Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jayden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jayden. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 marca 2014

Kartka 30

Jayden

Zupełnie nie odbierałem bodźców z otoczenia. Coś się wokół mnie szamotało. Jakieś kolorowe plamy biegały w te i nazad. Chyba mnie przenosili.
Myślami byłem gdzie indziej. Napływ wspomnień był wręcz nie do zniesienia. Poddałem się mu. Pozwoliłem, by porwał mnie ze sobą i ukazał wszystko po kolei.

Miesiąc po pobiciu wróciłem do normalnego trybu życia. Mimo tego, że na zajęcia z pianina już nie chodziłem. Wciąż wypytywali mnie kto mi to zrobił, ale nie puściłem pary z ust. To wiadome, że gdybym to zrobił, oni odnaleźliby mnie i znów zaczęli katować. Nie chciałem!
Każdej nocy przychodziłem do pokoju Bianci i chowałem się do niej pod kołdrę. Nie potrafiłem leżeć spokojnie z myślą, że za chwilę z mroku mogą wychynąć ci chłopcy. Sprawa zaczęła piąć się pod górkę, kiedy pewnego dnia mama zaczęła grać na pianinie. Zacząłem się tak bać, że nie potrafiłem wysiedzieć w miejscu.
Uciekłem.
Nogi zagnały mnie do pobliskiego lasku, gdzie mogłem się przejść i wypocząć. Czułem spokój, jak nigdy wcześniej. Mimo późnej pory i wszechogarniającej ciemności nie pozwalałem swoim zmorom przejąć nade mną kontroli.
Bawiłem się. Śpiewałem wyliczanki, które tylko przychodziły mi do głowy. Latałem pomiędzy drzewami, aż w końcu nie natrafiłem na ogromnego dęba. Okrążyłem go, śmiejąc się bez powodu.
Gdy odwróciłem głowę w tył, słysząc jakieś dziwne szelesty, natychmiast znieruchomiałem. Tuż za mną stał jeden z chłopców uczestniczących w pobiciu.
- Przez ciebie przegrałem, frajerze!
- Ja nie chciałem! – zarzekłem się, kręcąc wolno głową. – Nie chciałem!
Chłopiec rozpłynął się tak szybko, jak się pojawił, a nade mną przejęło władzę bezgraniczne zdziwienie. Rozejrzałem się wkoło, szukając łobuza, ale nie zauważyłem nikogo.
- Halo? – zawołałem, cofając się w stronę dziury w drzewie. Jeden nieopatrzny krok i chwilę później wylądowałem w środku. Ledwo zdołałem usiąść, a gdzieś w zakątku mojej głowy odezwał się cichy głosik. Przestał mnie już dziwić. Od dwóch tygodni pojawiał się coraz częściej i mówił mi do ucha dziwne rzeczy. Powiedziałem o tym koledze, ale stwierdził że jestem nienormalny. Dlatego postanowiłem, by nie mówić o tym nikomu więcej.
Jednak głosik nie dawał mi spokoju. Odzywał się w najmniej sprzyjających sytuacjach i strasznie mnie denerwował.
Odwróć się! – szeptał, a przez mój kręgosłup co rusz przechodziły dreszcze strachu. Dopiero po dłuższej chwili zdecydowałem się obrócić głowę i zerknąć niepewnie za siebie.
W korze drzewa był wyryty napis jakąś niesprawną ręką. Po paru chwilach zauważyłem w pochyłych, ostro ciosanych literkach swoje własne pismo. Podczołgałem się bliżej i z uwagą przesunąłem dłonią po wgłębieniach.
- Potrzebujemy wyzwolenia – przeczytałem, a kiedy dźwięk mojego głosu ucichł, poczułem jak coś rozsadza moją czaszkę od tyłu. Złapałem się za kark, próbując powstrzymać konwulsyjne drganie głowy i krzyknąłem z bólu.
Bezradność, strach, smutek i przerażenie. Wszystkie te uczucia zaczęły pomału napływać do rany i wraz z nią wydostawać się na powietrze. Czułem jak wszystko ze mnie uchodzi, ale jednocześnie nie znika. Nadal się bałem, tak cholernie się bałem.
Każde z uczuć automatycznie przybierało na sile, jakby starało się wygrać w tym dzikim pościgu po mojej głowie. Czułem, jak wzrasta ich moc, jak niemal przybierają jakiś mi bliżej nieznany kształt. Jak kształtują się, uosabiają.
Witaj, Jaydenie.
Ból ustał, a wszystkie emocje opanowały się i przestały biegać. Ucisk w sercu, który jeszcze przed chwilą z niesamowitą prędkością narastał, teraz zelżał, prawie znikł.
Odważyłem się otworzyć oczy i zerknąć na to, co jawiło się zielonymi skrami tuż przede mną. A był to cień. Mój cień, który od tamtej pory nie opuszczał mnie ani na krok. Cień - uosobienie wszystkich tych skrajnych emocji, wszystkich moich lęków, żalów i przyczyn niesamowitego bólu.
- Witaj – szepnąłem, zbyt przerażony, by wykrztusić z siebie coś więcej.

Zabawne, że ledwie miesiąc później mój własny cień doprowadził mnie do takiego stanu, że nie potrafiłem jeść, ani pić. Straciłem kontakt ze światem realnym i zanurzyłem się we własną chorobę, którą później zdiagnozowano jako schizofrenię paranoidalną. Ogarniało mnie coraz większe szaleństwo. Chowałem się po kątach i zamykając oczy widziałem dosłownie wszystko, co chciałem. Cień bez przerwy mi towarzyszył. Wcale nie wydawał się być zmorą, kiedy bawił się ze mną w zupełnie innym świecie. Ale był.
W końcu doszło już do takich dziwnych sytuacji, że zacząłem zwierzać się z nich małej Sophie. Bałem się reakcji matki i nie chciałem aby Bianca wiedziała, co w mojej głowie się wyprawia. Byłem niemal pewien, że Sophie nic z tego co mówię ani nie zapamięta, ani szczególnie nie zrozumie.
Nawet kiedy zamknęli mnie w zakładzie psychiatrycznym i zaczęli wpajać, że mówię głupoty. Nawet wtedy opowiadałem Sophie co cienie mi mówią. Ich obietnice i uczynki niekiedy bardzo mnie przerażały. Ich? Z moich żalów i lęków powstała jedna, konkretna zmora, która niedługo później zaczęła dwoić się i troić. Coraz bardziej bałem się cienia, a mój strach jedynie go sycił i zadowalał. Stwarzałem swoje kolejne lęki, które wzmacniały tę nieludzką istotę.
Można by powiedzieć, że wyszedłem z tego cało, kiedy wypuścili mnie z psychiatryka. Czułem się lepiej. Tak jakby. Mój cień wciąż mnie nie opuszczał. Został dopiero kiedy wyjechaliśmy z Polski, uwalniając mnie chociaż na trochę od lęków. Nie zrobił jednak tego z uprzejmości, czy bezsilności. Przeciwnie, szykował siły, aby powrócić i uderzyć w momencie, w którym nigdy bym się nie spodziewał. I w osobę, w którą bym się nie spodziewał.
Znalazł sposób, aby omamić mnie całego. Spowodować, żeby żaden zakład psychiatryczny nie był w stanie mnie z tego chociaż trochę uwolnić. Chciał bym poddał mu się całkowicie i karmił go swoimi emocjami.
Osiągnął to poprzez Biancę, wysługując się nią. Zabierając ją tak, aby utknęła pomiędzy rzeczywistością, a śmiercią. Aby utknęła w cieniu, gdzie wszystko jest iluzją, gdzie każdy mały szczegół uzależnia. Tkwiłem tam dniami i tygodniami i nie potrafiłem przestać, a teraz ona nie miała wyboru.
I już wiedziałem, że jedynym sposobem na uwolnienie jej z tego całego koszmaru jest uśmiercenie mnie. Wtedy cień również rozpłynie się w niebyt, nie pozostawiając po sobie nawet ciemnej smugi.

Wziąłem głęboki oddech i wybudziłem się z transu. Cień sięgał i po mnie, nie potrafiłem temu zaprzeczyć, ani choćby mu się sprzeciwić.
Widziałem grupę ludzi, szamoczących się wkoło. Ktoś coś przestawiał, poprawiał. Ktoś nachylał się nade mną, trzymając w ręce jakieś papiery.
- Spokojnie, nie wierć się – powiedział czyiś ciepły głos. Zamrugałem i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to te blade, smutne ściany pomalowane na biało. Białe fartuchy, biała pościel. – Będziesz musiał ładnie przeprosić mężczyznę, w którego rzucałeś szkłem. W końcu to dzięki niemu teraz żyjesz. Ironia, prawda? Nie kręć się...
- Co kurwa? Wypuść mnie. Japierdole, czemu mnie związaliście? – przestraszyłem się, próbując wyszarpnąć ręce z lin, którymi przymocowali mnie do łóżka. – Ej kurwa, uwolnij mnie! Kurwa muszę uratować siostrę!
- Nic jej nie grozi, nie martw się – lekarz na chwile zniknął z mojego pola widzenia, przez co jeszcze bardziej się sfrustrowałem i próbowałem wyrwać.
Wrzeszczałem, żeby mnie uwolnili, ale nie słuchali. Krzyczałem, że to wszystko prawda, że zabrali ją i zrujnowali mój świat. Zabrali ją. Zabrali!
Przywiązali pasami do łóżka i szykowali narkozę. Lekarz sterylizował strzykawkę i zupełnie nie obchodziło go, co przeżywałem.
- Musisz mi uwierzyć! – wrzasnąłem, kiedy zaczął się zbliżać. – Oni ją zabrali! Zabrali!
- Gdzie ją zabrali? – spytał spokojnie lekarz.
- Do mnie! Zabrali ją do mnie! Nie uwolnią jej! Musisz mnie zabić! Musisz to zrobić, żeby przeżyła! – wrzeszczałem, szarpiąc się na wszystkie strony. Łzy spływały mi po policzkach, a głosy w głowie cicho szeptały, że i tak wszystko na marne, że nie ma się o co starać.
- Kogo?
- MOJĄ SIOSTRĘ TY OŚLE! – zawyłem, wyginając ciało w łuk. – Zabij mnie zanim wszystko będzie stracone!
- Ćśś, nie szarp się tak.
- Słyszysz mnie kurwa?! Zabij! Japierdole ile jeszcze mam powtarzać! Ona zginie! Starci świadomość! Jest w miejscu, w którym nie ma zasad.
- Gdzie jest? – spytał z grzeczności lekarz, zakładając białe rękawiczki. Ledwo widziałem przez ten potok emocji wylewający mi się z oczu. Błagam, uwierz mi.
- W świecie bez zasad. W mojej głowie. W moim umyśle.
- To nie zaboli, poczujesz jedynie ukłucie komara.
- Zabiłem ją! – wrzasnąłem ostatkiem sił, kiedy przytknął zimną igłę do mojego ramienia. – Zabiłem! Wiedziałem, że to się stanie! Nic nie zrobiłem! Zabiłem własną siostrę!
- Uspokój się.
- Zabiłem – powtarzałem to słowo jak mantrę, zaciskając mocno powieki.
Jestem tu, znów w szpitalu, znów przy lekarzach. Jestem tu, znów słyszę głosy. Jestem tu, znów sam. Jestem tu, znów bez ciebie. Znów wszystko moja wina.
- Błagam, pomóżcie – szepnąłem.
A później odpłynąłem. Po moim ciele rozeszło się kojące ciepło. Jednak wolałem cierpieć, czułem się tak źle, będąc tu, gdy ona umierała w moim umyśle. Czułem się tak źle, bo umierała przeze mnie.

Czułem się tak bardzo źle.

~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~

Przypominam tylko o moim drugim blogu, TUTAJ i dziękuję serdecznie wszystkim, którzy na niego weszli i skomentowali. Jesteście wielcy! :>
Przepraszam, jeśli liczył ktoś na wielką walkę :<
O i po dodaniu epilogu biorę się za poprawianie historii, bo zdaję sobie sprawę, że na początku za bardzo się pisaniem nie popisałam :P
Indżoj C;

piątek, 7 marca 2014

Kartka 26

Bianca

- Musimy tam zejść – oświadczyłam, kiedy Jayden wyszedł z pokoju. Wzrok pozostałej dwójki momentalnie skierował się na mnie.
- Chyba sobie żartujesz! – zdziwił się Piotrek, odrywając się na chwilę od gry. Aria uniosła głowę i wbiła we mnie przerażone spojrzenie.
- A cienie? – spytała, zagryzając wargę. – Przecież podobno chcą cię zabić...
- Jeśli mają to w zanadrzu, to zrobią to nawet jeśli będę na drugim końcu świata – burknęłam niechętnie, przejeżdżając ręką po włosach.
- Chyba nie chcesz im się wystawiać jak na talerzu! – zaoponował Piotrek.
- Sophie mówiła, że są tu ze mną. Cały czas – machnęłam ręką niby bagatelizując sprawę, a tak naprawdę poczułam jak dreszcze przebiegają mi po kręgosłupie.
„Wiesz, to jest tak praktycznie cały czas przy tobie.”
- Sophie mówiła? A skąd ona mogłaby wiedzieć? – zdziwiła się Aria, nieopatrznie zrzucając z łóżka parę białych figur, którymi grała. Patrzyłam przez chwilę jak je zbiera z podłogi i kładzie na szachownicy.
- A jak Jayden zagoił ranę? A jak moja ręka ożyła? Jakim w ogóle cudem te całe chore cienie wypełzły na zewnątrz, przepraszam? Wiesz, to chyba nie wszystkie pytania, jakie chciałabym tu zadać – warknęłam niemiło. – Jayden ma coś z tym wspólnego.
- Co takiego? – spytał Piotrek.
- Skąd mam wiedzieć – fuknęłam opryskliwie, czując się bardzo źle, że tak na nich pluję swoją agresją. Rozłożyłam bezradnie ręce i odchyliłam głowę w tył. Jeśli jest tam na górze jakiś Bóg, to proszę, niech ześle na mnie spokój, cierpliwość i odprawi całe te cienie na ich miejsce! Proszę?
- Sophie mówiła, że Jayden jej opowiadał jakieś straszne rzeczy. Mała widziała cienie, nawet z nimi do cholery rozmawiała, rozumiecie to? Najlepsze jest jednak, że była małym brzdącem, kiedy Jay siedział w psychiatryku. Jakim cudem miałaby to pamiętać? – powiodłam wzrokiem po ich zdumionych twarzach, szukając jakiegoś wsparcia. – Dlaczego więc Jayden niczego nie pamięta, kiedy Sophie wgryzły się w mózg jakieś straszne opowiastki?
Opadłam bezsilnie na najbliższe łóżko i przejechałam dłonią po twarzy.
- To jest dość dziwne...
- Dość? – prychnęłam, podrywając się znów na nogi. Nie mogłam ustać w jednym miejscu, za bardzo mnie nosiło na boki. – Dość dziwne?
- Opanuj się – zirytowała się Aria, składając szachownicę. Zamyśliłam się na chwilę, po czym usiadłam tuż obok niej, spychając wcześniej Piotrka z łóżka i odebrałam jej wszystkie postacie. Poustawiałam je na właściwych polach i wysunęłam o dwa jednego z czarnych pionków. Nie minęło kilka chwil, a biały goniec miał go już na celowniku.
- To ja – machnęłam ręką w stronę pionka, a drugą wskazałam na gońca. – A to ktoś, kto chce mnie zabić. – Zbiłam czarną figurę i pozwoliłam, by potoczyła się po całej szachownicy. – I nic z tym nie zrobię.
- Bianco? – Piotrek nieśmiało wskazał na moją nogę, która machała na boki. Wbiłam spojrzenie w idiotyczną kończynę, która postanowiła powyczyniać cuda i siłą przytwierdziłam ją do gruntu. Ta cała zabawa mojego ciała przestawała mnie pomału dziwić.
- Jestem głupią marionetką w całej tej chorej grze – podniosłam się nieźle znerwicowana i zgarnęłam z ziemi czarnego pionka. Rzuciłam go z pogardą na szachownicę i wpatrzyłam się w Arię. Miała spuszczoną głowę i siedziała cicho, nie mając odwagi spojrzeć mi w oczy. – Jak my wszyscy.
- I co masz niby teraz zamiar zrobić? – spytał Piotrek, patrząc jak się zbieram do wyjścia. Byłam już przy drzwiach, kiedy się odwróciłam.
- A mam coś do wyboru?
- Śmierć na pewno nie jest rozwiązaniem wszystkiego – warknął, szukając wsparcia u wciąż milczącej Arii. – Powiedz jej cokolwiek! Chcesz im to ułatwić?! – wrzasnął, a żyły na jego szyi stały się bardziej widoczne. Jego siostra bez przerwy wlepiała spojrzenie w swoje dłonie na podołku, a on sam praktycznie wyszedł z siebie.
- I tak mają mnie w garści – powiedziałam cicho.
- Bzdury! Armandea, cholera jasna, powiedz coś wreszcie!
- Ale ja nie wiem! – jęknęła, patrząc na mnie ze współczuciem. – Co ja tu mogę? Trzymać kciuki i modlić się o szczęście? Bianca ma rację...
- Ześwirowałaś?! – Piotrek uniósł ręce w górę, patrząc z niedowierzaniem raz na jedną raz na drugą.
- Wiesz, mogłabym tak siedzieć i czekać aż te cholerne cienie odbiorą mi całą władzę nad ciałem, ale wolę umrzeć jako ja – zacisnęłam dłoń na klamce.
- Nie o to mi chodziło. Musimy tam zejść – stwierdziła Aria. – Wszystko da się zniszczyć, prawda?
Nagle drzwi się otworzyły, uderzając mnie kantem w głowę. Syknęłam ze złości i odwróciłam się na pięcie. Poczułam silny, obezwładniający impuls przebiegający po całym moim ciele. Na chwilę zawładnęła mną rządza zemsty za takie zlekceważenie. Nowo przybyła osoba z pewnością zrobiła to specjalnie.
Zanim jeszcze rozpoznałam twarz, pięść pomknęła w jej stronę. Chwilę później impuls zniknął, a wszystko stało się wyraźne i jasne, jakby wcześniej zasłaniała to ciemna mgiełka.
- O kurwa, dziewczyno, za co to było? – warknął Jayden, łapiąc się za zaczerwieniony policzek. Przepchnął się koło mnie przez drzwi, bluzgając pod nosem i plując krwią zajął łazienkę.
Piotrek, który stał pośrodku pokoju, wręcz zaniemówił i wpatrywał się we mnie ze zdziwieniem. Aria otworzyła lekko usta, wzrokiem odprowadzając Jaydena. Trwaliśmy w takiej ciszy, dopóki mój brat nie wszedł znów do pomieszczenia.
- Mogłaś mi szczękę przetrącić – warknął. – Wiem, że jesteś na mnie wkurwiona, ale żeby aż tak?
Zamknął wciąż otwarte drzwi i rozejrzał się po wmurowanych twarzach zebranych.
- Co jest? – spytał, rozkładając się na swoim łóżku.
Chciałam mu tyle powiedzieć. Tyle się zapytać. Chciałam nawrzeszczeć, pouczyć i posprzeczać się, jak to zawsze mieliśmy w zwyczaju. Zamiast tego uśmiechnęłam się sztucznie.
- Dogoniłeś ją? – spytałam głosem wciąż drżącym z emocji. Wiedziałam, że jego nie da się oszukać co w danej chwili się czuje. Było to wręcz zadanie niewykonalne, zważając na jego niesamowity zmysł obserwacji.
- Tak jakby – machnął ręką, wciąż badawczo się we mnie wpatrując.
- Muszę... pogadać z Boczkiem – mruknęłam, czując się naprawdę niezręcznie. Otworzyłam drzwi i już je za sobą zamykałam, kiedy Piotrek szarpnął je z drugiej strony.
- Idę z tobą – powiedział wychodząc na korytarz. Łypnęłam na niego spode łba i przyspieszyłam kroku. Co teraz zrobię? Nie mam jak go zgubić, zejść mi nie pozwoli, a z Boczkiem nie mam o czym gadać. Głupi Piotrek.
- Odwidziało mi się – rzuciłam zgryźliwie i już miałam zawrócić, kiedy chwycił mnie za ramiona i potrząsnął.
- Obudź się dziewczyno, to co się dzieje wkoło to nie jakaś zabawa, albo sen! – syknął, zaciskając mocno palce. Jego twarz była czerwona ze złości, a rozwichrzone brązowe włosy opadały delikatnie na czoło. Piotrek ściągnął brwi, tworząc między nimi dwie pionowe zmarszczki.
- Wiem, co to jest. Nie musisz mnie w tym uświadamiać – powiedziałam chłodno.
- Najwyraźniej nie wiesz, bo idziesz im na rękę! Zastanów się co w ogóle chcesz zrobić! Pogadaj z Jaydenem, może akurat pamięta... – puścił moje ramiona i nie zrywając kontaktu wzrokowego oddalił się na krok.
„Chyba, że to on mi grozi...” – nasunęła mi się niemiła myśl. Szybko ją od siebie odegnałam. Czy teraz wszystkich będę uważać za wrogów?
- Sophie mówiła, że nie pamięta – stwierdziłam cicho. Piotrek znów się zbliżył i wyciągnął z mojej przedniej kieszeni telefon. Podał mi go i uśmiechnął się leciutko, trochę niepewnie.
- To zadzwoń do niej – podsunął, jakby była to najprostsza w świecie rzecz. Ścisnęłam w dłoni urządzenie i skinęłam głową.
- Zadzwonię – obiecałam. Patrzyłam mu w oczy i szukałam tam samej siebie, która chyba gdzieś się zawieruszyła po drodze. Kontrola ciała? Kontrola umysłu? Kim ja byłam, skoro nie potrafiłam zapanować nad tym czymś, co się we mnie panoszyło? Kim byłam, skoro straciłam siebie i teraz resztkami sił uczepiłam się kurczowo tego życia?
Gdyby tylko wiedział jaki ma na mnie wpływ. Jak reaguję na każde jego słowo, całą obecność. Gdyby tylko wiedział...
Odgarnął mi sprzed oczu ciemny kosmyk włosów i powiódł palcem po linii szczęki.
- Zabiję je dla ciebie – powiedział, po czym uśmiechnął się szeroko. – Obiecuję.
- Nie składaj obietnic, jeśli nie jesteś pewien czy ich dotrzymasz.
- W takim razie zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby dały ci spokój – błysnął zębami i już miał się wycofać, kiedy go powstrzymałam.
- Dlaczego? – spytałam, bijąc się w myślach czy naprawdę chcę znać tą odpowiedź. W takim wypadku porywałam się na wzburzoną wodę i miałam zdecydować czy zawrócić w bezpieczne lądy, gdzie przynajmniej te przyziemne sprawy nie pozostawały bardzo skomplikowane, czy ruszyć w nieznane w poszukiwaniu lepszego miejsca.
- Dlaczego? – powtórzył i objął mnie ręką. – Bo wszystko przestanie istnieć, jeśli zabiorą mi ciebie.
Uśmiechnęłam się wesoło, gotowa trochę go podrażnić.
- Brzmi jak te wszystkie oklepane słówka z romansideł – prychnęłam, ostrożnie składając ręce na jego plecach.
 - To może jeszcze, że jak chcą dostać ciebie, to najpierw muszą poskromić mnie? – spytał z radością.
Czułam się taka idealna, taka na miejscu. Jakby wszystko co się zdarzyło, było tylko po to, bym dotarła do tego punktu w życiu i wyciągnęła wszystkie cenne nauczki z przeszłości. Wiem, że to miało tak być. Włączając w to wszystko te głupie cienie. Wraz z przypływem euforii, poczułam pewność i wygraną, która czaiła się gdzieś na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło tylko sięgnąć.
- Lepiej nie – szepnęłam, kiedy przybliżył do mnie twarz.
- Teraz wierzysz, że wszystko się dobrze skończy? – spytał. Aż głupio przyznać, ale uwierzyłabym we wszystko, gdyby tylko poprosił.
- Musimy tam zejść – powiedziałam, na co skinął niechętnie głową. – Potem się zobaczy.
Schylił się i pocałował mnie niepewnie. Przestałam myśleć o Arii, przestałam rozważać cokolwiek, to się po prostu działo. Konsekwencje później. Czemu by na chwilę ich nie usunąć z życia?
Zamknęłam oczy i oddałam pocałunek, całkowicie się w tym zatracając.
I mogłoby się wydawać, że środek korytarza w internacie to nie jest najlepsze miejsce na romanse. Jako dziecko wyobrażałam sobie pocałunek z tym jedynym, który byłby dla mnie wszystkim czego potrzebowałam, w zupełnie innych warunkach. Jednak czemu nie?
Wplotłam rękę w jego włosy i zrównałam oddech z jego oddechem. No właśnie, czemu nie? Przecież nie ważne gdzie, jak i dlaczego.

Ważne z kim.

~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~
Ja wiem, że ten rozdział wyszedł mdły... starałam się go trochę poprawić, ale jak go dzisiaj czytam, to znów mi w nim wszystko nie gra.
W ogóle w tym wszystkim mi coś nie gra.
Ehh, oby nie wypalenie...
Jeśli u kogoś jeszcze nie skomentowałam, to przez egzaminy ;_; mam dokładnie 45 dni na naukę ze wszystkich 3 klas, a na biol-chem trzeba mieć dużo punktów.
Przepraszam za badziewność tego tam na górze :C

poniedziałek, 3 marca 2014

Kartka 25

Jayden

Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Wszystko skakało, wirowało, tańczyło i szeptało. Kolory zlewały się w jedno, a głosy w mojej głowie i z zewnętrznego świata jedynie powodowały moje otępienie.
Nie miałem pojęcia, czy Bezimienna stojąca przede mną jest prawdziwa, czy też chłopiec płaczący przy drzewie jest bardziej od niej realny. To wszystko było przerażające. Jakbym zgubił się w sobie i nie mógł znaleźć wyjścia.
Labirynt życia mieszał wszystkie ścieżki i zupełnie znienacka zagradzał przejścia ciężkimi kamieniami. Starałem się wydostać, chciałem wyjść, walczyć! Tymczasem dusiłem się zamknięty wewnątrz własnego ciała. Wołałem o pomoc, która nie nadeszła. Chyba, że była gdzieś, ale jej nie dostrzegałem.
Wszystko wirowało. Wirowało i wirowało. A ja wirowałem razem ze wszystkim. I wirowaliśmy w oceanie wirowania, tonąc w wirującej wodzie. Wirowało...
- Jayden, proszę! – usłyszałem, jakby z odległego wymiaru. Odwróciłem głowę w prawo, a wszystkie kolory zlały się ze sobą tworząc najprawdziwszy huragan, niszczący słowa wiszące na nici wystających z nieba. Chciałem podejść i je dotknąć, ale chyba się wywaliłem. Upadanie było śmiesznie długie, a cały obraz kręcił się wkoło. Czyżbym stracił wzrok? Nie rozpoznawałem kształtów, jedynie jakieś kolorowe plamy, którymi upstrzony był cały świat.
- ... dostrzegła pająka i uciekła z bekiem – wybełkotałem, zanosząc się wesołym śmiechem. Kiedyś dla zabawy wziąłem z kolegami LSD. Było mniej strasznie niż teraz. Wszystko zdawało się mnie dosięgać. Długie ręce starych drzew wyciągały ku mnie swe palce i dotykały skóry, pozostawiając za sobą ogniste pasy.
- Jay? Jay, wróć! Hej, świat żywych wita! Proszę, nie podniosę cię, Jaydenie! – ktoś mną stanowczo potrząsał, co jeszcze bardziej zmusiło mnie do śmiechu. Płakałem i wydzierałem się na całe gardło, rechocząc z wirującego świata. – Jak nie chcesz mi pomóc, to chociaż się przymknij!
O dziwo posłuchałem. Nie miałem już ochoty na szczerzenie zębów. Zamknąłem oczy i starałem się wyrównać oddech. Może Bezimienna była prawdziwa? Może wszystko co mówiła to prawda? Oby nie. Oby ostatnie zdanie nie było prawdziwe.
Znów się zaśmiałem, ale szybko odzyskałem kontrolę. Czułem jak ktoś kojąco głaszcze mnie po policzku i odgarnia włosy z czoła. Cała obecność wpływała na mnie jak balsam na ranę. Oddychałem coraz wolniej, a szumiące myśli i głosy zaczęły się uspokajać. Opadałem i opadałem, chociaż ktoś z pewnością trzymał mnie w ramionach.
Teraz słyszałem jeden głos, który przegonił wszystkie inne. Słyszałem głos, który ujarzmił cały ten koszmar.
- ... ściąć irokeza... – kiedy sens tych słów w końcu do mnie dotarł, otworzyłem szeroko oczy. – Wiedziałam, że na to zareagujesz.
Wszystko wydawało się być normalne. Nic się nie kręciło wokół własnej osi.
- Czemu ściąć?
- Nie myśl, że uważam go za koszmar! Po prostu za bardzo jesteś w nim rozpoznawalny. Policja będzie cię szukać, Jayden – powiedziała smutno, gładząc mój policzek.
Podniosłem się powoli do pionu i pomogłem wstać Bezimiennej.
- Będzie?
- Ten facet ją wzywał. Chodź, zaprowadzę cię do internatu – pociągnęła mnie lekko i ruszyliśmy. Gdzie? Każdy kierunek wydawał się być taki sam.
- Bardzo świrowałem – stwierdziłem, czując jak moja głowa robi się strasznie ciężka, a oczy coraz bardziej senne.
- Tak trochę...
- Nie mówiłem wszystkiego na serio – powiedziałem cicho.
- A ja tak.
Świetnie. Z dołka w dołek, tylko większy. Nie mogłem jej się podobać! Nie było nic we mnie, co przyciągałoby kogokolwiek. Sam żal, ból i wariactwo.

Najwyraźniej nie znajdowaliśmy się tak daleko, bo już chwilę później byliśmy w internacie. Na moje nieszczęście, w pokoju do którego zaprowadziła mnie Bezimienna, była już Bianca i cała zgraja.
- Co mu się sta... rany, Jayden! Krwawisz! – machnąłem tylko ręką i wlazłem do łazienki. Chciałem się przemyć, ale zamiast tego znów dopadła mnie chwila słabości. Miałem wrażenie, że prysznic się do mnie zbliża, a za taflą szkła przemieszczają się jakieś kształty. Nagle coś huknęło, a na osłonce pojawiły się ślady zakrwawionych dłoni.
Wrzasnąłem z przerażenia, ale obraz się rozmył.
- Co jest? – do pomieszczenia zaglądnął Piotrek, a widząc że stoję bezradnie pośrodku łazienki, wpatrując się w jeden punkt przed siebie, podszedł do mnie i klepnął w ramię. – Ewelina nam wszystko powiedziała.
- Wszystko? – jęknąłem, obmywając pod zimną wodą ręce. Wciąż rzucałem zaniepokojone spojrzenia na prysznic.
- Od deski do deski – dodał.
- Genialnie. Bianca mnie zabije.
- Nie jestem aż takim potworem – stwierdziła moja bliźniaczka, opierając się o framugę. Zmierzyła mnie zimnym spojrzeniem i obejrzała się na Ewelinę. – Ale z tego co słyszę, to twojego irokeza trzeba się pozbyć. To chyba będzie wystarczająca kara...
- Nie chcę go ścinać – fuknąłem niezadowolony. Zdawałem sobie sprawę z tego, że zachowuję się trochę jak małe dziecko, ale przecież to mój irokez! To mój skarb... – Będę wyglądać jak jebany Skin!
- Marudzisz – stwierdziła Ewelina i wzięła od ubawionego Piotrka maszynkę do golenia. Nawet Aria wsunęła się do łazienki, by napatrzeć się na tą jedyną w swoim rodzaju scenę.
Piotrek natomiast stanął za Biancą i szepnął jej coś do ucha. Zaśmiała się, ale szybko rzuciła Arii uważne spojrzenie i opanowała emocje. Coś mi tu nie grało.
- Siadaj – zostałem bezceremonialnie pchnięty na klapę od kibla. Usiadłem niechętnie i wtuliłem twarz w dłonie, woląc nie widzieć jak to wszystko będzie wyglądało po zabiegu. Będę łysy! O cholera, łysy jak kolano! Jak Skin! Zgroza...
Nie minęła chwila, a było już po wszystkim. Pomacałem głowę i miałem ochotę zacząć wrzeszczeć. Łysa! Nie ma nic gorszego niż Punk wyglądający jak Skin!
- Było tak strasznie? – spytała Bianca z lekkim uśmiechem.
- Tak – wybełkotałem, podchodząc do lustra. – No to teraz nie ma we mnie nic przystojnego – zaśmiałem się, patrząc z obrzydzeniem w swoje odbicie.
- Mów co chcesz, ale ten irokez i tak przystojny nie był – parsknęła Aria i poklepała mnie po ramieniu. Pomału łazienka zaczęła się wyludniać. Nie zauważyłem momentu w którym zostałem sam.
Zerknąłem na zdradliwą maszynę do golenia i ukradkiem zaglądnąłem do prysznica. Nic tam nie było. To dobrze, przynajmniej nie zszedłem na zawał.
- Gdzie Bez... Ewelina? – spytałem wychodząc z łazienki. Piotrek i Aria grali w jakieś kosmiczne szachy, zupełnie nie trzymając się zasad, a Bianca układała piramidę z kart.
- Poszła do domu – odparła siostra, a kiedy budowla się rozpadła, bluzgnęła pod nosem, rzucając mi nieprzyjemne spojrzenie. – Musimy pogadać.
Powiało grozą. Wciągnąłem glany na nogi, nie zadając sobie trudu sznurowaniem ich i porwałem bluzę z wieszaka.
- Potem – rzuciłem przez ramię i jak poparzony wypadłem z pokoju. Po raz pierwszy biegłem za dziewczyną, żeby z nią pogadać. Cholera, ale kompromitacja.
Dogoniłem ją dopiero przed bramą. Rzuciła mi zdziwione spojrzenie i zatrzymała się wpół kroku.
- To ważne. Czemu Natalia mówiła, że mam się od ciebie odpieprzyć? I co znaczy to, że mam na ciebie zły wpływ? – wyrzuciłem z siebie, ciekaw odpowiedzi. Bezimienna zawahała się, po czym podeszła do mnie i spuściła głowę.
- Nie słuchaj jej. Jest trochę nadwrażliwa – powiedziała nieśmiało.
- Trochę, to małe niedopowiedzenie.
Uśmiechnęła się i podeszła jeszcze bliżej. Mimowolnie cofnąłem się o krok, co dodatkowo ją speszyło.
- Ona twierdzi, że ty mnie... – wydukała, wyginając ze zdenerwowania palce. – Ale tak nie jest. Nie wie o tym, więc lepiej...
- Co? – wtrąciłem się, niewiele rozumiejąc z tego, co mówiła. – Ja cię co?
- Nieważne – machnęła ręką i zamilkła ze spuszczoną głową. No bez jaj. I jak tu się dogadać? – Po prostu nie zna prawdy i twierdzi, że to ty mnie...
- Bijesz? – spytałem, na co kiwnęła lekko głową, po czym nią szybko pokręciła.
- Po części.
- Więc co jeszcze? – naciskałem, co chyba było błędem. Zgarbiła się i pozwoliła by włosy opadły jej na twarz. Znałem tą pozycję, zawsze tak robiła, kiedy łzy zaczynały jej płynąć po policzkach.
Stałem bezczynnie, wpatrując się w to uosobienie smutku tuż przede mną. Nie wiedziałem co robić. Tym bardziej co powiedzieć. A w cholerę z tymi wszystkimi dziewczynami! I tak się ich nie zrozumie.
- Powiesz mi?
- Nie – powiedziała i cofnęła się. – Wybacz.
Chciałem ją jakoś zatrzymać, coś powiedzieć, ale stałem tylko i patrzyłem jak odchodzi. Odwróciła się dopiero na przystanku, gdzie nie widziałem jej twarzy.
Oparłem dłonie o bramę i przyłożyłem do czoło zimnych prętów.

Kurwa.

~~~~~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak bardzo moje urodzinki! :3
Ale sama kartka trochę... hm, smutna.
W każdym razie tak - koniec zbliża się wielkimi krokami.
Indżoj c;

piątek, 28 lutego 2014

Kartka 24


Zanim przeczytasz!: Jeśli chciałabyś mniej-więcej poczuć się jak Jayden, któremu głosy w głowie nie dają spokoju, polecam TO. Chociaż nadwrażliwe osoby lepiej niech nie nadstawiają uszu, na te głosy. Dla lepszego efektu załóż słuchawki ;>

Jayden

Kręciłem się przez chwilę po szkolnym terenie. W tym czasie zdołałem rozkopać wszystkie najbliższe kamienie i parę razy walnąć w ławkę.
Nie miałem najmniejszego pojęcia, jak rozładować złość, która we mnie ciążyła. Pierdolona Ewelina i pierdolona Natalia. Cholera jasna, kto by pomyślał, że jakieś dwie dziewczyny rozjebią mój system wartości?
Usiadłem na ławeczce przy przystanku i wpatrzyłem się w lasek po drugiej stronie ulicy. Co jakiś czas przejeżdżało zagubione auto, ale po upragnionym autobusie nie było żadnego śladu.
Starałem się nie myśleć o tym, że ostatnio siedziałem tu z Eweliną. Pragnąłem spokojnego miejsca, gdzie mógłbym wszystko przemyśleć. Szkoła z pewnością się do tego nie nadawała. Las? Sam nie wiem, unikałem drzew jak ognia. Szczególnie tego jednego. Wprawiał mnie w dziwną hipnozę. Gdybym chciał, z pewnością mógłbym sobie przypomnieć co nieco z mojej przeszłości. Ale czy chciałem?
Zdjąłem z ręki pieszczochę i zacząłem ją obracać w dłoniach.
Chciałem?
Z pewnością wygodniej było mi żyć dalej w błogiej nieświadomości szczegółów, które sprawiły, że zwariowałem. Ale teraz też wariowałem, prawda? Czy zrobiłoby mi to jakąś różnicę?
- Przestań być taki słaby! – zacisnąłem pięści i przytknąłem je do zamkniętych oczu. – Przestań być taki podatny!
Czyżbym uzależnił swoje życie od jakiejś głupiej pianistki? Bzdura! Nie mógłbym! Jedyną osobą, która cokolwiek mnie obchodzi jest Bianca.
Nie okłamuj się, Jaydenie.
Czyżbyś nie widział rzeczy oczywistych?
- Spierdalaj! – wrzasnąłem, wstając z ławki. Miałem ogromną ochotę coś rozwalić. Czymś rzucić. Zbić, rozbić. Zabić.
Popatrz na siebie. Jesteś kretynem.
Idiotą.
Jesteś ciotą, Jaydenie.
- Zamknij mordę! – wydarłem się, pięścią dewastując plastik ramujący szkło. Wygiął się pod dziwnym kątem, a cała konstrukcja skrzypnęła cicho.
Psujesz tylko innym świat.
Mógłbyś odejść, nikt by nie zauważył.
Myślałeś, że jakaś dziewczyna zwróciła na ciebie uwagę? Śmieszne! Nawet ona odeszła!
- Kurwa.
Trzasnąłem pięścią w szkło, na którym pojawiła się siatka pęknięć. Jakieś przejeżdżające auto zaczęło trąbić, ale pozdrowiłem kierowcę środkowym palcem, wracając do wyładowywania emocji. Kolejny cios, a szkło rozprysło się na miliard kawałeczków.
Dźwięk potoczył się po całej okolicy, a małe ranki, które powstały na mojej dłoni, zaczęły lekko krwawić.
Facet zatrzymał swoje auto na poboczu i ruszył w moją stronę hardym krokiem. Wydawał się myśleć, że jest ważniejszy.
Rzuciłem mu tylko nienawistne spojrzenie i podniosłem większy odłamek szkła z podłoża. Wymierzyłem i cisnąłem go w zbliżającego się mężczyznę. Ten szybko uchylił się przed nadlatującym pociskiem i cały poczerwieniał na twarzy.
- Uspokój się gówniarzu! – wrzasnął, zatrzymując się w połowie drogi. – Czemu niszczysz publiczne mienie?! Będziesz za to płacił?!
- Gówno ci do tego – warknąłem, biorąc do ręki kolejne szkło.
Zrób to! Zrób! Skrzywdź kolejną osobę! Dawaj! Rzucaj!
Ciota!
Rzucaj! Chyba, że nie potrafisz!
Cisnąłem szkło w mężczyznę i tym razem nie chybiłem. Rozcięło mu rękę, którą podniósł, próbując mnie uspokoić. Facet spojrzał na krew, która zaczęła wypływać mu z rany i jeszcze raz na mnie.
- Spierdalaj! No już, póki masz szansę! – wrzasnąłem, schylając się po kolejny odłamek. Widząc, że mężczyzna się nie rusza, cisnąłem w jego stronę garść szkła. – No wypierdalaj!
Ten tylko cofnął się do samochodu i wyjął z kieszeni telefon. Patrząc wciąż na mnie, wykręcił jakiś numer i zaczął żywo gestykulować.
Zagapiłem się na niego na chwilę, po czym nie myśląc wiele, dałem nogę w las.
Jeśli dzwonił na policję i opisze mój wygląd, będę miał przesrane. Ahh, ale będzie przesrane! Miałem ochotę zacząć tańczyć z radości na cześć zjeba.
Tchórz!
Otworzyłem prawą rękę i przyjrzałem się szkłu, które zabrałem ze sobą. Było całe oblepione czerwoną mazią, wypływającą strumieniem z mojej sinej dłoni. Niewiele mnie to obchodziło. Właściwie w tamtym momencie miałem wszystko i wszystkich bardzo głęboko w dupie.
Dobra, prawie wszystkich. Jedna osoba bez przerwy siedziała mi w głowie i mąciła myśli. Przed oczami miałem jej uśmiech, w uszach rozbrzmiewał wesoły śmiech i wydawało mi się, że czuję miękką skórę w miejscach, które kiedykolwiek dotknęła.
Usiadłem pod jedną z sosen i wyłożyłem się na ściółce. Oczami śledziłem przepływające po niebie chmury, a tak naprawdę badałem każdy detal jej twarzy. Wodziłem wzrokiem od jednego oka do drugiego, wzdłuż linii szczęki i wpatrywałem się w lekko rozchylone usta.
Za każdym razem, gdy chciałem przypatrzyć się jej bardziej, rozmywała się jak obłok dymu. Ginęła w potoku myśli.
Nagły szelest przywrócił mnie do świata realnego. Podniosłem się na łokciach i rozglądnąłem wkoło, z uwagą patrząc na każde drzewo.
Cienie, które rzucały te wysokie rośliny, zdawały się tańczyć w rytm szelestu liści, który w moim umyśle przeobrażał się w tłumnie szepczących ludzi. Świat wirował, obracał się. Ziemia drżała, gdy stopy tańczących uderzały w nią z rozmachem.
Obracałem głowę z jednej strony na drugą, doszukując się w tym całym szaleństwie czegoś normalnego. Niektóre sosny także poderwały się do tańca, stukając swoimi grubymi korzeniami o podłoże.
Szept niósł się po okolicy, mącił mi w głowie i z każdą chwilą narastał. Wszystko zdawało się mówić coś, przekazywać jakieś informacje. Chciałem ich już nie słyszeć.
Jak urzeczony patrzyłem w migające cienie i podrywające się do tańca drzewa. Różnorodność barw, które we mnie uderzyły, była wręcz nie do wytrzymania. Neonowe, krzykliwe kolory wciąż przewijały się po koronach drzew, a i cienie czasem zmieniały swoją barwę. Całe otoczenie było tak pogrążone w tańcu, że zdawało się mnie nie zauważać.
Głosy w mojej głowie zaczęły prowadzić swoje monologi, a szepty z zewnątrz jedynie to wszystko nasilały. Nie byłem w stanie odróżnić rzeczywistości od sztuczki umysłu.
Gubiłem się w tej plątaninie dźwięków i obrazów. Wszystko zdawało się zlewać ze sobą, tworząc jedno wielkie gówno, w które wpadłem.
- Raz panienka mała na trawce siedziała, jadła kaszkę z mlekiem. Nagle zza jedzonka dostrzegła pająka i uciekła z bekiem – wtem rozległ się inny niż wszystkie głos. Jakieś dziecko podśpiewywało na tyle głośno, by trafiło to do mnie wyraźnie. Znałem tą wyliczankę... nie raz sam jako brzdąc nuciłem ją pod nosem, najczęściej po angielsku.
Wstałem ze ściółki i starając się nie stracić tego głosu pośród tysiąca innych, ruszyłem w sam środek tanecznego wiru.
- ... dostrzegła pająka... – śpiewało dziecko. Neonowe obrazy pomału zaczynały ustępować, a drzewa stały się jakby wyższe niż wcześniej. Dostrzegłem małego chłopca wyrzucającego liście w powietrze i śmiejącego się z tej jakże prostej czynności.
Okręcił się w koło i chichocząc, pobiegł przed siebie. Zawołałem za nim, ale nie reagował. Ruszyłem po jego śladach, starając się nie zgubić pośród drzew tej małej sylwetki.
- ... i uciekła z bekiem! – zakończył żałośnie, a jego śmiech nagle umilkł, tak samo jak kroki i szum zgniatanych małymi bucikami liści.
Odnalazłem go po chwili, stojącego naprzeciwko rozłożystego drzewa. Otworzyłem usta w niemym zdziwieniu, widząc to samo miejsce, w którym jeszcze niedawno znaleźliśmy Biancę.
Dziecko podbiegło do drzewa i oparło małe rączki o jego korę. Chciałem je zawołać, odciągnąć, ale mogłem tylko stać w miejscu i patrzeć.
- Siedzi baba na cmentarzu, trzyma nogi w kałamarzu. Przyszedł duch, babę buch, baba fik, a duch znikł! – rozpoczął chłopiec kolejną rymowankę.
Z każdym słowem okrążał cały pień, chichrając się bez powodu. Nagle zatrzymał się i obejrzał, a na jego małej buźce wymalowało się przerażenie.
- Ja nie chciałem! – zarzekł się, kręcąc wolno głową. – Nie chciałem!
Otworzyłem usta, by coś powiedzieć, gdy wszystko uderzyło mnie ze zdojoną mocą. Opadłem na kolana i wbiłem wzrok w drzewo i spłoszonego chłopca.
Pamiętałem.

~***~

Ewelina

Dłonie lekko smagały klawisze. Smutna melodia zawładnęła całą publiką. Kotary bujały się w rytm nadawany przez palce. Krzesła i stoły w milczeniu słuchały, a postacie z obrazów wbijały wzrok w jeden punkt, nadstawiając uszy.
Zamknęłam oczy i grałam duszą. Nuty na kartce były nieważnym szczegółem. Napawałam się spokojem, marzyłam, myślałam. Grałam.
Chciałam już nigdy nie przestawać i pozwolić pianinu zawładnąć moim życiem. Ale nie mogłam. Co więcej, nie powinnam.
W końcu muzyka ucichła, a ja zamknęłam klapę. Opuściłam szybko pomieszczenie, które każdym kątem przypominało mi o nim. Zdawałam sobie sprawę jak głupie były moje myśli. Teraz i parę dni wcześniej.
Zdawało mi się, że coś w nim zmienię. Miałam nadzieję, że dzięki mnie się... wywinie ze swoich problemów.
Zerknęłam szybko na swoje nadgarstki i jak zawsze, naciągnęłam rękawy bluzy.
- Już wychodzisz? – zaczepił mnie chłopak o jasnych blond włosach. Nie był zbyt lubiany w szkole. Nazywał się Patryk i dużo czasu przebywał w bibliotece, żeby jego oceny zaliczały się na stypendium. W sumie był w porządku, ale tym popularnym i bogatym dzieciakom korona by z głowy spadła, gdyby zaczęły się z nim zadawać.
- Muszę pomóc siostrze w porządkach – uśmiechnęłam się lekko. – A ty jeszcze nie?
- Mamy jakąś próbę w teatralnej. Pomyślałem, że mogłabyś popatrzeć.
- Kiedy indziej – zapewniłam i pożegnawszy się z Patrykiem, wyszłam z budynku.
Zagryzłam wargę, żeby tylko się nie popłakać. Przychodziło mi to z trudem. Łzy jak zawsze same cisnęły się do oczu, nie potrafiłam nigdy zapanować nad tym wszystkim, co się we mnie kotłowało.
Nieraz budziłam się w środku nocy, wrzeszcząc jej imię. Chcąc jej pomóc, jakoś go obezwładnić. Nie mogłam. We śnie stałam i patrzyłam, tak samo jak kiedyś.
Dobrze, że Natalii oszczędzono tych wszystkich nieszczęść. Chyba cała zła passa mojej rodziny spadła właśnie na mnie. Nieźle, przynajmniej inni nie cierpieli.
Pozbierałam się w sobie i wyszłam z terenu szkoły. Droga poboczem wcale nie należała do najbezpieczniejszych, zwłaszcza że szaleni kierowcy bardzo lubili ten odcinek.
Odetchnęłam raz, drugi. Strasznie mnie to wszystko ruszyło. Zawsze miałam momenty refleksji po graniu, a milczenie Jaydena dodatkowo to wszystko nasiliło.
Co go mogło ugryźć? Przecież nie zrobiłam nic złego!
Minęłam stłuczoną szybę i usiadłam na drugiej ławeczce, byle dalej od rozsypanego po ziemi szkła. Mój wzrok mimowolnie padł na jakiegoś zdenerwowanego mężczyznę rozmawiającego przez telefon. Wymachiwał rękami tak, że prawie sam sobie wytrącił telefon, do którego zaczął krzyczeć ze złością:
- Mówiłem panu! Psychopata z czerwonym irokezem! Ciskał we mnie... Proszę pana, proszę się nie wygłupiać, ja... Niech się pan... ZAMKNIJ SIĘ, WCALE NIE MAM NERWICY! – wrzeszczał. Mogłoby mnie to nawet ubawić, ale psychopata z czerwonym irokezem dostatecznie mnie zaniepokoił.
Rozejrzałam się szybko wkoło, zatrzymując oczy na rozwalonej szybie. Podeszłam do niej niepewnie i ukucnęłam, spomiędzy szczątków przystanku wygrzebując czarną pieszczochę.
Jeśli wcześniej miałam wątpliwości, to teraz prędko się rozwiały. Wyprostowałam się i rozglądnęłam dookoła, jakbym liczyła, że nadal tu jest.
- Przepraszam! – krzyknęłam w stronę rozmawiającego mężczyzny. Spojrzał na mnie ze złością, zaprzestając na chwilę monologu do słuchawki. – Gdzie on pobiegł? Ten psychopata?
- TO JEŹDZIE SZYBCIEJ! Co? A! Pognał w las i tyle go było widać! Szaleniec jakiś, uważaj lepiej... ej! Ej! Gdzie biegniesz?! – wrzasnął, ale ja już mijałam kolejne drzewa.
Pędziłam na złamanie karku przed siebie. Czułam jak serce dudni mi w klatce piersiowej, jakby chciało się wyrwać i wylecieć na zwiady. Szybciej, szybciej.
Nie wiedziałam za bardzo, w którym kierunku się kierować. Biegłam na oślep, a łzy cisnące mi się do oczu już spływały po policzkach. Ja po prostu tego wszystkiego nie wytrzymam.
- Zamknij się! – wrzasnął ktoś, po mojej prawej stronie. Zakręciłam szybko i niemalże sprintem pokonałam drogę dzielącą mnie od Jaydena. Już z oddali widziałam jak stoi przy drzewie i opiera się o nie jedną ręką. Drugą przykładał do ucha, garbiąc się, jakby dźwigał jakiś niewyobrażalny ciężar.
- Jay? Wszystko dobrze? – zbliżyłam się do niego na tyle, by mieć na wyciągnięcie ręki kontakt. Odwrócił się raptownie przodem do mnie, a jego twarz wykrzywił dziki grymas.
Mimowolnie cofnęłam się o krok. Z jego dłoni płynęła krew, cała jego twarz była nią poplamiona. Patrzył na mnie z taką furią, z szaleństwem.
- Nic. Nic nie jest dobrze – powiedział wolno, wbijając we mnie uporczywy wzrok. – Wszystko jest nie tak. Wszystko się jebie!
- Co się stało takiego? – spytałam, chociaż nigdy w życiu nikogo się tak jeszcze nie bałam.
- Spytaj siebie, albo siostruni – niemalże wypluł ostatnie słowo, krzywiąc się jeszcze bardziej. Zaczął ciężej oddychać, a od czasu do czasu gwałtownie zwracał głowę na boki, jakby usłyszał coś dziwnego.
- Mnie? Przecież nic nie zrobiłam.
- Nie zależy ci na mnie. Masz mnie w dupie! Wszyscy mają mnie kurwa w dupie – zaśpiewał ostatnie zdanie, okręcając się wokół własnej osi i śmiejąc się jak szaleniec. – Wszystkim kurwa nie zależy!
- Przestań tak mówić...
- Kiedy to jest prawda! Najprawdziwsza, słodka jak cukierek PRAWDA. Gdyby ci choć trochę zależało, nie odpychałabyś mnie od siebie. Gdyby ci zależało, nie nasyłałabyś siostruni! – wrzeszczał, wciąż zanosząc się historycznym śmiechem.
Serce dudniło mi w piersi z przerażenia. Kim był ten człowiek?
- Nie nasyłałam nikogo – powiedziałam, siląc się na spokojny ton.
- Nie, no przecież! Sami przyszli! Przestań pierdolić!
- NIE! To ty przestań gadać głupoty! Nie kazałam ci się ode mnie odwalić. Co więcej, nie chcę żebyś tego robił! Zależy mi na tobie i nawet nie wiesz jak bardzo! Zależy mi bardziej niż na przyjacielu, chociaż sama nie wiem co w tobie widzę! – wrzasnęłam, chcąc go w końcu uspokoić. Z każdym słowem dźgałam go w pierś, a łzy zaczęły zamazywać mi obraz.

- Jesteś tylko iluzją – stwierdził osłupiały.


~~~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~~~
Jeśli ktoś nie bardzo zrozumiał co miałam na myśli, opisując szaleństwo Jaydena...
Cóż, wariata trudno zrozumieć, czyż nie? ;)
Dodałam perspektywę Eweliny *musiałam chociaż raz ;_;* 
Jakieś zastrzeżenia / błędy? ;3
Indżoj!

wtorek, 25 lutego 2014

Kartka 23

Jayden

Po ostatniej rozmowie z matką miałem dość wszystkich ludzi naokoło na najbliższe sto lat. Już zdołałem zapomnieć, jak bardzo potrafiła być wkurwiająca. Oczywiście wyszło, że jestem winny za całe zło świata.
Po wyjeździe matki przez najbliższe dwa dni chodziłem zły jak osa. Bianca chyba też nie była zbyt zadowolona z tych odwiedzin. Milczała przez większość czasu i wbijała spojrzenie w bliżej nieokreślony punkt. Najdziwniejsze były jednak wydarzenia we wtorek. Mieliśmy spokojnie wszyscy pogadać o sprawie życia i śmierci, a... dziewczyny się obraziły. Strzeliły takiego focha, że Piotrek stał się dla nich istnym powietrzem.
Nie wiedziałem o co chodzi, za bardzo nie miałem nawet na to ochoty. Przynajmniej nie gniewały się na mnie.
Pozostał tylko jeden problem. Mianowicie sam Piotrek. Zwalił się na moją głowę i zaczął udawać przyjaciela. Nie ma się z kim bujać po szkole, to się dopieprzył do kogoś, kto sieje postrach? Nieźle.
Do najbardziej nieudanych dni w roku mogłem spokojnie zaliczyć tą środę. Po zajęciach miałem ostatnie spotkanie z Bezimienną. Nie chciałem z nią gadać, jednocześnie pragnąc się odezwać choć słowem.
Jak zawsze przed wejściem na salę sprawdziłem, czy nie gra na tym starym gruchocie. Gdy teren okazał się czysty, wparowałem do środka.
- Oczywiście, że spóźniony – usłyszałem uwagę. Nie miałem zamiaru odpowiadać na te zaczepki. Pogłośniłem muzykę w słuchawkach i rzuciłem torbę na siedzenie. Brawa dla mnie, że w ogóle postanowiłem przyjść. Głupio przyznać, ale stwierdziłem, że to ostatnia okazja do zobaczenia jej w pełnej krasie.
Moje życie jest już dość przejebane. Nie będę psuł go innym. Zwłaszcza tym, którzy są zdolni by coś dla mnie poświęcić.
- Oh, rozumiem. Kolejne zmiany nastroju? Czyżby PMS? – spytała, kładąc ręce na biodrach. Jednak kiedy i na to nie zareagowałem, speszyła się nieco i zajęła miejsce obok. – Co się stało?
Całą swoją uwagę skupiłem na ekranie telefonu. Czemu było mi tak cholernie ciężko ignorować ją?
- Jay... mi możesz powiedzieć – mruknęła nieśmiało, dotykając lekko mojego nadgarstka. Odtrąciłem jej dłoń i ustawiłem głośność odtwarzacza na max. Teraz przynajmniej nie słyszałem co mówi.
Jednak nadal było mi ciężko. Tak kurewsko ciężko...
Przed oczami mignęła mi jej twarz wykrzywiona wkurzonym grymasem, kiedy wróciła na swoje miejsce. Podniosła ogromny brystol z napisem i spojrzała na mnie wyczekująco.
Bądź co bądź, musiałem jej pomóc. Ruszyłem się na zaplecze po drabinę i wróciłem, taskając to żelastwo.
Bezimienna stała w jednym miejscu, patrząc się ze smutkiem w pustkę.
Znów. Znów kurwa była tak bezbrzeżnie smutna. Znów topiła się we własnych łzach i opadała na dno oceanu. Znów kurwa.
Chwyciłem napis jedną ręką i wgramoliłem się na górę. Wyjąłem z kieszeni spodni pudełko szpilek i rozpocząłem mozolną pracę doprowadzania ostatnich poprawek.
Im szybciej skończę, tym szybciej wyjdę.
Tym szybciej ją opuszczę...
Czy tego chcę?

~***~

Bianca

Czułam się jak w jakimś chorym kryminale. Nagle każda z otaczających mnie osób stawał się wrogiem numer jeden. Wciąż miałam w głowie słowa Sophie i jej przerażoną minę. To wszystko stawało się coraz bardziej porąbane.
Na dodatek Aria. Czy możliwe, że osobą, która mi zagraża okazała się ona? Czy zrobiłaby coś okropnego, bądź co bądź przyjaciółce, jedynie przez zazdrość? Sama już nie byłam tego wszystkiego pewna.
W każdym razie postanowiłam zachowywać się w miarę normalnie. Nawet podzieliłam się z nią nowinką o rzekomej randce Alicji i Piotrka. Dziewczynę wręcz wmurowało. Chyba nieźle się zaskoczyła, że to nie mnie powinna się obawiać, a jej.
Najdziwniejsze i najbardziej przerażające było jednak wydarzenie na matmie. Siedziałam jak zwykle znużona, udając, że coś rozumiem. Potakiwałam pokornie głową i wpatrywałam się tępo w tablicę. Nauczycielce to chyba wystarczało, bo nie zwracała uwagi na moje nieróbstwo.
W każdym razie nagle jej wzrok utkwił we mnie i słodkim głosem oznajmiła, że mnie słucha. Patrzyłam się na nią jak na jakieś rzadkie zjawisko i starałam się zrozumieć o co jej chodzi. Aria szturchnęła mnie w ramię, przywracając na ziemię do żywych. Albo połowicznie żywych.
- A... jakie było pytanie?
- Nie było pytania. To ty się zgłaszasz – powiedziała, lekko zdumiona moim zachowaniem. Patrzyłam na nią jak na idiotkę i dla pewności zerknęłam na swoje dłonie. Jedna uczynnie podpierała mi podbródek, a druga... stała na baczność, wyciągając palce w stronę sufitu. Jak to zobaczyłam, to niemal zachłysnęłam się ze zdziwienia własną śliną.
- Nie, to pomyłka, ja się nie zgłaszałam – wydukałam żałośnie, próbując schować rękę pod ławkę. Tyle że skubana nie chciała mnie słuchać. Nadal tkwiła uparcie w jednej pozycji, jakby śmiejąc się z mojej bezradności. Spróbowałam ściągnąć ją drugą, ale wyglądało to jak siłowanie się z samą sobą. W dodatku nieskuteczne, bo ręka okazała się silniejsza.
Musiałam wyglądać komicznie. Niekoniecznie mi było do śmiechu, chociaż cała klasa zaczęła się chichrać pod nosem z tej akcji, którą odstawiałam. Rzuciłam Arii błagalne spojrzenie, ale patrzyła na mnie zdezorientowana, nie bardzo wiedząc co się dzieje.
- W takim razie nie musisz się już zgłaszać, Easay – powiedziała zirytowana nauczycielka. Pewnie miała mi za złe przerwanie lekcji taką błahostką.
- A właściwie jest jedna sprawa. Mogę do toalety? – wypaliłam szybko, mocując się z upartą ręką.
- Idź – warknęła, wracając do pisania po tablicy. Chyba już się z nią nie polubię. Podniosłam się szybko i pośród śmiechów całej klasy wybiegłam z sali. W każdym razie miałam taki zamiar, ale potknęłam się przy jednej z ławek i zaryłam czołem o jej kant. Chłopak, który przy niej siedział, rzucił mi rozbawione spojrzenie i już wyciągał w moją stronę dłoń, ale szybko się pozbierałam.
Jak na skrzydłach wystrzeliłam z klasy, przy wyjściu zawadzając podniesioną ręką o strop drzwi.
Błagam, zabijcie mnie w tej chwili.
Upokorzona pognałam do dziewczęcej ubikacji i spojrzałam na siebie w lustrze. Dłuższą chwilę mocowałam się z ręką, a kiedy w końcu zdołałam ją opuścić, powróciło czucie. Znów mogłam nią poruszać, bez żadnych takich wpadek.
- Co to było? – mruknęłam, przepłukując twarz wodą. Moja dłoń automatycznie powędrowała do zagojonej rany. Od niedawna był to mój nowy nawyk.
Przesiedziałam w toalecie aż do upragnionego dzwonka. Bałam się też trochę reakcji klasy na to nietypowe widowisko, chyba jednak wolałam siedzieć w kabinie. Bądź co bądź jednak wyszłam i szybko odebrałam od Arii torbę.
- Co się stało? – spytała szybko, odciągając mnie na stronę. Jayden już szedł w naszym kierunku, a Piotrek stał niezdecydowany pośrodku korytarza, wpatrując się we mnie uważnie.
- Tak jakby nie mam pojęcia... nie miałam nad tym kontroli – mruknęłam. Niezadowolona zauważyłam szeroki uśmiech na twarzy brata, kiedy w końcu do nas podszedł.
- Nieźle siostra. Udało ci się ubarwić trochę lekcję – poklepał mnie po ramieniu i udał szczere zdziwienie, widzą moje nienawistne spojrzenie. – No co?
- Wiadro. To nie było zabawne!
- Było. Po prostu nie masz poczucia humoru.
- Też byś nie miał, gdybyś nie panował nad własnym ciałem – fuknęłam zezłoszczona. Aria wywróciła oczami i mrugnęła do mnie wesoło.
- Jayden, pozwól na chwilkę – pchnęła go przed siebie i cała w skowronkach zniknęła z nim za kolumną. Ze zdziwienia prawie mi szczęka opadła. Szybko jednak moja uwaga została zajęta przez coś innego. A raczej kogoś.
Tuż przede mną wyrósł chłopak o słodkim uśmiechu. Miał wysunięty podbródek i łagodne, niemalże dziewczęce rysy twarzy. Głowę zdobiły mu postawione na żel, krucze włosy. Wyglądał na jakiegoś bogatego snoba.
- Cześć – przywitał się, błyskając białymi zębami. Były tak wyszorowane, że chyba co przerwę chodził je szczotkować i pielęgnować. – Chyba zgubiłaś.
Wyciągnął rękę, w której trzymał małego, czarnego kolczyka. Szybko pomacałam uszy. Oczywiście, w jednym brakowało ozdoby.
- Dzięki – mruknęłam zestresowana. To w jego ławkę wyrżnęłam przy panicznej ewakuacji z klasy. Dość nieprzyjemna scena.
- Nie ma sprawy. Jakbyś jeszcze się chciała obtłuc, to wiesz gdzie siedzę – zaśmiał się wesoło i klasnął w dłonie. – To widzimy się na lekcji!
Odprowadziłam go spojrzeniem, ściskając w ręce odzyskaną zgubę. Kątem oka zauważyłam wpatrującego się we mnie Piotrka. Nie chcąc doprowadzić do jakiejkolwiek rozmowy, ruszyłam w stronę łazienki. Znowu.
- Pogadamy później? – czemu miałoby mi się udać przejść koło niego niepostrzeżenie? Przecież nie ma takiej opcji! Zatarasował mi przejście i uśmiechnął się lekko, czym zmiękczył mi serce. W ciągu chwili przestałam się na niego gniewać.
- Po lekcjach – przytaknęłam, karcąc się w duchu za swoją uległość. On tylko mrugnie, a ja już biegnę.

Na angielskim poinformowałam szeptem Arię o mojej zbliżającej się rozmowie. Bądź co bądź wolałam, żeby wiedziała, a nie posądzała o zdradę przyjaźni. Czy cokolwiek innego...
Zmarszczyła brwi i rzuciła w stronę Piotrka uważne spojrzenie. Pech chciał, żeby akurat się nam przyglądał.
- Może ma jakiś pomysł o co chodziło z tą ręką na matmie – zaproponowała, odwracając od niego wzrok. Rozejrzałam się po klasie, która wciąż przyglądała mi się jakbym miała zaraz coś odwalić. Zaraz, moment, a...
- Gdzie Jayden? – spytałam szeptem, zerkając w stronę tłumaczącej coś nauczycielki.
- Nie wiem. Odciągnęłam go na moment, bo ten chłopak ci się tak przyglądał... – zachichotała i rzuciła szybkie spojrzenie na lśniąco-zębnego. – Polazł gdzieś, bo Ewelina do nas podeszła.
- Tylko dlatego? – zdziwiłam się. Wciąż zastanawiałam się nad słowami Sophie. Nie dawały mi spokoju. Jakie okropne rzeczy mógł opowiadać siostrze? Powinnam o nie spytać? Nie, lepiej nie. Phi mówiła, że tego nie pamięta.
- Nie mam pojęcia – Aria podparła głowę ręką i wlepiła spojrzenie w okno, udając że słucha wykładu po angielsku.

Do końca dnia Jayden się nie pojawił i zaczęłam się trochę niepokoić. Zbyt dobrze go znałam, głupie pomysły czasem wstrzelały się mu do głowy. Nie powinnam go nawet z oka spuszczać po ostatniej ucieczce z internatu. Swoją drogą naprawdę zrobił się dziwny.
- Więc? Może mi w końcu powiesz, czemu jesteście na mnie takie obrażone? – zaproponował Piotrek, uśmiechając się lekko. Usiedliśmy na ławeczce tuż przy dróżce łączącej budynki. Zimny wiatr dął i wzniecał do tańca masę kolorowych liści. Niebo natomiast wyglądało tak ponuro, jakby miało zamiar zaraz się popłakać.
- Chodzi o Alicję – powiedziałam prosto z mostu, nagle niezwykle zainteresowana guzikiem w kurtce.
- A co ona ma do tego wszystkiego? – spytał zdziwiony.
- To, że się z nią umawiasz. Dobrze wiesz, że jej nie lubimy.
- Umawiam się z nią? Od kiedy? – parsknął śmiechem i przejechał dłonią po krótkich włosach. Odważyłam się na niego spojrzeć, by zobaczyć czy nie kłamie.
- Czyli nie?
- Żartujesz? Jedyna osoba, z którą chciałbym się umówić, siedzi ze mną na ławce – wyszczerzył zęby, a mnie momentalnie zrobiło się gorąco. Mogłam być pewna, że w tym momencie na moich policzkach wykwitł dorodny rumieniec. Spuściłam wzrok i wbiłam go w niesamowicie fascynującego guzika.
- Ah tak – mruknęłam niewyraźnie, kątem oka obserwując, czy przypadkiem nigdzie w zasięgu wzroku nie stoi Aria.
- Tak cię denerwuje Alicja... hmm, czyżbyś była zazdrosna? – droczył się ze mną, przez co wręcz spurpurowiałam. Zabierzcie mnie od niego. Zaraz będę mienić się w kolorach tęczy!
- Tak jasne – prychnęłam tylko, obskrobując guzika z jego czarnej farby.
- Wiem, że jesteś – odparł wesoło. Nagle spoważniał i położył swoją dłoń na mojej ręce. – Nie przejmuj się Arią.
- To nie tak... – jęknęłam.
- Nie pozwól zniszczyć czegoś przez jej sentymenty.

~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~
Ale patologia.. co ja tu piszę? ;o
Nie za dużo jak dla was? ;)
Moje postacie żyją własnym życiem. Pół godziny na Jaydena wrzeszczałam, żeby NIE gadał z Eweliną. Stwierdził cwaniaczek, że z chęcią by sobie z nią pokonwersował. W ogóle się mnie nie słucha... zdrajca! :C
Indżoj!

niedziela, 16 lutego 2014

Kartka 20

Patrzyłam szeroko otwartymi oczami w te czerwone tęczówki. Ból z sekundy na sekundę stawał się coraz silniejszy. Mieszał mi w mózgu i pozbawiał sił. Nie byłam na tyle sprawna, by zamknąć powieki. Oddech stopniowo stawał się coraz płytszy. Gardło mi wyschło na wiór, a obraz zaczął wirować.
Umierałam?
Nagle macka cofnęła się, a potwór zaskowyczał. Czyżby także poczuł ból? Dlaczego?
Nie byłam w stanie logicznie myśleć. Samo oddychanie kosztowało mnie sporo trudu. Kusiły mnie inne realia. Kusił mnie wieczny odpoczynek. Jednak nie chciałam umierać. Nie chciałam się poddać. Nie chciałam być beznadziejnie poddańcza.
Ciągnęło mnie do walki, jednak sił tylko brakło.
Patrzyłam więc na cień, który zrobił się szarawy i z każdą chwilą coraz bardziej znikał. W czerwone tęczówki wplotły się nici zielonkawego. Gdybym była w stanie, starałabym się otrząsnąć ze zdumienia.
W czerwone tęczówki potwora wplotła się barwa moich oczu.
Jak?
Cień po chwili zniknął bez żadnego dźwięku. Jednak wraz z nim wcale nie odzyskałam sił. Poczułam się natomiast jeszcze gorzej niż poprzednio. Jakby ktoś wyrwał cząstkę mnie i z nią czym prędzej uciekł.
Mimo wszystko postanowiłam stanąć na nogi. Tak. Na postanowieniu się skończyło.
Uniosłam lekko głowę, ale nie wytrzymałam pięciu sekund. Opadła na podłogę z głośnym trzaskiem.
Westchnęłam. Mimowolnie pomyślałam, że w takim momencie przydałby się ktoś do pomocy. Oczywiście, jak na złość nikt się nie zjawił.
Em... halo? Ja tu umieram? Znaczy się, umierałam, ale jakoś mi nie wyszło.
Wypuściłam powietrze z ust z głośnym świstem i ponowiłam próbę wstania. Tym razem poszło mi nieco lepiej i po kilku chwilach stałam na nogach. Dość chwiejnie, na dodatek podpierając się ściany, ale stałam.
Weszłam mozolnie do łazienki i przywlekłam się pod prysznic. Ledwo.
Ściągnęłam koszulkę i z przerażenia aż się wywróciłam. Szklana szybka, która odgradzała mnie od reszty pomieszczenia, zadrżała pod naporem mojego ciała i chyba niewiele brakowało, a wyleciałaby z hukiem.
Gorący strumień wody spływał po moim ciele, mocząc wszystkie manatki, które miałam na sobie. Jednak nie bardzo to do mnie teraz docierało. Dotykałam lekko palcem rany, która wciąż obficie krwawiła.
Czerwona maź spływała mi aż do brzucha i skapywała wolno do brodzika.
- O kurwa – wymsknęło mi się. Podsunęłam się pod ścianę i oparłam o nią plecy. Uniosłam głowę, pozwalając by woda spływała po twarzy. – O kurwa. Kurwa nie, nie kurwa. Nie.
Znów pomacałam ranę palcem i skrzywiłam się z obrzydzenia. Nie miałam ochoty na to patrzeć. Po prostu nie.
Jednak mój koniec nie nastąpi poprzez rozerwanie na strzępy. A szkoda.
Tymczasem zgniję pod prysznicem, wykrwawię się i te inne duperele. Przynajmniej Aria będzie miała Piotrka na wyłączność. Co za bzdety! I myślę o tym w chwili, w której umieram?!
Pufnęłam ze złości, krztusząc się wodą. Nie miałam jednak zamiaru wychodzić. Nie chciałam umierać, jednak brakło mi sił by najzwyczajniej w świecie wstać i pójść do pielęgniarki.

Nie mam pojęcia ile tak siedziałam. Woda raz po raz zmieniała swoją temperaturę. Nie miałam jednak siły odsunąć się od strumienia.
Raz mnie grzało, raz chłodziło. Jednak największe piekło rozgrywało się w moim ciele, które próbowało odzyskać dawny rezon.
Siedziałabym tam pewnie niewiadomo ile czasu, gdyby nie Aria. Wparowała do pokoju i dłuższą chwilę pokręciła się po nim. Po czym przystanęła przy drzwiach łazienki i delikatnie zapukała.
- Bianca? – rzuciła, wchodząc do środka. Tuż za nią wparowała jeszcze jedna osoba, rozglądając się dookoła z uwagą. – Rany, nic ci nie jest? Ej!
Próbowałam coś powiedzieć, mrugnąć. Jednak wystarczało mi wewnętrznej walki jedynie na oddychanie i zachowanie świadomości.
Czułam jak czyjeś silne dłonie unoszą mnie w górę, a otoczenie się zmienia.
- Chyba nie chcesz jej tak wynieść? – syknęła Aria, wyłączając prysznic.
- Czemu nie?
- Ślepy jesteś? Bez koszulki będziesz ją pół budynku targał? Jeszcze adoratorów pozbiera, niekoniecznie za swój charakter – usłyszałam gniewne prychnięcie i ktoś posadził mnie na łóżku. Mimowolnie zgadzałam się z przyjaciółką. Po co mieliby ludzie oglądać tą okropną ranę?
Opadłam bezwładnie na poduszki, unosząc na chwilę powieki. Przeraziłam się nie na żarty, kiedy ujrzałam jedynie rozmazane plamy dookoła.
- Daj mi tą bluzkę – odezwał się Piotrek. Nie miałam wątpliwości, zdecydowanie nie był to głos Jaydena.
- Tępy jesteś, czy jak? W ogóle co to za gapienie się na jej biust? Wara mi z pokoju!
- Tak? Sama ją poniesiesz?
- Wydaje mi się dziwna... weź zawołaj tutaj tą pielęgniarkę – burknęła Aria, nachylając się nade mną. Wyglądała w tym momencie jak wielka, różowa plama. – Źle się czujesz? Co się stało?
- Może jednak ja z nią zostanę?
- Nie gadaj tyle, tylko idź! – warknęła.
Po chwili trzasnęły drzwi, a kroki Piotrka oddaliły się. Aria przetarła mi czymś twarz i poklepała po policzku.
- Nie strasz mnie tak. W ogóle nie mrugasz. To przerażające... – szepnęła wkładając moje ręce w rękawy koszulki. – Bians, mrugnij jeśli mnie słyszysz.
Po dłuższej chwili zamknęłam i na nowo uniosłam w górę powieki. Aria odetchnęła z ulgą i naciągnęła mi ubranie na głowę.
- Co się dzieje?
Nie odpowiedziałam jej, bo zwyczajnie nie miałam na to siły. Westchnęłam tylko i przesunęłam rękę w stronę klatki piersiowej. Chciałam jej powiedzieć, że boli, a szorstki materiał tylko drażni ranę. Nie powinna mnie teraz ubierać, tylko opatrywać. Co jej strzeliło do głowy? Chce, żebym się wykrwawiła?
- Nie wierć się. Zaraz coś poradzimy.

~***~

Jayden

- Chodź – wyciągnęła do mnie rękę. Siedziałem jeszcze chwilę, wpatrując się w nią tępo. – Chcę ci pomóc.
- Trochę mnie przerażasz – sarknąłem, kręcąc lekko głową. Pomóc? Sam sobie genialnie radzę, nie potrzebuję niczyjej łaski!
- Wstawaj Jay – powiedziała głosem nie znoszącym sprzeciwu.
Podniosłem się z ziemi, głośno wyrażając swoje niezadowolenie. Mimo wszystko ruszyłem za nią. Skierowała się w stronę budynku, gdzie odbywały się zajęcia z talentów.
Mając w pamięci spanikowaną Biancę opowiadającą o rzekomych potworach w piwnicy, ominąłem zejście w dół szerokim łukiem. Coś niezaprzeczalnie mnie tam ciągnęło. Dziwna aura biła od tego miejsca, przyciągając mnie niemalże magnetycznie.
Przystanąłem na chwilę, nie zwracając uwagi na zdziwione spojrzenie Bezimiennej.
Szukasz nas, Jay?
Chcesz do nas dołączyć?
Zejdź na dół.
Wszystko rozpoznasz, wszystko się przypomni.
Chcesz znać tajemnicę, Jay?
Chodź, wszystko ci opowiem.
Patrzyłem jak zaczarowany, na drzwi od piwnicy. Klamka odskoczyła i przejście zaczęło się powiększać. Czy to magia?
Chodź do mnie.
- Zamknij się – warknąłem. Serce przyspieszyło mi tempa i teraz wybijało jakiś szalony rytm. Na całym korytarzu zamrugało światło, jakby miało zaraz zgasnąć. Bezimienna zaniepokojona podeszła do mnie i szturchnęła w ramię.
W tym momencie światło zgasło.
Ulewa na dworze się nasiliła. Wiatr dął nieprzerwanie, a krople uderzały szaleńczo w szyby. Skrzypnęła podłoga i gdzieś na górze zamknęły się drzwi.
Tymczasem z piwnicy zaczął się sączyć zielonkawy blask. Szum głosów nasilił się, a ja patrzyłem na to wszystko, jakby to był film.
- Chodź stąd – usłyszałem szept Bezimiennej tuż przy moim uchu. Tak właściwie powinienem nazywać ją Eweliną, ale nieszczególnie mi to odpowiadało.
- To nie pierwszy raz – syknąłem. – Zawsze jak przechodzę się uaktywnia. Wszystko się wzmaga. One mnie czują. Czują moją słabość.
- Chodź stąd, błagam – jęknęła. Tam na dole skrzypnęła podłoga, a światło się nasiliło.
- Ale nigdy tak bardzo.
- Mam złe przeczucia – szepnęła, ciągnąc mnie za rękę. – Chodź!
- Też je mam – rozglądnąłem się wkoło.
Nie słuchaj jej, Jay!
Ona chce cię zniszczyć.
Chce cię zmylić.
Chce przejąć nad tobą władzę.
Idź tam. Wszystko zrozumiesz.
- Panie Easay – wszystko automatycznie znikło. Głosy nadal szeptały, ale nauczyłem się je chociaż trochę ignorować. Światło w piwnicy zgasło, a drzwi powróciły na swoje dawne miejsce. Odwróciłem głowę w stronę stojącej przy wejściu psycholożki. – Chodzi o pana siostrę.
- O Biancę?
- Jest u niej pielęgniarka. Wzywają mnie pilnie. Pomyślałam, że chce się pan dowiedzieć co z pana siostrą.
Zerknąłem na Bezimienną. Patrzyła na mnie dużymi oczami, wpatrując się raz po raz w drzwi od piwnicy.
- Musimy porozmawiać – rzuciłem. – Później.
Skinęła głową i uśmiechnęła się na pocieszenie.

Jak zahipnotyzowany ruszyłem do internatu. Byłem głuchy na wszystko, ślepy na większość i nieczuły na deszcz, który spływał po moich plecach. Miałem mętlik w głowie, a w uszach szumiało mi i to bynajmniej nie od kapryśnej pogody.
Do pokoju wpadłem niemal biegiem. Psycholog ledwo za mną nadążała. Burczała coś pod nosem i mokra jak kura składała nieprzydatny parasol.
Ledwo zerknąłem na Arię i Piotrka, siedzących na łóżku, a już przerzuciłem wzrok na pielęgniarkę. Stała bezradnie przy Biance i wwiercała spojrzenie w panią psycholog.
- Teoretycznie zdrowa. Tylko, że nie ma na nic sił i ledwo oddycha – powiedziała. – Może padaczka...
Bianca wydawała się nie zdawać sprawy z mojej obecności. Podszedłem bliżej i lekko potrząsnąłem jej ramieniem. Nawet nie zareagowała. Dalej leżała na plecach z pół przymkniętymi oczami. Jej klatka piersiowa unosiła się minimalnie w górę i opadała maksymalnie w dół.
Chcesz ją ocalić?
Chwyciłem jej zimną dłoń i otuliłem swoimi obiema.
- Wie pani co jej może być? – spytał Piotrek. Psycholożka podeszła bliżej i nachyliła się nad nieprzytomną dziewczyną. Uniosła jej powieki i potrząsnęła ramieniem. Patrzyłem na nią jak na coś zupełnie odległego, coś nierealnego.
Zagryzłem wargi i wbiłem spojrzenie w siostrę. Bianca powoli przesunęła głowę w moją stronę i uniosła powieki. Nie przerywając kontaktu wzrokowego, skupiłem się najmocniej jak tylko potrafiłem i nie bardzo wiedząc co robię, ścisnąłem mocno jej dłoń.
Czułem jak uchodzi ze mnie energia. Jak staję się coraz słabszy, coraz bardziej podatny na otoczenie. Jednocześnie widziałem jak jej twarz nabiera kolorów. Czułem jak jej skóra przestaje być tak cholernie zimna.
Ja traciłem, ona zyskiwała. Tylko jakim cudem?

Nieważne jak, byleby skutecznie.


~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~

20 to taka ładna, okrągła liczba c;
A sam rozdział taki dziwny...
Ci bardziej domyślni mogą zacząć podejrzewać, co knuję.
Do tych domyślnych: nie podejrzewajcie, ja jeszcze trochę tu namieszam :D
Czytasz = skomentuj *taka tam fajna zasada ><*

wtorek, 11 lutego 2014

Kartka 19

Ps. Edytowałam playlistę. Słucham tych utworów jak piszę i naprawdę polecam!

Bianca

Siedziałam na swoim łóżku, usilnie przeszukując internet. Starałam się znaleźć jakieś informacje, cokolwiek na temat Cieni. Same bujdy. Jakieś bajeczki, opowiadania, żadnych konkretów. Znalazłam jedynie to, co Piotrek mi kiedyś pokazał. Tamten dzień wydawał się tak odległy, że aż zupełnie nieprawdopodobny.
Jednak nawet i to wydawało mi się jakieś nieprawdziwe. Nie potrafiłam tego wytłumaczyć, po prostu było złe...
Westchnęłam i odgarnęłam włosy za ucho. Poderwałam jednak głowę, kiedy skrzypnęła podłoga. Przeszukałam wzrokiem cały pokój, a nie znajdując niczego niepokojącego, zagryzłam wargę.
Odłożyłam ostrożnie laptopa na łóżko i podkuliłam nogi. Wolałam, żeby nie znajdowały się jak na wyciągnięcie ręki dla docelowych potworów. Obrzuciłam każdy kąt nerwowym spojrzeniem i zacisnęłam ręce w pięści.
- Aria? – syknęłam, kiedy po raz kolejny rozległo się skrzypnięcie, a mnie wydało się, że słyszę czyjeś kroki. Włoski na karku zjeżyły mi się, kiedy podmuch wiatru wydął firankę. Zrobiło się zimno. Chłód otulał każdą część mojego ciała. Patrzyłam raz w jeden, raz w drugi kąt pokoju. Wydawało mi się, że bicie mojego serca słychać w całym internacie.
Było tak nienaturalnie cicho, a każdy odgłos toczył się echem. Jakby nie istniało nic, poza tymi czterema ścianami, w których tkwiłam.
Trzask dobiegający z łazienki poderwał mnie do pionu. Zimny pot momentalnie oblał mnie całą, a dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa. Zacisnęłam jeszcze bardziej ręce, wbijając paznokcie w wewnętrzną część dłoni.
Starałam się uspokoić, wmawiając sobie, że to tylko wyobraźnia. To wszystko nie powinno się wydarzyć. Przykucnęłam znów na łóżku i już miałam wrócić do pracy, gdy światło w łazience się zapaliło.
Patrzyłam otępiała na sączący się przez szybkę żółtawy blask. Otworzyłam usta i po chwili je zamknęłam. Wiatr trzasnął okiennicą, wywołując u mnie ciarki. Zawył przeraźliwie, a budynek zatrzeszczał pod jego naporem.
Nie byłam w stanie wykonać jakiegokolwiek ruchu, zbyt sparaliżowana strachem.
- Ario, jeśli to ty, to przestaje być to zabawne – szepnęłam. W tym momencie w łazience ktoś uruchomił prysznic. Słyszałam jak krople wody uderzają o brodzik i rozpryskują się wkoło. Charakterystyczne syczenie wody i jakieś bulgoczące dźwięki z kanalizacji doprowadziły mnie do skraju wytrzymałości.
Z sercem na ramieniu postawiłam nogi na dywanie. W tym momencie coś pod łóżkiem zachrobotało i warknęło gardłowo. Pospiesznie poderwałam nogi do góry i znów skuliłam się w rogu łóżka, oparta o ścianę.
Do szumu wody dołączyło miarowe sapanie pode mną. Czułam, jak moje ciało napręża się ze zdenerwowania. Wydawało mi się, że jestem świadoma każdej komórki mojego ciała, która drży z niepokoju. Adrenalina uderzyła mi do mózgu. Byłam tak nierealna, zarazem doskonale zdając sobie sprawę z mojego położenia.
Przegryzłam ze zdenerwowania język, kiedy skrzypnęły drzwi łazienki. Zaczęły pomału się otwierać, przy akompaniamencie głośnych trzasków.
Sapanie pod łóżkiem gwałtownie się nasiliło, a ja miałam wrażenie, że odpływam. Stwór pode mną powoli się przemieszczał do wyjścia.
Odwróciłam wzrok w stronę łazienki. W smudze światła, która wpadała do pokoju ziała czarna dziura. Dosłownie. Ciemna plama pochłaniała światło i wszystko, co powinno znajdować się za nią. Na dodatek się poruszała. Drżała lekko, rozmazując przy tym swoje kontury.
Patrzyłam na to przez chwilę, a kiedy zbliżyła się o krok, zaczęłam się drzeć. Mimo tego, że na początku krzyk wcale nie chciał przejść przez moje gardło, po chwili wydałam jakiś cienki odgłos.
W tym momencie nastąpiło parę rzeczy naraz. Spod łóżka wystrzeliła kolejna ciemna smuga i zatkała mi usta. Druga chwyciła mnie za rękę, a trzecia za nogę. Ta dziwna siła zaczęła mnie do siebie przyciągać. Pomału zsuwałam się z łóżka, dążąc do upadku z niego.
Serce wygrywało mi marsz pogrzebowy, a w mózgu szumiało od nadmiaru wydarzeń. Nim się obejrzałam, już znajdowałam się na podłodze. Patrzyłam szeroko otwartymi oczami w ciemność pod łóżkiem, która ciągnęła mnie do siebie. Wtem z mroku wyłoniły się czerwone tęczówki i łypnęły na mnie radośnie.
Zacisnęłam powieki, modląc się o szybki koniec. Nie nastąpił on jednak, więc zdziwiona otworzyłam jedno oko.
Ból, który poczułam, był zbliżony do rozszarpywania klatki piersiowej nożem. Nie mogłam wrzasnąć, skutecznie kneblowana przez cień. Nie mogłam się ruszyć. Zastygłam w bezruchu z przerażenia i bólu, który targnął całym moim ciałem.
Zerknęłam w dół, na tyle mogłam się jeszcze zdobyć. Zobaczyłam kolejną mackę cienia, która tym razem mierzyła w moje serce. Wydawało mi się, że na jej końcu znajdują się szpony, które pomału wtapiały się w moją skórę.
Widziałam krew, która przesiąka przez bluzkę i wolno skapuje na podłogę.
Słyszałam szum wody i skrzypienie podłogi.
Czułam przerażający ból i marzyłam o końcu.
Zamknęłam oczy i czekałam.

~***~

Jayden

Poczułem coś na kształt radości. Coś jak błogie uniesienie, które oblało falą całe moje ciało. Zamknąłem oczy i rozkoszowałem się przez moment tą dziwną władzą.
Wróciłem jednak na ziemię, kiedy kropla wody spłynęła po mojej twarzy. Spojrzałem z niezadowoleniem na ciemne niebo i zgromiłem je spojrzeniem za deszcz, który na mnie zsyłał.
Siedziałem właśnie pod jednym z drzew na terenie ośrodka szkolnego i opierając się o jego korzeń, wpatrywałem się w trawę. Ani mi się widzi stąd ruszać! Niech ten deszcz spieprza. Nie będzie się mną jakaś tam natura rządzić.
Nadal siedziałem uparcie na ziemi, pomimo ciężkich kropli. Nie wiem ile czasu minęło. Układałem sobie wszystko w głowie, bojąc się końcowego efektu. Jednak im dłużej segregowałem chronologicznie wspomnienia, tym bardziej wydawało mi się, że mam cholerną rację. Ten jeden pierdolony raz chciałbym, żeby było inaczej.
Nie miałem całkowitej pewności, wciąż brakowało mi trzech lat z życia w szpitalu. Za nic nie mogłem ich sobie przypomnieć. Za każdym razem, gdy pojawiał mi się w głowie jakiś ich przebłysk, zaraz szybko znikał.
Czy to ja? Czy to byłem ja? Czy to ja tak działam?
Zmarszczyłem brwi i przesunąłem ręką po mokrej trawie.
A może to jednak ja?
- Chory będziesz – wybudził mnie z transu dziewczęcy głos. Powoli przeniosłem spojrzenie na stojącą obok mnie Bezimienną, opatuloną w kurtkę przeciwdeszczową, po której spływały krople wody.
- Na mózg już jestem – skwitowałem tylko i dalej uparcie zajmowałem swoje miejsce. Dziewczyna po chwili wahania usiadła obok. – Przeziębisz się.
- Ee tam – machnęła ręką i uśmiechnęła się lekko. Z przykrością zauważyłem ledwo widocznego siniaka na policzku po moim uderzeniu. Ukrywała go pod masą dziewczęcych kosmetyków, których nazw nigdy nie zdołałem spamiętać. Widząc mój wzrok, odwróciła szybko twarz i skryła ją pod kurtyną mokrych włosów. Nadal jednak zacięcie wpatrywałem się w tamto miejsce, a moje myśli przybrały raptowny obrót.
Chciałem jej coś powiedzieć, ale nagle zdałem sobie sprawę z bardzo banalnej rzeczy. Nawet nie znałem jej imienia, chociaż z pewnością wiedziałem o niej więcej niż większość osób. To dziwne uczucie. Wiedzieć, że ktoś zna cię bardziej niż ktokolwiek inny, a ty tymczasem także wiesz o nim niemało... ciekawe.
- To jak ci na imię? – spytałem. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem, myśląc, że żartuję. Uśmiechnąłem się wesoło, widząc jej zdezorientowanie.

- Ewelina...

~~~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~~~

Coś nie mam przekonania do tego rozdziału... ;/
Wydaje mi się taki jakiś dziwny.. na dodatek wcale mi się nie podoba.
No ale mówi się trudno.
Innndżoj evribadi *dobry ingliszing, to trzeba się popisać \o/*