Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 marca 2014

Kartka 30

Jayden

Zupełnie nie odbierałem bodźców z otoczenia. Coś się wokół mnie szamotało. Jakieś kolorowe plamy biegały w te i nazad. Chyba mnie przenosili.
Myślami byłem gdzie indziej. Napływ wspomnień był wręcz nie do zniesienia. Poddałem się mu. Pozwoliłem, by porwał mnie ze sobą i ukazał wszystko po kolei.

Miesiąc po pobiciu wróciłem do normalnego trybu życia. Mimo tego, że na zajęcia z pianina już nie chodziłem. Wciąż wypytywali mnie kto mi to zrobił, ale nie puściłem pary z ust. To wiadome, że gdybym to zrobił, oni odnaleźliby mnie i znów zaczęli katować. Nie chciałem!
Każdej nocy przychodziłem do pokoju Bianci i chowałem się do niej pod kołdrę. Nie potrafiłem leżeć spokojnie z myślą, że za chwilę z mroku mogą wychynąć ci chłopcy. Sprawa zaczęła piąć się pod górkę, kiedy pewnego dnia mama zaczęła grać na pianinie. Zacząłem się tak bać, że nie potrafiłem wysiedzieć w miejscu.
Uciekłem.
Nogi zagnały mnie do pobliskiego lasku, gdzie mogłem się przejść i wypocząć. Czułem spokój, jak nigdy wcześniej. Mimo późnej pory i wszechogarniającej ciemności nie pozwalałem swoim zmorom przejąć nade mną kontroli.
Bawiłem się. Śpiewałem wyliczanki, które tylko przychodziły mi do głowy. Latałem pomiędzy drzewami, aż w końcu nie natrafiłem na ogromnego dęba. Okrążyłem go, śmiejąc się bez powodu.
Gdy odwróciłem głowę w tył, słysząc jakieś dziwne szelesty, natychmiast znieruchomiałem. Tuż za mną stał jeden z chłopców uczestniczących w pobiciu.
- Przez ciebie przegrałem, frajerze!
- Ja nie chciałem! – zarzekłem się, kręcąc wolno głową. – Nie chciałem!
Chłopiec rozpłynął się tak szybko, jak się pojawił, a nade mną przejęło władzę bezgraniczne zdziwienie. Rozejrzałem się wkoło, szukając łobuza, ale nie zauważyłem nikogo.
- Halo? – zawołałem, cofając się w stronę dziury w drzewie. Jeden nieopatrzny krok i chwilę później wylądowałem w środku. Ledwo zdołałem usiąść, a gdzieś w zakątku mojej głowy odezwał się cichy głosik. Przestał mnie już dziwić. Od dwóch tygodni pojawiał się coraz częściej i mówił mi do ucha dziwne rzeczy. Powiedziałem o tym koledze, ale stwierdził że jestem nienormalny. Dlatego postanowiłem, by nie mówić o tym nikomu więcej.
Jednak głosik nie dawał mi spokoju. Odzywał się w najmniej sprzyjających sytuacjach i strasznie mnie denerwował.
Odwróć się! – szeptał, a przez mój kręgosłup co rusz przechodziły dreszcze strachu. Dopiero po dłuższej chwili zdecydowałem się obrócić głowę i zerknąć niepewnie za siebie.
W korze drzewa był wyryty napis jakąś niesprawną ręką. Po paru chwilach zauważyłem w pochyłych, ostro ciosanych literkach swoje własne pismo. Podczołgałem się bliżej i z uwagą przesunąłem dłonią po wgłębieniach.
- Potrzebujemy wyzwolenia – przeczytałem, a kiedy dźwięk mojego głosu ucichł, poczułem jak coś rozsadza moją czaszkę od tyłu. Złapałem się za kark, próbując powstrzymać konwulsyjne drganie głowy i krzyknąłem z bólu.
Bezradność, strach, smutek i przerażenie. Wszystkie te uczucia zaczęły pomału napływać do rany i wraz z nią wydostawać się na powietrze. Czułem jak wszystko ze mnie uchodzi, ale jednocześnie nie znika. Nadal się bałem, tak cholernie się bałem.
Każde z uczuć automatycznie przybierało na sile, jakby starało się wygrać w tym dzikim pościgu po mojej głowie. Czułem, jak wzrasta ich moc, jak niemal przybierają jakiś mi bliżej nieznany kształt. Jak kształtują się, uosabiają.
Witaj, Jaydenie.
Ból ustał, a wszystkie emocje opanowały się i przestały biegać. Ucisk w sercu, który jeszcze przed chwilą z niesamowitą prędkością narastał, teraz zelżał, prawie znikł.
Odważyłem się otworzyć oczy i zerknąć na to, co jawiło się zielonymi skrami tuż przede mną. A był to cień. Mój cień, który od tamtej pory nie opuszczał mnie ani na krok. Cień - uosobienie wszystkich tych skrajnych emocji, wszystkich moich lęków, żalów i przyczyn niesamowitego bólu.
- Witaj – szepnąłem, zbyt przerażony, by wykrztusić z siebie coś więcej.

Zabawne, że ledwie miesiąc później mój własny cień doprowadził mnie do takiego stanu, że nie potrafiłem jeść, ani pić. Straciłem kontakt ze światem realnym i zanurzyłem się we własną chorobę, którą później zdiagnozowano jako schizofrenię paranoidalną. Ogarniało mnie coraz większe szaleństwo. Chowałem się po kątach i zamykając oczy widziałem dosłownie wszystko, co chciałem. Cień bez przerwy mi towarzyszył. Wcale nie wydawał się być zmorą, kiedy bawił się ze mną w zupełnie innym świecie. Ale był.
W końcu doszło już do takich dziwnych sytuacji, że zacząłem zwierzać się z nich małej Sophie. Bałem się reakcji matki i nie chciałem aby Bianca wiedziała, co w mojej głowie się wyprawia. Byłem niemal pewien, że Sophie nic z tego co mówię ani nie zapamięta, ani szczególnie nie zrozumie.
Nawet kiedy zamknęli mnie w zakładzie psychiatrycznym i zaczęli wpajać, że mówię głupoty. Nawet wtedy opowiadałem Sophie co cienie mi mówią. Ich obietnice i uczynki niekiedy bardzo mnie przerażały. Ich? Z moich żalów i lęków powstała jedna, konkretna zmora, która niedługo później zaczęła dwoić się i troić. Coraz bardziej bałem się cienia, a mój strach jedynie go sycił i zadowalał. Stwarzałem swoje kolejne lęki, które wzmacniały tę nieludzką istotę.
Można by powiedzieć, że wyszedłem z tego cało, kiedy wypuścili mnie z psychiatryka. Czułem się lepiej. Tak jakby. Mój cień wciąż mnie nie opuszczał. Został dopiero kiedy wyjechaliśmy z Polski, uwalniając mnie chociaż na trochę od lęków. Nie zrobił jednak tego z uprzejmości, czy bezsilności. Przeciwnie, szykował siły, aby powrócić i uderzyć w momencie, w którym nigdy bym się nie spodziewał. I w osobę, w którą bym się nie spodziewał.
Znalazł sposób, aby omamić mnie całego. Spowodować, żeby żaden zakład psychiatryczny nie był w stanie mnie z tego chociaż trochę uwolnić. Chciał bym poddał mu się całkowicie i karmił go swoimi emocjami.
Osiągnął to poprzez Biancę, wysługując się nią. Zabierając ją tak, aby utknęła pomiędzy rzeczywistością, a śmiercią. Aby utknęła w cieniu, gdzie wszystko jest iluzją, gdzie każdy mały szczegół uzależnia. Tkwiłem tam dniami i tygodniami i nie potrafiłem przestać, a teraz ona nie miała wyboru.
I już wiedziałem, że jedynym sposobem na uwolnienie jej z tego całego koszmaru jest uśmiercenie mnie. Wtedy cień również rozpłynie się w niebyt, nie pozostawiając po sobie nawet ciemnej smugi.

Wziąłem głęboki oddech i wybudziłem się z transu. Cień sięgał i po mnie, nie potrafiłem temu zaprzeczyć, ani choćby mu się sprzeciwić.
Widziałem grupę ludzi, szamoczących się wkoło. Ktoś coś przestawiał, poprawiał. Ktoś nachylał się nade mną, trzymając w ręce jakieś papiery.
- Spokojnie, nie wierć się – powiedział czyiś ciepły głos. Zamrugałem i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to te blade, smutne ściany pomalowane na biało. Białe fartuchy, biała pościel. – Będziesz musiał ładnie przeprosić mężczyznę, w którego rzucałeś szkłem. W końcu to dzięki niemu teraz żyjesz. Ironia, prawda? Nie kręć się...
- Co kurwa? Wypuść mnie. Japierdole, czemu mnie związaliście? – przestraszyłem się, próbując wyszarpnąć ręce z lin, którymi przymocowali mnie do łóżka. – Ej kurwa, uwolnij mnie! Kurwa muszę uratować siostrę!
- Nic jej nie grozi, nie martw się – lekarz na chwile zniknął z mojego pola widzenia, przez co jeszcze bardziej się sfrustrowałem i próbowałem wyrwać.
Wrzeszczałem, żeby mnie uwolnili, ale nie słuchali. Krzyczałem, że to wszystko prawda, że zabrali ją i zrujnowali mój świat. Zabrali ją. Zabrali!
Przywiązali pasami do łóżka i szykowali narkozę. Lekarz sterylizował strzykawkę i zupełnie nie obchodziło go, co przeżywałem.
- Musisz mi uwierzyć! – wrzasnąłem, kiedy zaczął się zbliżać. – Oni ją zabrali! Zabrali!
- Gdzie ją zabrali? – spytał spokojnie lekarz.
- Do mnie! Zabrali ją do mnie! Nie uwolnią jej! Musisz mnie zabić! Musisz to zrobić, żeby przeżyła! – wrzeszczałem, szarpiąc się na wszystkie strony. Łzy spływały mi po policzkach, a głosy w głowie cicho szeptały, że i tak wszystko na marne, że nie ma się o co starać.
- Kogo?
- MOJĄ SIOSTRĘ TY OŚLE! – zawyłem, wyginając ciało w łuk. – Zabij mnie zanim wszystko będzie stracone!
- Ćśś, nie szarp się tak.
- Słyszysz mnie kurwa?! Zabij! Japierdole ile jeszcze mam powtarzać! Ona zginie! Starci świadomość! Jest w miejscu, w którym nie ma zasad.
- Gdzie jest? – spytał z grzeczności lekarz, zakładając białe rękawiczki. Ledwo widziałem przez ten potok emocji wylewający mi się z oczu. Błagam, uwierz mi.
- W świecie bez zasad. W mojej głowie. W moim umyśle.
- To nie zaboli, poczujesz jedynie ukłucie komara.
- Zabiłem ją! – wrzasnąłem ostatkiem sił, kiedy przytknął zimną igłę do mojego ramienia. – Zabiłem! Wiedziałem, że to się stanie! Nic nie zrobiłem! Zabiłem własną siostrę!
- Uspokój się.
- Zabiłem – powtarzałem to słowo jak mantrę, zaciskając mocno powieki.
Jestem tu, znów w szpitalu, znów przy lekarzach. Jestem tu, znów słyszę głosy. Jestem tu, znów sam. Jestem tu, znów bez ciebie. Znów wszystko moja wina.
- Błagam, pomóżcie – szepnąłem.
A później odpłynąłem. Po moim ciele rozeszło się kojące ciepło. Jednak wolałem cierpieć, czułem się tak źle, będąc tu, gdy ona umierała w moim umyśle. Czułem się tak źle, bo umierała przeze mnie.

Czułem się tak bardzo źle.

~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~

Przypominam tylko o moim drugim blogu, TUTAJ i dziękuję serdecznie wszystkim, którzy na niego weszli i skomentowali. Jesteście wielcy! :>
Przepraszam, jeśli liczył ktoś na wielką walkę :<
O i po dodaniu epilogu biorę się za poprawianie historii, bo zdaję sobie sprawę, że na początku za bardzo się pisaniem nie popisałam :P
Indżoj C;

środa, 25 grudnia 2013

Kartka 7

Jedyną zaletą sobotnich lekcji... nie, kurwa, nie było żadnych zalet.

Zwlekłem się z łóżka jeszcze przed ósmą i ogarnąłem irokeza. To była jedyna poranna czynność, jaką robiłem. Po każdej nocy przyklepywał mi się do głowy, przez co wyglądałem jak przylizany jełop.

Wszystko robiłem jak najgłośniej, byleby tylko zirytować Piotrka. Chłopak spał twardo, wyraźnie miał moje działania w dupie, co mnie tylko jeszcze bardziej wkurwiło.

W „szkole talentów” – swoją drogą koszmarna nazwa. Talentów. Połowa miejsc w tej placówce była zajęta przez nabzdyczone uczniaki, za których przez całe życie przewijano pieluszki. Nieliczni mieli jakiś tam „talent” – byłem dziesięć minut po dzwonku.

Już wolałem jechać z tą dwójką ciot i Biancą do miasta, niż siedzieć na scenie cały dzień i planować popierdoloną sztukę. Jakby komuś na tym jeszcze zależało.

- O, pan Easay. Już myślałem, że pan nie przyjdzie – przywitał się nauczyciel. Od samego jego widoku po prostu rzygałem. Miał na sobie rurki, które opinały mu dosłownie wszystko, chyba trochę bardziej niż powinno. Facet w średnim wieku z śnieżnymi włosami i „artystyczną” bródką i kurwa rurki. Na dodatek emanowała od niego dziwna aura, której nie potrafiłem bliżej określić. Nie, nie intrygowało mnie to, już bardziej irytowało.

- Też miałem taką nadzieję – warknąłem.

- Świetnie się składa, że jednak uraczył nas pan swoją obecnością. Zostanie pan po lekcjach, musimy przedyskutować bardzo ważny temat – powiedział, mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów. Właśnie, głów. Zatrzymał dłużej spojrzenie na mojej fryzurze i chyba zrozumiałem co się święci. Ten fagas chciał mi przejechać kosiarką po łbie.

- Pańskie życzenie jest dla mnie rozkazem – zironizowałem.

- Wyjmij tą słuchawkę z ucha – dodał jeszcze i wrócił do lekcji. Wkurwiony jak nie wiadomo co, zająłem miejsce w ostatnim rzędzie tej pieprzonej sali. Włożyłem obie słuchawki i zamknąłem oczy.
Czas na drzemkę sukinsynu. Niestety, to nie ty dyktujesz zasady.


Chyba przespałem całe zajęcia. Nauczyciel miał wyjebane na to, co robiłem. Jednak, gdy już szykowałem się do wyjścia zatrzymał mnie ręką.

Fu, ten obrzydliwy typek dźgnął mnie palcem w brzuch i uśmiechnął się tajemniczo. Taa, teraz pewnie mnie zgwałci, szmaciarz.

- Mam do ciebie sprawę – odezwał się, kiedy wszyscy już wyszli. Zauważyłem, że ma jakiś nerwowy tik. Bez przerwy uderzał palcem wskazującym po policzku, wydymając go językiem. Uh, gość był ohydny.

Odpowiedziałem mu milczeniem. Naszła mnie niewygodna wizja, że gdybym otworzył usta, ten od razu przyssałby się do mnie jak odkurzać. Cholera. Facet wyglądał jak totalny gej.

Jednak nie zdążył nic powiedzieć, bo drzwi uchyliły się, a do środka zaglądnęła dziewczyna. Przeciętnemu chłopakowi rzuciłaby się w oczy po pierwsze jej powabna figura. Kolejno zauważyłby sięgające piersi, czarne włosy, zadarty nos i ogromne oczy.

Ja nie byłem normalny. Nie patrzyłem oczami. Starałem się czasami dostrzegać tak, jak inni. Pomimo to pierwsze, o czym pomyślałem to, że była smutna. Okropnie smutna i zagubiona. Wyginała palce jednej ręki i bez przerwy dreptała w miejscu. Zniecierpliwiona.

- Przepraszam, myślałam, że sala jest wolna – odezwała się cichym głosikiem. – Zawsze o tej porze przychodzę.

- To nic! Chyba nie będziemy ci przeszkadzać, co? – pokręciła szybko głową, a ten upiorny facet puścił jej oczko i wskazał gestem, że może wejść. Później zwrócił się do mnie i klepnął lekko po ramieniu. Co za ciota.

- Poczekaj chwilkę, muszę się po coś wrócić – powiedział. Uśmiechnął się i wyszedł szybkim krokiem, poprawiając zsuwające się spodnie. Patrzyłem za nim, a na mojej twarzy wymalował się wyraz głębokiego obrzydzenia.

Nie zwracając większej uwagi na dziewczynę, usiadłem na brzegu sceny i znów wsłuchałem się w The Analogs wygrywających tony w moich słuchawkach.

Jej zainteresowanie moją osobą ograniczyło się do szybkiego zerknięcia na czerwonego irokeza. Zmarszczyła brwi i odwróciła wzrok.

Wszystko byłoby dobrze, naprawdę. Gdyby tylko nagle nie odsłoniła kurtyny i nie zasiadła do pianina. Do pieprzonego pianina stojącego tak blisko mnie.

Poderwałem się w górę jak oparzony i wycofałem szybko. Byleby jak najdalej. Byleby tego nie widzieć. Co za chujstwo, akurat teraz musiała przyjść, tak?

Przez ten nagły przypływ paniki straciłem równowagę i opadłem na fotel w pierwszym rzędzie. Dziewczyna patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Widziałem jednak, że z trudem powstrzymuje się od wybuchnięcia śmiechem. Przerażony punk.

Jest kurwa dobrze, spokojnie. Jest przecież to pierdolone światło.

Rozglądnąłem się wkoło, usilnie starając się nie patrzeć na ten szmelc w rogu sceny.

- Wszystko w porządku? – spytała nieśmiało dziewczyna.

- W jak najlepszym – zapewniłem ponuro, wstając. Nie, nie obchodzi mnie co ten gej ma mi do powiedzenia. Wychodzę.

- Pewnie to ty jesteś Jayden, tak?

Rzuciłem jej niezadowolone spojrzenie. Skąd znała moje imię? Wpatrywała się we mnie ze spokojem. Ręce trzymała na klawiszach pianina. Jeszcze tego by brakowało, żeby zaczęła grać.

- Czemu tak sądzisz?

- Raczej niewielu punków chodzi do tej szkoły – uśmiechnęła się leciutko, chociaż nie objęło to tych dużych, smutnych oczu. Kiwnąłem tylko głową i zebrałem się już do wyjścia. – Nie spytasz jak mam na imię?

- Nie potrzeba mi zbędnych informacji – warknąłem. Dziewczyna z nerwów nacisnęła kilka klawiszy naraz tak, że w sali rozbrzmiał gwałtowny dźwięk. Podskoczyłem w górę przerażony, a moje serce raptownie przyspieszyło tempa. Starałem się odzyskać kontrolę nad własnym umysłem, który zaczął ukazywać niechciane obrazy.

Wyślizgnąłem się na korytarz, zamknąłem drzwi i padłem bez tchu na posadzkę. Wszystko stało się wyraźniejsze, tak realistyczne, jakby wydarzyło się dopiero wczoraj.


~***~


Jako siedmiolatek chodziłem na zajęcia z gry na pianinie. Matka bardzo cieszyła się, kiedy w domu grywałem na starym sprzęcie taty. W tamtym czasie nie uśmiechała się zbyt często, więc wkładałem wszystkie swoje wysiłki w naukę.

Bianca miała do muzyki dwie lewe ręce i przydawała się jedynie w porządkach domowych. Więc się starałem, chcąc pokazać mamie, że mi zależy.

Tamtego dnia moja nauczycielka ogłosiła mały konkurs. Zebrała całą naszą piątkę, którą miała pod swoimi skrzydłami i powiedziała, że ten kto zagra najładniej, dostanie w nagrodę ogromną tabliczkę czekolady.

To było parę miesięcy po przeprowadzce do Polski. Ledwo znałem ten język i z trudem się nim posługiwałem. Jednak głos muzyki był mi bliski, jakby żył we mnie już od wieków i szeptał codziennie ciche słowa. Chciałem zostać wirtuozem. Marzyłem o tym.

Dlatego z ogromnym uśmiechem odebrałem po zajęciach swoją nagrodę. Wygrałem! Mój pierwszy w życiu konkurs! Aż nie posiadałem się z radości. Chciałem czym prędzej powiadomić o tym mamę. Gnałem do domu na złamanie karku i dotarłbym tam w przeciągu chwili, gdyby na mojej drodze nie pojawił się Patryk.

On także chodził na zajęcia. Znałem go jednak z widzenia. Zaproponował mi, abyśmy wpadli do niego na chwilę. Mówił, że także ma dla mnie nagrodę za wygrany konkurs. Patryk był o parę lat starszy i miał duży autorytet wśród innych dzieci. Bez trudu przekonał mnie, żebym wszedł samotnie do jakiegoś ciemnego pokoju, a on zaraz przyniesie nagrodę.

Jednak, kiedy drzwi zamknęły się z hukiem i zaskoczył zamek zacząłem się niepokoić. Nie mogłem znaleźć włącznika światła i przez pierwsze minuty błąkałem się przy ścianie, macając po niej rękami. Kiedy w końcu go znalazłem, nic się nie stało. Nadal było ciemno.

Waliłem pięściami w drzwi, krzyczałem, żeby nie stroił sobie ze mnie żartów. Jednak nie odpowiadał. Nie wiedziałem ile czasu minęło, zanim coś się zaczęło dziać.

W całym pokoju zabrzmiała muzyka, w której rozpoznałem swoją własną grę na pianinie. W pierwszej chwili pomyślałem, że stworzył dla mnie przedstawienie, czy coś w tym rodzaju. Niestety, myśl szybko zniknęła, a na jej miejsce wkradł się ból. Coś rozdarło mi skórę na ramieniu. Z małej rany powoli zaczęła sączyć się krew.

- Aua! – krzyknąłem w większej mierze zdziwiony, niż przerażony. Przyłożyłem rękę do ramienia i zacisnąłem, zastanawiając się co się tak właściwie stało.

Nie minęła chwila, a coś ciężkiego łupnęło w moją głowę. Poczułem przeciągły pisk w jednym uchu i upadłem na kolana, chwytając się za włosy.

- Przestań! – wrzasnąłem.

- Jak ci się podoba twoja nagroda, frajerze? – odpowiedział mi jakiś głos. Odwróciłem głowę z niedowierzaniem. Ktoś był razem ze mną w pokoju. Podniosłem się powoli z klęczek, nadal wbijając wzrok w nieprzeniknioną ciemność.

Kiedy tak stałem coś szklanego rozbiło się u moich stóp. Cofnąłem się przerażony i chciałem już przylgnąć plecami do jednej ze ścian, kiedy niespodziewanie oparłem się o jakieś ciało.

- No siemasz, artysto – zakpił głos. Nie miałem możliwości, by coś powiedzieć, bo czyjaś pięść wbiła mi się w brzuch, wyrzucając powietrze z płuc. Upadłem na kolana, czując jak coś rozbija się na mojej głowie.

Ciemność. Wszędzie ciemność i śmiech. Śmiech, śmiech. Bawimy się dobrze, Jay. Bawimy się z wirtuozem. Chcesz się pobawić z nami, Jay? Dołącz do nas Jay, zacznij się śmiać. Wszystko jest takie zabawne!

Delikatne dźwięki pianina nie pasowały do szybko bijącego serca. Nie pasowały do uporczywych prób złapania oddechu, kiedy wokoło nadlatywały pociski.

- Mamo! – jęknąłem. Ciepła ciecz spływała po mojej twarzy i zlepiała ciemne włosy w zbite strąki. – Mamo!

- Oo, patrzcie! Dzidzia wzywa mamusię! – zaśmiał się któryś z nich i zewsząd nadeszły przedrzeźniające głosy. Ilu ich było? Co najmniej czterech, każdy bez przerwy albo wymierzał mi cios, albo rzucał czymś, co raniło ciało.

- Proszę. Proszę, przestańcie – szeptałem jak w amoku, czołgając się po podłodze. – Przestańcie!

Ktoś wymierzył silny cios prosto w moją twarz. Coś chrupnęło, a z nosa pociekła krew, wpływając do ust. Zacząłem kaszleć i pluć, wciąż starając się złapać głębszy oddech.

- Pomocy! – wychrypiałem ostatkiem sił, zanim jeszcze zemdlałem.

I mógłbym powiedzieć, że nastała ciemność, jednak ciemność była już wcześniej. Wraz z nią dźwięki pianina, takie delikatne i spokojne. To wszystko łączyło się w jedną całość, zespawane ogromnym bólem.

Nikt mi nie pomógł. Nikt nie miał jak mi pomóc. Mojego ojca nawet nie znałem, matka była za daleko. Nie pomogła mi. Przecież mówiła, że zawsze ze mną będzie. Tak mówiła. Czemu więc jej wtedy nie było? Wtedy, gdy obrywałem twardą podeszwą buta po twarzy, po brzuchu i reszcie ciała. Czemu jej nie było? Czemu nikogo nie było?


~***~


Uderzyłem ręką w głowę, próbując wrócić do rzeczywistości. Jednak wspomnienia były tak realne, jakbym miał zaraz odczuć ten okrutny ból przeszywający całe ciało.

„- Masa siniaków, złamanie, krwawienie wewnętrzne...”

- Wszystko w porządku? – dobiegł mnie głos z zewnątrz.

„- ... guz w mózgu, skręcona kostka, rana otwarta...”

- Ej, Jayden! – ktoś potrząsnął moim ramieniem. Całym sobą starałem się wrócić z przeszłości. Czemu to kurestwo nadeszło z takim natłokiem? Przecież starałem się je usunąć z głowy! Tak dawno nie wspominałem. Czemu znowu to wszystko mam w głowie?

- Zostawcie mnie! – wydarłem się. Miałem na myśli zarówno wspomnienia, jak i chłopców, którzy wtedy mnie bili. Odejdźcie, błagam.

Wbiłem paznokcie głęboko w skórę, chcąc odwrócić swoją uwagę.

Idźcie stąd, kurwa!

- Co się dzieje? – spytał nowy głos. Wszystko dochodziło do mnie, jakby było odległe o parę tysięcy lat. Jakby zupełnie nie dotyczyło mnie.

- Ja nie wiem, zaczął krzyczeć ja...

- Trzeba go zabrać do psychologa.

- Nigdzie mnie kurwa nie zabierzecie! – wydarłem się, podrywając na równe nogi.

Wciąż nie byłem w tej rzeczywistości. Byłem zarazem we wspomnieniach, kopany, szturchany i bity, a także w szkole na korytarzu razem z gejuchem i dziewczyną-której-imienia-nie-chciałem-znać.

- Nie zabierzecie mnie! – powtórzyłem, bo chyba do nich nie dotarło. Zaczęli się do mnie pomału zbliżać. Chcieli mnie osaczyć. Pewnie w kieszeniach mieli noże, musieli mieć noże. Tak jak oni.

- Jayden, my nie chcemy ci nic zrobić – szepnęła dziewczyna, wyciągając w moim kierunku rękę. Cofnąłem się o krok, byleby nie mieć kontaktu z jej ciałem. Spierdalajcie ode mnie! Wszyscy, wynoście się stąd!

- Co się dzieje? – zapytał gejuch, świdrując mnie badawczym spojrzeniem. Znów poczułem się jak mały chłopiec na obserwacji, parę dni po pobiciu.

Wtedy zwariowałem. Straciłem zmysły. Wrzeszczałem, kopałem wszystko, co było w pobliżu. Nie chciałem żeby ktokolwiek mnie dotykał. Ześwirowałem i to chyba zaczęło powracać. Przez jedno durne brzmienie pianina.

Wszystko wróciło, ból, wspomnienia, wariactwo.

 „- W przyszłości może mieć zaburzenia. Trzeba zahamować rozwój guza. Niestety, do końca życia będzie brany na obserwacje, w każdej chwili może mu się pogorszyć.”

- Nie chcę waszej pomocy.



~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~

Jak tam święta? ;3 U mnie genialnie <3
Z początku dziwnie mi się pisało z perspektywy Jaydena O.o Ale chyba jest dobrze.
To nie są całe jego wspomnienia, ale będą pojawiać się stopniowo, bo są ważne. ;-;
Kolejna Kartka jeszcze przed sylwestrem ;3 
Jest napisana, ale wegetuje XD