Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bójka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bójka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Kartka 10 cz 1

Nie wiem, co za frajer rozpuścił plotkę, ale miałem już wszystkiego dość. Mówiąc wszystkiego, chodziło mi o te chichoczące dziewczyny na korytarzach, posyłające mi kpiące uśmiechy, a także jakiegoś idiotę, który jak tylko mnie zobaczył to wyciągnął ręce do góry i wydarł się na cały korytarz:
- Nie dźgnij mnie nożem! Mam żonę i dzieci! – zrobił takie zamieszanie, że wszyscy zaczęli się nam przyglądać ciekawie. Poprawka, wszyscy zaczęli MI się przyglądać i oczywiście ci, którzy o całej sprawie dotychczas nie mieli pojęcia, zostali grzecznie poinformowani przez całą resztę.
Ten chłopak dopełnił wszystkiego. Cała złość, która przez te dni gotowała się we mnie bez przerwy, teraz zaczęła pienić się i wylewać na zewnątrz.
Powoli, jakbym się nie spieszył, zmieniłem kierunek drogi i podszedłem spokojnie do gościa. Patrzył na mnie z pewną dozą ciekawości, unosząc do góry brwi. Był pewny siebie. Ten frajer myślał, że nie odważę się mu czegoś zrobić. Zabawne.
- Na twoim miejscu bym lepiej uważał. Wychylanie się raczej nie jest dobrym pomysłem, żeby uniknąć... psychopaty – ostatnie słowo wypowiedziałem z kpiną. Frajer chyba się zmieszał, bo na jego czole przez chwilę ukazała się pojedyncza bruzda.
- Grozisz mi? – warknął. Zachowywał się jakbym był niższą warstwą społeczną od niego. Zmierzył mnie spojrzeniem i zadarł głowę, usilnie próbując wyglądać na wyższego. To głupie, koleś był niedojebany.
- Dopuszczam taką opcję – odparłem. Scyzoryk w mojej kieszeni spodni zaczął mi niebezpiecznie ciążyć. Nigdy się z nim nie rozstawałem, ot tak dla bezpieczeństwa. Nie chciałem powtarzać sytuacji sprzed paru lat. Przezorny zawsze ubezpieczony.
- Jeśli ze mną zadrzesz, rozpierdolę cię na kawałki – wycedził chłopak.
- Taak? A to ciekawe jak. Zaczniesz płakać, żebym tylko nie użył noża? – świetnie się bawiłem przy tej wymianie zdań. Pomimo wciąż narastającej frustracji ogarnął mnie stoicki spokój. Szczerze? Cisza przed burzą. Coraz mniejszą kontrolę miałem nad własnym umysłem i ciałem. Jednak nadal perfekcyjny refleks.
Frajer zamachnął się by strzelić mi z pięści. Uchyliłem głowy i zablokowałem jego rękę. Na moją twarz wstąpił kpiący uśmieszek. Chyba się zorientował, że jeśli teraz odpuści, zrobi z siebie kompletne pośmiewisko. W oczach błysnęło mu szaleństwo. Chrońcie ludzi głupich, nie wiedzą na co się porywają.
Wymierzył kolejny cios i tym razem musnął dolną część mojej szczęki. Ktoś zaczął mu dopingować, wokół nas zacieśniło się koło i rozgorzała wrzawa.
Postanowiłem się mu odpłacić. W środku mnie z głośnym rykiem obudziło się coś, nad czym nie miałem kontroli. To coś czuwało przez parę ładnych lat, a powrót do Polski był jak obudzenie uśpionego potwora. Było jego powrotem. Powrotem szaleństwa.
Moja pięść poszła w ruch i poczułem lekki ból, gdy z całą siłą naparła na łeb pyskatego frajera. Nie dając mu szansy na kiwnięcie choćby palcem wymierzyłem kolejny cios. Ktoś się dołączył i próbował mnie zajść od tyłu, ale kierując się intuicją, uchyliłem głowę w porę.
Rozgorzała walka i coraz więcej ludzi wkoło zaczęło się niepokoić. Może i wyglądało poważnie, ale dla mnie to był taniec. Ile razy wyobrażałem sobie, jak odpłacam się tym chłopcom. Ile razy moja pięść smagała worek treningowy, gdy przed oczami miałem ciemność, a w uszach rozbrzmiewał ich śmiech. Ile razy przychodziłem na boks tylko po to, by zaprawić się do walki na wszelki wypadek. No ile? Wystarczająco.
Ktoś odciągnął atakujących mnie od tyłu osobników. Frajer, który wywołał całą aferę pozbierał się w sobie i z impetem kopnął mnie w brzuch. Nie, już nie opadnę na posadzkę. Nie dam się pokonać. Nie, nie, nie.
Chociaż z moich płuc wydostało się całe powietrze, wciąż potrafiłem trzeźwo myśleć. Rąbnąłem gościa glanem w czułe miejsce i doprawiłem wszystko ciosem wycelowanym w nos. Już podnosiłem by oddać kolejne uderzenie, kiedy czyjaś silna ręka chwyciła za mój nadgarstek i odwróciła w swoim kierunku.
Przede mną stał rozwścieczony nauczyciel wf-u. Jego twarz cała poczerwieniała, a na szyi widać było wyraźnie wszystkie żyły.
Już myślałem, że mnie walnie, raczej by mnie to nie zdziwiło. Zamiast tego wydarł się, rozrzucając dookoła kropelki śliny.
- Jesteś z siebie zadowolony ty mały skurwielu?! Na co się gapicie cholerne dzieciaki?! Ogłuchliście wszyscy?! Dzwonek był do kurwy, na lekcje wy małe, zasrane dziwolągi!
Ktoś się zaśmiał, inny rzucił jakiś tekst, ale większość po prostu zaczęła się rozchodzić. Tylko obolały frajer, który wkopał mnie w to gówno, jęczał z bólu, kuląc się na podłodze. Krew z nosa płynęła mu obficie po twarzy, ale obiema rękami obejmował się za krocze, stękając coś o skurwysynie. To pewnie o mnie.
Przez chwilę poczułem dziwną satysfakcję, patrząc na jego ból. Nagle uśmiech zszedł mi z twarzy, a w oczach mi pociemniało. Teraz leżałem tam siedmioletni ja, pobity przez paru starszych chłopców. Cały obolały, niezdolny do najmniejszego ruchu. To byłem ja, a za razem ten frajer. Ja i on. On i ja. To on, czy to ja?
Wszystko zlało się w jedność. Wspomnienia i teraźniejszość.
Mógłbym tak stać tam godzinami, patrząc z przerażeniem na zwijającego się z bólu chłopaka. Gdyby nie wkurzony wuefista. Pociągnął mnie przez korytarz, cały czas prawiąc głośne morały i co drugie słowo dorzucając jakiś wymyślny epitet.
Poczułem jak odpływam, jak pogrążam się w szaleństwie. Jak mogłem?! Co ja kurwa zrobiłem? Jestem teraz taki jak on? Co się ze mną dzieje. Kurwa mać!
Chciałem wrzeszczeć, szarpać się za włosy. Chciałem wziąć kij i rozwalić wszystko. Była tylko wszechogarniająca wściekłość. Tylko wściekłość i ogromny ból, jakby zamiast krwi w moich żyłach był płynny ogień. Powoli tłoczył się do serca, które pod jego wpływem przybierało czarną, smolistą barwę. Rozsypywało się powoli, boleśnie.
Jayden?
Jayden?
Wszystko będzie dobrze. Jayden?
Natłok głosów. Wciąż do mnie szeptały. Każdy był inny. Niektóre rozpoznawałem, innych nie. Zlewały się w jedno i szeptały, śmiały się, rozmawiały. I każdy rozbrzmiewał w mojej głowie jak w pustej, ogromnej sali.
Jayden?
Co ty zrobiłeś, Jayden?
Co się z tobą dzieje?
Idiota, idiota!
Jesteś taki sam jak oni, Jayden.
„Zostawcie mnie. Zostawcie! – wrzeszczałem w duchu, chcąc w końcu usłyszeć tą błogą ciszę, która mogłaby otulić mnie ramionami i zabrać już na zawsze. Tylko ciszę! – To mój umysł! Zostawcie mnie!”
No siemasz, artysto.
Jak ci się podoba twoja nagroda, frajerze?
Frajerze. Frajerze. Frajerze.
Hahaha. Frajerze.
- Co się stało? – jakby przez ogromną barierę doszły mnie dźwięki ze świata realnego. Realnego? Haha! A co tu jest realne? Może tamto, to wyobraźnia, a te, które szepczą nieustannie są prawdziwe? One na pewno są prawdziwe!
- Wywołał bójkę.
Bójkę? Jaką bójkę?
Nie! To oni wywołali bójkę!
To oni go bili!
Go? Kogo?
Tego skulonego chłopaka na podłodze z krwią na twarzy sączącą się z nosa!
To ty! To Jayden!
Nie! To oni! To przeszłość! Ona wraca!
„Zostawcie mnie!” – powtarzałem te słowa jak mantrę. Gdzieś w oddali usłyszałem śmiech Bianci. W zakątku mojej głowy, lub w realnym śmiecie, śmiała się dźwięcznie. Szczerze.
Bianca. Gdzie jesteś, Bianco?
Ten śmiech narastał mi w uszach i wypełniał całe ciało. Poczułem jak napięcie stopniowo znika, a głosy zaczynają cichnąć. Przypływ paniki zniknął, był tylko ten melodyjny dźwięk. Dźwięk mojej psychicznej wolności.
A później zapadła cisza i otworzyłem oczy. Kiedy je zamknąłem?
Znajdowałem się w gabinecie dyrektorki, a trzy spojrzenia wpatrywały się we mnie ze skupieniem. Kiedy tu się pojawiła psycholog? Patrzyła na mnie uważnie, śledząc najwyraźniej każdy mój ruch. Co zrobiłem? Czy pokazałem po sobie jakie piekło przeżywam wewnątrz? Czy chodzi tylko o sprawę tego chłopaka?
Odchrząknąłem, bo cisza zaczęła mi ciążyć. Tak, ta sama cisza, o którą przed chwilą błagałem w moim umyśle. A może mówiłem wtedy głośno? A może i oni słyszeli te dziwne dźwięki? Nie, nie wyglądali na przerażonych, czy chociażby zdziwionych.
- Easay, byłeś kiedyś u lekarza?
- Co? – wydukałem zdziwiony. Psycholog patrzyła na mnie uporczywie.
- Takiego... umysłowego lekarza.
O kurwa. Nie. Byłem i nie chcę więcej. Już nigdy. Nie chcę tam wracać. Nie chcę wracać do długich korytarzy. Nie chcę wracać do ludzi w białych kitlach. Nie chcę słyszeć w nocy czyjegoś zawodzenia. Nie chcę po raz kolejny patrzeć, jak przywiązują kogoś pasami do łóżka. Nie chcę czuć zastrzyków. Nie chcę patrzeć na te sztuczne uśmiechy. Nie chcę słyszeć diagnoz lekarza o rzekomym ozdrowieniu, gdy po głowie wciąż tłuką mi się głosy. Nie chcę znowu zostać ubrany w kaftan. Nie chcę znów trafić do tego pokoju obłożonego poduszkami. Nie chcę! Nie, nie, nie, nie! Nie pozwólcie mi tam wrócić! Nie pozwólcie! NIE!
- Ma to jakieś znaczenie? – powiedziałem spokojnym głosem. Na zewnątrz wciąż trwałem nieruchomo, odwzajemniając uporczywe spojrzenie psycholożki.
Ta wstrętna baba uparła się na mnie od tamtego feralnego wypadku pod salą teatralną. Minęły cztery, koszmarne dni, podczas których znosiłem dogryzania i chichoty. Znosiłem ciągłe, czujne spojrzenia psycholożki na korytarzach. Nic mi nie jest. Nic nie wraca, spokojnie. To tylko stres minionymi dniami. Tak! Tak sądzę.
- Przecież jestem normalny – dodałem jeszcze, a w moich oczach pojawił się złowrogi błysk. JESTEM normalny, nie patrz tak na mnie.
- Panie Easay, normalni ludzie nie rzucają się na kolegów na korytarzu z pięściami. Pan Trzynak jest pod obserwacją pielęgniarki, ale ma złamany nos i obolałe... narządy – włączyła się do rozmowy dyrektorka. Patrzyła na mnie chłodnym wzrokiem, siedząc w swoim ogromnym fotelu, który był z dwa razy od niej większy. Była to kobieta, która wyglądem nie mogłaby zyskać respektu, jednak jej ostry charakter gasił nawet największego rozrabiakę. Biła od niej aura władzy i spokoju, jakby panowała nad każdą, najmniejszą sytuacją. Nie była pobłażliwa, nie ona, chociaż łasa na kasę. Widać to było na pierwszy rzut oka. Szczyciła się markowymi ubraniami, które w żadnym wypadku nie mogły być kupione w jakiejś sieciówce. Na szyi zwisał jej naszyjnik wykładany najpewniej drogocennymi kamieniami. W każdym razie świecił się jakoś tak... bogato.
- To on zaczął – warknąłem, czując się dziecinnie wypowiadając te słowa. Tym razem jednak powstrzymałem falę wspomnień, które już cisnęły się do mojego umysłu. Wiedziałem co tam zobaczę. Siebie, całego usmarowanego czekoladą i Biancę w lodach porzeczkowych, oboje stojących naprzeciwko matki i wrzeszczących co sił, że to wina tego drugiego. Wieczór, tuż przed pobiciem.
- Nie obchodzi mnie kto zaczął, Easay, ale kto miał w tym największy udział – powiedziała spokojnie kobieta. – Mogłabym cię za to wyrzucić.
O tak! Poproszę!
- Jednak nie zrobię tego.

Kurwa mać!

~~~~~~~~***~~~~~~~~

A Jayden jak zawsze w tarapatach...
W końcu odkryłam takie coś jak udostępnianie internetu z telefonu do komputera ;-;
Kolejna kartka jeszcze w tym tygodniu i niestety(?) znów z perspektywy Jaydena ;D
Indżoj c:

środa, 25 grudnia 2013

Kartka 7

Jedyną zaletą sobotnich lekcji... nie, kurwa, nie było żadnych zalet.

Zwlekłem się z łóżka jeszcze przed ósmą i ogarnąłem irokeza. To była jedyna poranna czynność, jaką robiłem. Po każdej nocy przyklepywał mi się do głowy, przez co wyglądałem jak przylizany jełop.

Wszystko robiłem jak najgłośniej, byleby tylko zirytować Piotrka. Chłopak spał twardo, wyraźnie miał moje działania w dupie, co mnie tylko jeszcze bardziej wkurwiło.

W „szkole talentów” – swoją drogą koszmarna nazwa. Talentów. Połowa miejsc w tej placówce była zajęta przez nabzdyczone uczniaki, za których przez całe życie przewijano pieluszki. Nieliczni mieli jakiś tam „talent” – byłem dziesięć minut po dzwonku.

Już wolałem jechać z tą dwójką ciot i Biancą do miasta, niż siedzieć na scenie cały dzień i planować popierdoloną sztukę. Jakby komuś na tym jeszcze zależało.

- O, pan Easay. Już myślałem, że pan nie przyjdzie – przywitał się nauczyciel. Od samego jego widoku po prostu rzygałem. Miał na sobie rurki, które opinały mu dosłownie wszystko, chyba trochę bardziej niż powinno. Facet w średnim wieku z śnieżnymi włosami i „artystyczną” bródką i kurwa rurki. Na dodatek emanowała od niego dziwna aura, której nie potrafiłem bliżej określić. Nie, nie intrygowało mnie to, już bardziej irytowało.

- Też miałem taką nadzieję – warknąłem.

- Świetnie się składa, że jednak uraczył nas pan swoją obecnością. Zostanie pan po lekcjach, musimy przedyskutować bardzo ważny temat – powiedział, mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów. Właśnie, głów. Zatrzymał dłużej spojrzenie na mojej fryzurze i chyba zrozumiałem co się święci. Ten fagas chciał mi przejechać kosiarką po łbie.

- Pańskie życzenie jest dla mnie rozkazem – zironizowałem.

- Wyjmij tą słuchawkę z ucha – dodał jeszcze i wrócił do lekcji. Wkurwiony jak nie wiadomo co, zająłem miejsce w ostatnim rzędzie tej pieprzonej sali. Włożyłem obie słuchawki i zamknąłem oczy.
Czas na drzemkę sukinsynu. Niestety, to nie ty dyktujesz zasady.


Chyba przespałem całe zajęcia. Nauczyciel miał wyjebane na to, co robiłem. Jednak, gdy już szykowałem się do wyjścia zatrzymał mnie ręką.

Fu, ten obrzydliwy typek dźgnął mnie palcem w brzuch i uśmiechnął się tajemniczo. Taa, teraz pewnie mnie zgwałci, szmaciarz.

- Mam do ciebie sprawę – odezwał się, kiedy wszyscy już wyszli. Zauważyłem, że ma jakiś nerwowy tik. Bez przerwy uderzał palcem wskazującym po policzku, wydymając go językiem. Uh, gość był ohydny.

Odpowiedziałem mu milczeniem. Naszła mnie niewygodna wizja, że gdybym otworzył usta, ten od razu przyssałby się do mnie jak odkurzać. Cholera. Facet wyglądał jak totalny gej.

Jednak nie zdążył nic powiedzieć, bo drzwi uchyliły się, a do środka zaglądnęła dziewczyna. Przeciętnemu chłopakowi rzuciłaby się w oczy po pierwsze jej powabna figura. Kolejno zauważyłby sięgające piersi, czarne włosy, zadarty nos i ogromne oczy.

Ja nie byłem normalny. Nie patrzyłem oczami. Starałem się czasami dostrzegać tak, jak inni. Pomimo to pierwsze, o czym pomyślałem to, że była smutna. Okropnie smutna i zagubiona. Wyginała palce jednej ręki i bez przerwy dreptała w miejscu. Zniecierpliwiona.

- Przepraszam, myślałam, że sala jest wolna – odezwała się cichym głosikiem. – Zawsze o tej porze przychodzę.

- To nic! Chyba nie będziemy ci przeszkadzać, co? – pokręciła szybko głową, a ten upiorny facet puścił jej oczko i wskazał gestem, że może wejść. Później zwrócił się do mnie i klepnął lekko po ramieniu. Co za ciota.

- Poczekaj chwilkę, muszę się po coś wrócić – powiedział. Uśmiechnął się i wyszedł szybkim krokiem, poprawiając zsuwające się spodnie. Patrzyłem za nim, a na mojej twarzy wymalował się wyraz głębokiego obrzydzenia.

Nie zwracając większej uwagi na dziewczynę, usiadłem na brzegu sceny i znów wsłuchałem się w The Analogs wygrywających tony w moich słuchawkach.

Jej zainteresowanie moją osobą ograniczyło się do szybkiego zerknięcia na czerwonego irokeza. Zmarszczyła brwi i odwróciła wzrok.

Wszystko byłoby dobrze, naprawdę. Gdyby tylko nagle nie odsłoniła kurtyny i nie zasiadła do pianina. Do pieprzonego pianina stojącego tak blisko mnie.

Poderwałem się w górę jak oparzony i wycofałem szybko. Byleby jak najdalej. Byleby tego nie widzieć. Co za chujstwo, akurat teraz musiała przyjść, tak?

Przez ten nagły przypływ paniki straciłem równowagę i opadłem na fotel w pierwszym rzędzie. Dziewczyna patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Widziałem jednak, że z trudem powstrzymuje się od wybuchnięcia śmiechem. Przerażony punk.

Jest kurwa dobrze, spokojnie. Jest przecież to pierdolone światło.

Rozglądnąłem się wkoło, usilnie starając się nie patrzeć na ten szmelc w rogu sceny.

- Wszystko w porządku? – spytała nieśmiało dziewczyna.

- W jak najlepszym – zapewniłem ponuro, wstając. Nie, nie obchodzi mnie co ten gej ma mi do powiedzenia. Wychodzę.

- Pewnie to ty jesteś Jayden, tak?

Rzuciłem jej niezadowolone spojrzenie. Skąd znała moje imię? Wpatrywała się we mnie ze spokojem. Ręce trzymała na klawiszach pianina. Jeszcze tego by brakowało, żeby zaczęła grać.

- Czemu tak sądzisz?

- Raczej niewielu punków chodzi do tej szkoły – uśmiechnęła się leciutko, chociaż nie objęło to tych dużych, smutnych oczu. Kiwnąłem tylko głową i zebrałem się już do wyjścia. – Nie spytasz jak mam na imię?

- Nie potrzeba mi zbędnych informacji – warknąłem. Dziewczyna z nerwów nacisnęła kilka klawiszy naraz tak, że w sali rozbrzmiał gwałtowny dźwięk. Podskoczyłem w górę przerażony, a moje serce raptownie przyspieszyło tempa. Starałem się odzyskać kontrolę nad własnym umysłem, który zaczął ukazywać niechciane obrazy.

Wyślizgnąłem się na korytarz, zamknąłem drzwi i padłem bez tchu na posadzkę. Wszystko stało się wyraźniejsze, tak realistyczne, jakby wydarzyło się dopiero wczoraj.


~***~


Jako siedmiolatek chodziłem na zajęcia z gry na pianinie. Matka bardzo cieszyła się, kiedy w domu grywałem na starym sprzęcie taty. W tamtym czasie nie uśmiechała się zbyt często, więc wkładałem wszystkie swoje wysiłki w naukę.

Bianca miała do muzyki dwie lewe ręce i przydawała się jedynie w porządkach domowych. Więc się starałem, chcąc pokazać mamie, że mi zależy.

Tamtego dnia moja nauczycielka ogłosiła mały konkurs. Zebrała całą naszą piątkę, którą miała pod swoimi skrzydłami i powiedziała, że ten kto zagra najładniej, dostanie w nagrodę ogromną tabliczkę czekolady.

To było parę miesięcy po przeprowadzce do Polski. Ledwo znałem ten język i z trudem się nim posługiwałem. Jednak głos muzyki był mi bliski, jakby żył we mnie już od wieków i szeptał codziennie ciche słowa. Chciałem zostać wirtuozem. Marzyłem o tym.

Dlatego z ogromnym uśmiechem odebrałem po zajęciach swoją nagrodę. Wygrałem! Mój pierwszy w życiu konkurs! Aż nie posiadałem się z radości. Chciałem czym prędzej powiadomić o tym mamę. Gnałem do domu na złamanie karku i dotarłbym tam w przeciągu chwili, gdyby na mojej drodze nie pojawił się Patryk.

On także chodził na zajęcia. Znałem go jednak z widzenia. Zaproponował mi, abyśmy wpadli do niego na chwilę. Mówił, że także ma dla mnie nagrodę za wygrany konkurs. Patryk był o parę lat starszy i miał duży autorytet wśród innych dzieci. Bez trudu przekonał mnie, żebym wszedł samotnie do jakiegoś ciemnego pokoju, a on zaraz przyniesie nagrodę.

Jednak, kiedy drzwi zamknęły się z hukiem i zaskoczył zamek zacząłem się niepokoić. Nie mogłem znaleźć włącznika światła i przez pierwsze minuty błąkałem się przy ścianie, macając po niej rękami. Kiedy w końcu go znalazłem, nic się nie stało. Nadal było ciemno.

Waliłem pięściami w drzwi, krzyczałem, żeby nie stroił sobie ze mnie żartów. Jednak nie odpowiadał. Nie wiedziałem ile czasu minęło, zanim coś się zaczęło dziać.

W całym pokoju zabrzmiała muzyka, w której rozpoznałem swoją własną grę na pianinie. W pierwszej chwili pomyślałem, że stworzył dla mnie przedstawienie, czy coś w tym rodzaju. Niestety, myśl szybko zniknęła, a na jej miejsce wkradł się ból. Coś rozdarło mi skórę na ramieniu. Z małej rany powoli zaczęła sączyć się krew.

- Aua! – krzyknąłem w większej mierze zdziwiony, niż przerażony. Przyłożyłem rękę do ramienia i zacisnąłem, zastanawiając się co się tak właściwie stało.

Nie minęła chwila, a coś ciężkiego łupnęło w moją głowę. Poczułem przeciągły pisk w jednym uchu i upadłem na kolana, chwytając się za włosy.

- Przestań! – wrzasnąłem.

- Jak ci się podoba twoja nagroda, frajerze? – odpowiedział mi jakiś głos. Odwróciłem głowę z niedowierzaniem. Ktoś był razem ze mną w pokoju. Podniosłem się powoli z klęczek, nadal wbijając wzrok w nieprzeniknioną ciemność.

Kiedy tak stałem coś szklanego rozbiło się u moich stóp. Cofnąłem się przerażony i chciałem już przylgnąć plecami do jednej ze ścian, kiedy niespodziewanie oparłem się o jakieś ciało.

- No siemasz, artysto – zakpił głos. Nie miałem możliwości, by coś powiedzieć, bo czyjaś pięść wbiła mi się w brzuch, wyrzucając powietrze z płuc. Upadłem na kolana, czując jak coś rozbija się na mojej głowie.

Ciemność. Wszędzie ciemność i śmiech. Śmiech, śmiech. Bawimy się dobrze, Jay. Bawimy się z wirtuozem. Chcesz się pobawić z nami, Jay? Dołącz do nas Jay, zacznij się śmiać. Wszystko jest takie zabawne!

Delikatne dźwięki pianina nie pasowały do szybko bijącego serca. Nie pasowały do uporczywych prób złapania oddechu, kiedy wokoło nadlatywały pociski.

- Mamo! – jęknąłem. Ciepła ciecz spływała po mojej twarzy i zlepiała ciemne włosy w zbite strąki. – Mamo!

- Oo, patrzcie! Dzidzia wzywa mamusię! – zaśmiał się któryś z nich i zewsząd nadeszły przedrzeźniające głosy. Ilu ich było? Co najmniej czterech, każdy bez przerwy albo wymierzał mi cios, albo rzucał czymś, co raniło ciało.

- Proszę. Proszę, przestańcie – szeptałem jak w amoku, czołgając się po podłodze. – Przestańcie!

Ktoś wymierzył silny cios prosto w moją twarz. Coś chrupnęło, a z nosa pociekła krew, wpływając do ust. Zacząłem kaszleć i pluć, wciąż starając się złapać głębszy oddech.

- Pomocy! – wychrypiałem ostatkiem sił, zanim jeszcze zemdlałem.

I mógłbym powiedzieć, że nastała ciemność, jednak ciemność była już wcześniej. Wraz z nią dźwięki pianina, takie delikatne i spokojne. To wszystko łączyło się w jedną całość, zespawane ogromnym bólem.

Nikt mi nie pomógł. Nikt nie miał jak mi pomóc. Mojego ojca nawet nie znałem, matka była za daleko. Nie pomogła mi. Przecież mówiła, że zawsze ze mną będzie. Tak mówiła. Czemu więc jej wtedy nie było? Wtedy, gdy obrywałem twardą podeszwą buta po twarzy, po brzuchu i reszcie ciała. Czemu jej nie było? Czemu nikogo nie było?


~***~


Uderzyłem ręką w głowę, próbując wrócić do rzeczywistości. Jednak wspomnienia były tak realne, jakbym miał zaraz odczuć ten okrutny ból przeszywający całe ciało.

„- Masa siniaków, złamanie, krwawienie wewnętrzne...”

- Wszystko w porządku? – dobiegł mnie głos z zewnątrz.

„- ... guz w mózgu, skręcona kostka, rana otwarta...”

- Ej, Jayden! – ktoś potrząsnął moim ramieniem. Całym sobą starałem się wrócić z przeszłości. Czemu to kurestwo nadeszło z takim natłokiem? Przecież starałem się je usunąć z głowy! Tak dawno nie wspominałem. Czemu znowu to wszystko mam w głowie?

- Zostawcie mnie! – wydarłem się. Miałem na myśli zarówno wspomnienia, jak i chłopców, którzy wtedy mnie bili. Odejdźcie, błagam.

Wbiłem paznokcie głęboko w skórę, chcąc odwrócić swoją uwagę.

Idźcie stąd, kurwa!

- Co się dzieje? – spytał nowy głos. Wszystko dochodziło do mnie, jakby było odległe o parę tysięcy lat. Jakby zupełnie nie dotyczyło mnie.

- Ja nie wiem, zaczął krzyczeć ja...

- Trzeba go zabrać do psychologa.

- Nigdzie mnie kurwa nie zabierzecie! – wydarłem się, podrywając na równe nogi.

Wciąż nie byłem w tej rzeczywistości. Byłem zarazem we wspomnieniach, kopany, szturchany i bity, a także w szkole na korytarzu razem z gejuchem i dziewczyną-której-imienia-nie-chciałem-znać.

- Nie zabierzecie mnie! – powtórzyłem, bo chyba do nich nie dotarło. Zaczęli się do mnie pomału zbliżać. Chcieli mnie osaczyć. Pewnie w kieszeniach mieli noże, musieli mieć noże. Tak jak oni.

- Jayden, my nie chcemy ci nic zrobić – szepnęła dziewczyna, wyciągając w moim kierunku rękę. Cofnąłem się o krok, byleby nie mieć kontaktu z jej ciałem. Spierdalajcie ode mnie! Wszyscy, wynoście się stąd!

- Co się dzieje? – zapytał gejuch, świdrując mnie badawczym spojrzeniem. Znów poczułem się jak mały chłopiec na obserwacji, parę dni po pobiciu.

Wtedy zwariowałem. Straciłem zmysły. Wrzeszczałem, kopałem wszystko, co było w pobliżu. Nie chciałem żeby ktokolwiek mnie dotykał. Ześwirowałem i to chyba zaczęło powracać. Przez jedno durne brzmienie pianina.

Wszystko wróciło, ból, wspomnienia, wariactwo.

 „- W przyszłości może mieć zaburzenia. Trzeba zahamować rozwój guza. Niestety, do końca życia będzie brany na obserwacje, w każdej chwili może mu się pogorszyć.”

- Nie chcę waszej pomocy.



~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~

Jak tam święta? ;3 U mnie genialnie <3
Z początku dziwnie mi się pisało z perspektywy Jaydena O.o Ale chyba jest dobrze.
To nie są całe jego wspomnienia, ale będą pojawiać się stopniowo, bo są ważne. ;-;
Kolejna Kartka jeszcze przed sylwestrem ;3 
Jest napisana, ale wegetuje XD