Jayden
Zupełnie nie
odbierałem bodźców z otoczenia. Coś się wokół mnie szamotało. Jakieś kolorowe
plamy biegały w te i nazad. Chyba mnie przenosili.
Myślami byłem gdzie
indziej. Napływ wspomnień był wręcz nie do zniesienia. Poddałem się mu.
Pozwoliłem, by porwał mnie ze sobą i ukazał wszystko po kolei.
Miesiąc po pobiciu
wróciłem do normalnego trybu życia. Mimo tego, że na zajęcia z
pianina już nie chodziłem. Wciąż wypytywali mnie kto mi to zrobił, ale nie
puściłem pary z ust. To wiadome, że gdybym to zrobił, oni odnaleźliby mnie i
znów zaczęli katować. Nie chciałem!
Każdej nocy
przychodziłem do pokoju Bianci i chowałem się do niej pod kołdrę. Nie
potrafiłem leżeć spokojnie z myślą, że za chwilę z mroku mogą wychynąć ci
chłopcy. Sprawa zaczęła piąć się pod górkę, kiedy pewnego dnia mama zaczęła
grać na pianinie. Zacząłem się tak bać, że nie potrafiłem wysiedzieć w miejscu.
Uciekłem.
Nogi zagnały mnie
do pobliskiego lasku, gdzie mogłem się przejść i wypocząć. Czułem spokój, jak
nigdy wcześniej. Mimo późnej pory i wszechogarniającej ciemności nie pozwalałem
swoim zmorom przejąć nade mną kontroli.
Bawiłem się.
Śpiewałem wyliczanki, które tylko przychodziły mi do głowy. Latałem pomiędzy
drzewami, aż w końcu nie natrafiłem na ogromnego dęba. Okrążyłem go, śmiejąc
się bez powodu.
Gdy odwróciłem
głowę w tył, słysząc jakieś dziwne szelesty, natychmiast znieruchomiałem. Tuż
za mną stał jeden z chłopców uczestniczących w pobiciu.
- Przez ciebie
przegrałem, frajerze!
- Ja nie chciałem! – zarzekłem
się, kręcąc wolno głową. – Nie chciałem!
Chłopiec rozpłynął
się tak szybko, jak się pojawił, a nade mną przejęło władzę bezgraniczne
zdziwienie. Rozejrzałem się wkoło, szukając łobuza, ale nie zauważyłem nikogo.
- Halo? –
zawołałem, cofając się w stronę dziury w drzewie. Jeden nieopatrzny krok i
chwilę później wylądowałem w środku. Ledwo zdołałem usiąść, a gdzieś w zakątku
mojej głowy odezwał się cichy głosik. Przestał mnie już dziwić. Od dwóch
tygodni pojawiał się coraz częściej i mówił mi do ucha dziwne rzeczy.
Powiedziałem o tym koledze, ale stwierdził że jestem nienormalny. Dlatego
postanowiłem, by nie mówić o tym nikomu więcej.
Jednak głosik nie
dawał mi spokoju. Odzywał się w najmniej sprzyjających sytuacjach i strasznie
mnie denerwował.
Odwróć się! – szeptał, a przez mój
kręgosłup co rusz przechodziły dreszcze strachu. Dopiero po dłuższej chwili
zdecydowałem się obrócić głowę i zerknąć niepewnie za siebie.
W korze drzewa był
wyryty napis jakąś niesprawną ręką. Po paru chwilach zauważyłem w pochyłych,
ostro ciosanych literkach swoje własne pismo. Podczołgałem się bliżej i z uwagą
przesunąłem dłonią po wgłębieniach.
- Potrzebujemy
wyzwolenia – przeczytałem, a kiedy dźwięk mojego głosu ucichł, poczułem jak coś
rozsadza moją czaszkę od tyłu. Złapałem się za kark, próbując powstrzymać
konwulsyjne drganie głowy i krzyknąłem z bólu.
Bezradność, strach, smutek i przerażenie. Wszystkie te uczucia zaczęły pomału
napływać do rany i wraz z nią wydostawać się na powietrze. Czułem jak wszystko
ze mnie uchodzi, ale jednocześnie nie znika. Nadal się bałem, tak cholernie się
bałem.
Każde z uczuć
automatycznie przybierało na sile, jakby starało się wygrać w tym dzikim
pościgu po mojej głowie. Czułem, jak wzrasta ich moc, jak niemal przybierają
jakiś mi bliżej nieznany kształt. Jak kształtują się, uosabiają.
Witaj, Jaydenie.
Ból ustał, a
wszystkie emocje opanowały się i przestały biegać. Ucisk w sercu, który jeszcze
przed chwilą z niesamowitą prędkością narastał, teraz zelżał, prawie znikł.
Odważyłem się
otworzyć oczy i zerknąć na to, co jawiło się zielonymi skrami tuż przede mną. A
był to cień. Mój cień, który od tamtej pory nie opuszczał mnie ani na krok.
Cień - uosobienie wszystkich tych skrajnych emocji, wszystkich moich lęków,
żalów i przyczyn niesamowitego bólu.
- Witaj –
szepnąłem, zbyt przerażony, by wykrztusić z siebie coś więcej.
Zabawne, że ledwie
miesiąc później mój własny cień doprowadził mnie do takiego stanu, że nie
potrafiłem jeść, ani pić. Straciłem kontakt ze światem realnym i zanurzyłem się
we własną chorobę, którą później zdiagnozowano jako schizofrenię paranoidalną.
Ogarniało mnie coraz większe szaleństwo. Chowałem się po kątach i zamykając
oczy widziałem dosłownie wszystko, co chciałem. Cień bez przerwy mi
towarzyszył. Wcale nie wydawał się być zmorą, kiedy bawił się ze mną w zupełnie
innym świecie. Ale był.
W końcu doszło już
do takich dziwnych sytuacji, że zacząłem zwierzać się z nich małej Sophie.
Bałem się reakcji matki i nie chciałem aby Bianca wiedziała, co w mojej głowie
się wyprawia. Byłem niemal pewien, że Sophie nic z tego co mówię ani nie
zapamięta, ani szczególnie nie zrozumie.
Nawet kiedy
zamknęli mnie w zakładzie psychiatrycznym i zaczęli wpajać, że mówię głupoty.
Nawet wtedy opowiadałem Sophie co cienie mi mówią. Ich obietnice i uczynki
niekiedy bardzo mnie przerażały. Ich? Z moich żalów i lęków powstała jedna,
konkretna zmora, która niedługo później zaczęła dwoić się i troić. Coraz
bardziej bałem się cienia, a mój strach jedynie go sycił i zadowalał.
Stwarzałem swoje kolejne lęki, które wzmacniały tę nieludzką istotę.
Można by
powiedzieć, że wyszedłem z tego cało, kiedy wypuścili mnie z psychiatryka.
Czułem się lepiej. Tak jakby. Mój cień wciąż mnie nie opuszczał. Został dopiero
kiedy wyjechaliśmy z Polski, uwalniając mnie chociaż na trochę od lęków. Nie
zrobił jednak tego z uprzejmości, czy bezsilności. Przeciwnie, szykował siły,
aby powrócić i uderzyć w momencie, w którym nigdy bym się nie spodziewał. I w
osobę, w którą bym się nie spodziewał.
Znalazł sposób, aby
omamić mnie całego. Spowodować, żeby żaden zakład psychiatryczny nie był w
stanie mnie z tego chociaż trochę uwolnić. Chciał bym poddał mu się całkowicie
i karmił go swoimi emocjami.
Osiągnął to poprzez
Biancę, wysługując się nią. Zabierając ją tak, aby utknęła pomiędzy
rzeczywistością, a śmiercią. Aby utknęła w cieniu, gdzie wszystko jest iluzją,
gdzie każdy mały szczegół uzależnia. Tkwiłem tam dniami i tygodniami i nie
potrafiłem przestać, a teraz ona nie miała wyboru.
I już wiedziałem,
że jedynym sposobem na uwolnienie jej z tego całego koszmaru jest uśmiercenie
mnie. Wtedy cień również rozpłynie się w niebyt, nie pozostawiając po sobie
nawet ciemnej smugi.
Wziąłem głęboki
oddech i wybudziłem się z transu. Cień sięgał i po mnie, nie potrafiłem temu
zaprzeczyć, ani choćby mu się sprzeciwić.
Widziałem grupę
ludzi, szamoczących się wkoło. Ktoś coś przestawiał, poprawiał. Ktoś nachylał
się nade mną, trzymając w ręce jakieś papiery.
- Spokojnie, nie
wierć się – powiedział czyiś ciepły głos. Zamrugałem i pierwsze, co rzuciło mi
się w oczy to te blade, smutne ściany pomalowane na biało. Białe fartuchy,
biała pościel. – Będziesz musiał ładnie przeprosić mężczyznę, w którego
rzucałeś szkłem. W końcu to dzięki niemu teraz żyjesz. Ironia, prawda? Nie kręć
się...
- Co kurwa? Wypuść
mnie. Japierdole, czemu mnie związaliście? – przestraszyłem się, próbując
wyszarpnąć ręce z lin, którymi przymocowali mnie do łóżka. – Ej kurwa, uwolnij
mnie! Kurwa muszę uratować siostrę!
- Nic jej nie
grozi, nie martw się – lekarz na chwile zniknął z mojego pola widzenia, przez
co jeszcze bardziej się sfrustrowałem i próbowałem wyrwać.
Wrzeszczałem, żeby mnie uwolnili,
ale nie słuchali. Krzyczałem, że to wszystko prawda, że zabrali ją i zrujnowali
mój świat. Zabrali ją. Zabrali!
Przywiązali pasami do łóżka i
szykowali narkozę. Lekarz sterylizował strzykawkę i zupełnie nie obchodziło go,
co przeżywałem.
- Musisz mi uwierzyć! –
wrzasnąłem, kiedy zaczął się zbliżać. – Oni ją zabrali! Zabrali!
- Gdzie ją zabrali? – spytał
spokojnie lekarz.
- Do mnie! Zabrali ją do mnie!
Nie uwolnią jej! Musisz mnie zabić! Musisz to zrobić, żeby przeżyła! –
wrzeszczałem, szarpiąc się na wszystkie strony. Łzy spływały mi po policzkach,
a głosy w głowie cicho szeptały, że i tak wszystko na marne, że nie ma się o co
starać.
- Kogo?
- MOJĄ SIOSTRĘ TY OŚLE! –
zawyłem, wyginając ciało w łuk. – Zabij mnie zanim wszystko będzie stracone!
- Ćśś, nie szarp się tak.
- Słyszysz mnie kurwa?! Zabij!
Japierdole ile jeszcze mam powtarzać! Ona zginie! Starci świadomość! Jest w
miejscu, w którym nie ma zasad.
- Gdzie jest? – spytał z
grzeczności lekarz, zakładając białe rękawiczki. Ledwo widziałem przez ten
potok emocji wylewający mi się z oczu. Błagam, uwierz mi.
- W świecie bez zasad. W mojej
głowie. W moim umyśle.
- To nie zaboli, poczujesz
jedynie ukłucie komara.
- Zabiłem ją! – wrzasnąłem
ostatkiem sił, kiedy przytknął zimną igłę do mojego ramienia. – Zabiłem!
Wiedziałem, że to się stanie! Nic nie zrobiłem! Zabiłem własną siostrę!
- Uspokój się.
- Zabiłem – powtarzałem to słowo
jak mantrę, zaciskając mocno powieki.
Jestem tu, znów w szpitalu, znów
przy lekarzach. Jestem tu, znów słyszę głosy. Jestem tu, znów sam. Jestem tu,
znów bez ciebie. Znów wszystko moja wina.
- Błagam, pomóżcie – szepnąłem.
A później odpłynąłem. Po moim
ciele rozeszło się kojące ciepło. Jednak wolałem cierpieć, czułem się tak źle,
będąc tu, gdy ona umierała w moim umyśle. Czułem się tak źle, bo umierała
przeze mnie.
Czułem się tak bardzo źle.
~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~
Przypominam tylko o moim drugim blogu, TUTAJ i dziękuję serdecznie wszystkim, którzy na niego weszli i skomentowali. Jesteście wielcy! :>
Przepraszam, jeśli liczył ktoś na wielką walkę :<
O i po dodaniu epilogu biorę się za poprawianie historii, bo zdaję sobie sprawę, że na początku za bardzo się pisaniem nie popisałam :P
Indżoj C;