej.
- ... pajacem, bałwanem, kretynem...
- Wysil się. To już przerabialiśmy – zadrwił.
- Powiem wszystko mamie! – warknęłam zezłoszczona. Jayden uniósł ręce do góry i zaczął gwałtownie kręcić głową.
- Tylko nie mamie! – udał przerażenie.
- Mamie i Sophie – oparłam ręce na biodrach i starałam się wyglądać groźnie.
- Sophie mnie pobije – skrzywił się i wstał. – Nie powiedziałaś im wcześniej?
- To, że odpierdzielasz takie coś, to nie znaczy, że będę latać i krakać mamie o każdym twoim występku. Jednak albo opowiesz mi dosłownie wszystko, albo będziesz musiał wysłuchiwać kazań mamy. Twój wybór – podeszłam i dźgnęłam go palcem w pierś.
- Jesteś głupia.

- A ty głupszy – prychnęłam zakładając ręce na piersi. – Więc? Opowiadaj.


~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~

A to już trzy miesiące ;o
Nie martwcie się, po skończeniu tej historii nie zamierzam odejść z blogosfery.
Haha, nikt by nie tęsknił <3
Mam parę*naście* pomysłów na kolejne opowiadania c;
Indżoj!