Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2014

Kartka 29

Bianca

Czułam się jakbym lunatykowała. Teoretycznie widziałam cały otaczający mnie świat, ale nie byłam w stanie naruszyć jego przestrzeni. Istniałam, ale tak, jakbym oglądała dobrej jakości film, uwięziona na jakimś krześle i przepasana pasami.
Krok po kroku zbliżałam się do tych drzwi. Nie czułam, że idę, ale obraz bez przerwy się przybliżał. To było chore. Chore uczucie.
- Scalmy się w jedno – powiedział jakiś bliżej nieokreślony głos, który wydobywał się jakby z moich ust. Chyba nawet ja to powiedziałam. Nie! Nie ja, a coś, co odebrało kontrolę nad moim ciałem i pomału także dobierało się do mózgu.
Drzwi stanęły przede mną otworem, a w momencie, w którym wkroczyłam do pokoju, zielona poświata zniknęła całkowicie. Coś natomiast zaczęło buczeć w pomieszczeniu obok. Nie chciałam tam wchodzić. Błagam, nie karzcie mi tam wchodzić!
A jednak. Nadeszło to, co było nieuniknione. Spotkanie z cieniem, który upatrzył mnie sobie za cel.
Drzwi od pokoju z wizjerem stanęły przede mną otworem. Obraz, który widziałam zaczął powoli się zniekształcać, kiedy mimowolnie wbiłam wzrok w... to.
Czarną, bezkształtną masę, po której przebiegały zielone promienie, skrzące się niebezpiecznie jakby były pod napięciem. Unosiła się tuż pod sklepieniem pośrodku pokoju i wydawała się patrzeć na mnie, chociaż w rzeczywistości nie miała czym.
A ja mogłam tylko patrzeć, jak nagle zbliża się ku ziemi i leci prosto we mnie. Nie mogłam postąpić choćby kroku, nie potrafiłam drgnąć najmniejszym mięśniem. Mogłam stać.
W tej burzy kształtów, jakim był cień dostrzegłam samą siebie gdy byłam mała. Widziałam poszczególne obrazy z mojego życia. Z początku niewinne, przepełnione radością, aż w końcu w to wszystko wkradło się zło. Widziałam drzewo, widziałam pierwsze zejście do piwnicy.
Miałam dość.
Cień w końcu dotknął mojej skóry. Całe czucie w ciele nagle do mnie wróciło, a ból który się przy tym pojawił zamroczył wszystkie inne zmysły. Cofnęłam się o krok i zawyłam z rozpaczy. On jednak dążył dalej. To już nie była ta niewielka macka, która zaszczepiła we mnie zalążek zła, a pełny bezkształt, pragnący dorwać mnie całą.
Czułam jak odpływam. Ból był zbyt silny, bym mogła skupić się na czymkolwiek innym. Mimowolnie skierowałam wzrok na swoją rękę. Cała była we krwi. Cień rozrywał każdy najmniejszy mięsień, pustoszył żyły i wżerał się dalej, z każdą chwilą pozbawiając mnie coraz większych płat ciała.
Zaczęłam kaszleć i pluć krwią. Czerwona maź była wręcz wszędzie. I ten ból. Ten bezbrzeżny, okrutny ból, którego nie potrafiłam porównać z niczym. Nie było na świecie większego męczeństwa, jakie dane mi było poczuć.
Poddałam się. Odchyliłam głowę w tył, zaślepiona cierpieniem. Zaczęłam się krztusić i dławić krwią, która spływała mi po gardle. Nawet gdybym próbowała, nie mogłam już unieść twarzy.
Kaszlnęłam, starając się złapać powietrze i przy okazji nie zwymiotować.
Jednak nie miałam już sił na cokolwiek.
Po prostu odpłynęłam.
I ogarnęła mnie ciemność, tak gęsta jak Cień.

~***~

Obudziłam się w miejscu skąpanym słońcem. Leżałam na piasku, a szum fal rozbijających się o brzeg był jedynym hałasem, który docierał do moich uszu. Otworzyłam powoli oczy i napotkałam bezbrzeżny błękit, roztaczający się nad moją głową. Patrzyłam na sunącą po nim pojedynczą, puchową chmurkę, dopóki nie zniknęła z zasięgu mojego wzroku.
Wtedy dopiero uniosłam się na łokciach, nie czując żadnego bólu. Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć rozciągała się plaża. Dopiero parę metrów za mną wyrastała znikąd ziemista ściana, piętrząca się w górę aż do samego nieba.
Czułam się niesamowicie spokojna, jakby wraz z bólem uleciały ze mnie wszelkie troski. Patrzyłam na horyzont z zamyśleniem, zupełnie nie zastanawiając się skąd się tu wzięłam. Jak tu trafiłam. Byłam, wystarczyło mi.
- Bianco? – czyjś głos przywołał mnie do porządku. Rozejrzałam się wkoło, zastanawiając się ile mogło minąć czasu od wydarzeń w piwnicy. Dzień? Może dwa? Albo i cały rok. Może nawet wieczność, kto wie?
- Witaj – szepnęłam na widok kroczącego w moją stronę Piotrka. Jego widok nawet mnie nie zdziwił, podświadomie czułam, że właśnie tutaj powinien być. – Ciekawe miejsce, prawda?
- Spokojne – powiedział, chwytając mnie za rękę. Uśmiechnęłam się lekko i odgarnęłam mu pojedyncze, brązowe włosy sprzed oczu. – Może usiądziemy?
Oboje zajęliśmy miejsce tuż przy samym brzegu, a co większe fale obmywały nam nogi. Nie czułam jednak ich chłodu. Odbierałam je raczej jako lekkie łaskotanie.
- Co to za miejsce? – spytałam w końcu, opierając głowę na jego ramieniu. Byłam lekka jak piórko, unosiłam się.
- To jest chyba ostatni przystanek – stwierdził, oplatając mnie w pasie. – Miejsce, do którego wchodzisz tylko raz, a nie wychodzisz już nigdy.
- Skąd więc się tu wziąłeś?
- Nie wiem. A ty?
- Nie wiem – szepnęłam. Po dłuższym namyśle ułożyłam się wygodnie na plecach i pociągnęłam Piotrka w dół tak, żebyśmy razem leżeli. – Podoba mi się tu.
- Masz świadomość, że nigdy więcej nie będziesz mogła wrócić, prawda? – upewnił się, opierając głowę na ręce i przekręcając się bokiem w moją stronę. Spojrzałam na błękitne niebo i uśmiechnęłam się lekko, kreśląc w piasku małe koła.
- Nie muszę. Póki jesteś tutaj ty.
- A co z cieniem? Co z Jaydenem i Arią? – zapytał.
- Nie mogę wrócić i im pomóc. Nie mogę też się tu zamartwiać. Mamy wieczność, tylko ty i ja. Odstawmy na bok smutne tematy – powiedziałam, uparcie wpatrując się w błękit. Na mojej twarzy majaczył lekki uśmiech.
Nie chciałam wiedzieć. Prawda była taka, że zostawiłam już wszystko za sobą. To nie miało prawa nękać mnie nawet po śmierci. Bo to była śmierć, prawda? Słoneczna plaża i szum fal rozbijających się na piasku. I on. I tak na zawsze.
- Wieczność – powtórzył, łapiąc mnie za rękę.
Oddałam uścisk i zerknęłam na niego. Uśmiechał się wesoło i wpatrywał we mnie jak w obrazek. Nie byłam w stanie odpowiedzieć mu inaczej.
- Wiesz, zawsze myślałem o przyszłości. Niepotrzebnie. Przyszłość jest niepotrzebna – powiedział. – Wszystko było tylko po to, by móc odnaleźć ciebie. By móc położyć się na tej pięknej plaży, spojrzeć w niebo i szczerze powiedzieć, że jestem naprawdę szczęśliwy. Że nie potrzebuję niczego innego.
Zamknęłam oczy i wtuliłam głowę w jego klatkę piersiową.
Tak. Dokładnie tak powinno być.
- Co gdybym ci powiedział, że to jedynie iluzja? – spytał w końcu Piotrek, a kiedy obróciłam głowę w jego stronę, nie zobaczyłam nikogo. Przestraszona poderwałam się do pionu i rozejrzałam wkoło.
- Piotrek? – spytałam, kręcąc dookoła głową. Do mojego spokoju wkradł się strach, ból i niedowierzanie. To nie może być iluzja! Błagam, nie może!
Nikt mi nie odpowiedział, jedynie zewsząd zaczął dobiegać mnie śmiech. Plaża zaczęła się rozmywać, szum fal ustał, a błękitne niebo ustąpiło miejsca ciemnemu sklepieniu. Wszystko okrył mrok, a znikąd napłynęła wszechogarniająca mgła.
- Gdzie ja jestem? – spytałam, a mój głos potoczył się echem.
- Witaj Bianco w Świecie Bez Zasad. W naszym świecie – nie widziałam nic. Byłam jak ślepiec prowadzony przez znienawidzony głos.
- W jakim znowu świecie – prychnęłam, pragnąc jedynie wrócić do mojej pięknej plaży. Do piasku, do fal i do mojego Piotrka.
- Cztery kierunki, w tym cztery światy. Gdzie jeden właściwy, jeden twą zgubą, jeden chlubą, choć niekoniecznie pragnieniem. Ostatni koniecznością, choć kogo innego własnością. I jedna szansa na potępienie, lub od zmor uwolnienie. Decyzja do ciebie należy – gdzie twoje ciało wieczność przeleży
- A co ja wybrałam? – spytałam niepewnie, wciąż szukając źródła głosu.
- Co ty wybrałaś? – śmiech potoczył się echem. Gdzie ja byłam? Nie widziałam nic, prócz własnego ciała. Chociaż nie do końca, bo moje nogi ginęły już w gęstej mgle.
- Właściwym był twój dawny świat, w którym dorastałaś, wychowywałaś się. Zgubny był śmiercią, której nie doświadczysz – głos ucichł, jakby się namyślał, co powiedzieć.
- Tego akurat mogłam się domyślić – syknęłam. – A dalej?
- Chlubą było wstąpienie do nas. Dawaliśmy ci dużo szans, ale nigdy nie zdołałaś do końca wyeliminować naszego pana. Dlaczego?
- Kogo? Kto jest waszym panem? – spytałam niepewnie. Znudziło mi się już przekręcanie głową na wszystkie strony. Miałam ochotę usiąść i pójść spać.
- Ten świat jest koniecznością, ale nie należy ani do ciebie, ani do nas.
- Do kogo należy?
- Do naszego pana – głos umilkł. Jakiego znowu pana?
- Kim jest wasz pan? Muszę koniecznie z nim porozmawiać!
- Rozmawiałaś z nim, nie jeden już raz. Nie sądzę jednak, żeby było to tutaj możliwe – prychnął.
- W takim razie mnie wypuśćcie! – warknęłam, zniechęcona ich tajemniczością. Głośny śmiech wypełnił moje uszy i stał się niemal namacalny.
- Nie, Bianco, nie wypuścimy cię. Jesteś jedynym sposobem na ponowne spotkanie z naszym panem. Widzisz Bianco, próbowaliśmy już dużo razy, na wiele sposobów. Wasz powrót do Polski umożliwił nam w końcu atak. Mimo tego, że byliśmy wciąż z naszym panem, nie dawał nam prawa do głosu. Wzięliśmy cię więc jako przynętę. Całe to zamieszanie prowadzi tylko do jednego. Chcemy by znów nasz pan dołączył do nas jak przed wielu laty. Chcemy aby znów bawił się z nami, karmił nas swoją wiedzą. Widzimy, że się łamie. Gdy znów zwariuje, będzie cały nasz. Tak, Bianco, to Jayden stworzył nas i wzmocnił na tyle, że staliśmy się potężniejsi. Jesteśmy jego upiorami. Jesteśmy jego koszmarem, który stał się rzeczywistością.
- Nieprawda – szepnęłam. Czułam jak do oczu napływają mi łzy, a serce na chwilę przestaje bić, by wsłuchać się w echo tych skalanych złem słów. – Nie on...
- „A kiedy sny stawały się jawą, wymykały się spod władzy śniącego i nabierały mocy do niezależnego działania. Mocy, która mogła być zabójcza”* – Cień zaśmiał się głośno.
- Co ze mną zrobicie, gdy Jayden do was dołączy? – spytałam, zaczynając pomału wierzyć w całe to szaleństwo. To wszystko było zbyt realne, zbyt namacalne...
- To, co zrobiliśmy z twoim ciałem – odparł spokojnie. – Rozpłyniesz się.
Mgła opadła, głos ucichł. Jedynie w moim mózgu myśli kotłowały się i wrzeszczały jedna przez drugą.
To po prostu nie mógł być on.

* Stephen King "TO" - właśnie on mnie natchnął do całego tego rozgardiaszu :)
~~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~~~

Naprawdę bardzo chciałam przerwać to wszystko na wątku z plażą.
Jeden rozdział i epilog.
Kolejny blog podam pod następną kartką, która pojawi się gdzieś w połowie tego tygodnia.
W kolejną niedzielę mam zamiar zamknąć całą historię :')
Dziękuję Wam za komentarze, dajecie mi niezłego kopa do pracy!
Indżoj ;>

piątek, 24 stycznia 2014

Kartka 14

- Okej. Powiedz to jeszcze raz.
Westchnęłam i przetarłam oczy dłonią. Miałam już tego dość. Nieważne, czy mnie rozszarpią, czy nie. Dajcie mi spać!
- Jeden właściwy, jeden twą zgubą, jeden chlubą, choć nie czymś tam. Ostatni koniecznością choć kogo innego własnością. Blabla, nie pamiętam. Decyzja do ciebie należy, gdzie ciało wieczność przeleży – wymamrotałam, zamykając oczy.
Siedzieliśmy całą czwórką w naszym pokoju. Moje łóżko zajął Jayden i rozłożywszy się na nim wygodnie wyglądał na pogrążonego we śnie. Musiałam zająć miejsce przy stole. Oparłam brodę o dłoń i przyznam – od czasu do czasu udawało mi się zapaść w mini drzemkę. Jednak Piotrek wszystko niszczył. Kazał mi słuchać swojego wywodu. Okej, rozumiem, chce mi pomóc, ale na miłość Boską, jest już po piątej nad ranem!
- Który wybrałaś?
- Z takim stworzeniem w środku – jęknęłam.
- Czyli?
- Skąd mam wiedzieć?! Myślisz, że były tam drogowskazy?
- A tak na czuja?
- Nie wiem. Ten futrzak przyjazny raczej nie był.
- Nie rozumiem nic z tego – wtrąciła się Aria.
- Bo ty nigdy nic nie rozumiesz – parsknął chłopak.
- Zajmij się lepiej swoim mózgiem.
- Eh, tyle miłości w powietrzu – mruknął sennie Jayden, uśmiechając się lekko. Wyrwana z kolejnej drzemki rozejrzałam się wkoło, natrafiając na niezadowoloną minę Arii. Piotrek nagle przygasł i zaczął przyglądać się swoim dłonią.
- Późno już – oznajmił i wstał. Skinął nam i wyszedł. Zdziwiłam się jeszcze bardziej. Mało brakowało, a otworzyłabym buzię. Wymieniłam zdumione spojrzenia z bratem, który rzucił nam niemrawe „dobranoc” i ruszył w ślad za współlokatorem.
- O co chodzi? – spytałam niepewnie.
- Idź spać, Bianco – mruknęła Aria, wsuwając się pod kołdrę. Posłała mi błagalne spojrzenie i odwróciła się twarzą do ściany. – I zgaś światło.
Posłusznie podreptałam do drzwi i pstryknęłam kontakt. Serce zabiło mi mocniej, kiedy wkoło zapadła ciemność. Szybko wyciągnęłam telefon i posłużyłam się nim jako latarką. Chociaż rzucał światło a’la Paranormal Activity. Dotarłam szybko do łóżka i ukryłam się pod ciepłą kołdrą. Wsunęłam głowę do środka i obiecałam sobie, że wyjrzę dopiero, kiedy zrobi się jasno.
- Powiesz mi co się między wami dzieje? – spytałam cicho, doskonale wiedząc, że Aria mnie słyszy. Ta jednak odpowiedziała mi udawanym chrapaniem, ucinając tym samym temat.
Westchnęłam i przeturlałam się na drugi bok.
Zamknęłam oczy i przywołałam do siebie wspomnienie zapachu cynamonu.

~***~

Jayden

Drzwi od sali teatralnej zamknęły się za mną z głośnym trzaskiem. Wcześniej uważnie przysłuchiwałem się, czy aby na pewno ta dziwna dziewczyna nie brzdąka po klawiszach. Olałbym kolejną pomoc i spieprzał jak najdalej. Już za dużo miesza mi się w głowie, żeby dodawać do tego jeszcze idiotyczne pianino.
Strasznie uciążliwy lęk. Nigdy nie wiadomo kiedy się z nim spotkasz.
- Masz mi coś do powiedzenia?! – zaatakowała mnie bezimienna, wychodząc nagle zza kotary. Spojrzałem na nią przelotnie i rzuciłem torbę na pobliskie krzesło.
- Cześć.
- Cześć? Zwykłe... cześć? – warknęła.
- Cześć skarbie? – sarknąłem, rozkładając się wygodnie na fotelu. Zmrużyła oczy i założyła ręce na biodra. Taka rozwścieczona wyglądała niemal uroczo.
- Nie skarbuj mi tutaj, koteczku, tylko bierz się do roboty. Gdzie cię wcięło wczoraj?
- Powiedzmy, że są sprawy idiotyczne i mniej idiotyczne – mruknąłem, przecierając ręką oczy. Zupełnie się nie wyspałem.
- O rany – zdziwiła się, podchodząc bliżej. Niespodziewanie ujęła moją twarz w obie dłonie i podniosła ją w górę. – O rany!
- Zacięłaś się? – podsunąłem, dziwnie się czując, gdy stała tak blisko. Strasznie przytłoczony.
- Kto ci to zrobił? – wydukała przejeżdżając kciukiem po moim policzku*. Korciło mnie żeby ją odepchnąć, splunąć pod nogi i wyjść. Odbiło jej? Czemu mnie dotyka?
- Psychopata – uśmiechnąłem się w moim mniemaniu upiornie.
- Szargasz się na swoje życie? – zdziwiła się. Wstałem szybko i odszedłem parę kroków, byleby nie czuć dłużej jej palców na mojej twarzy.
- Oj tam zaraz szargasz – prychnąłem, siadając na skraju sceny. – Co robimy?
Obróciła się i nie patrząc na mnie poszła na zaplecze. Znów była smutna. Cholernie smutna. Tak smutnej osoby nigdy w życiu nie poznałem. To wręcz niemożliwe, żeby jedna, tak krucha dziewczyna miała w sobie tyle żalu i rozpaczy.
Chcąc nie chcąc, poszedłem za nią, omijając pianino szerokim łukiem. Jakaś grzeczność, która wciąż tliła się gdzieś tam we mnie, nakazała mi być cicho i się nie odzywać.
- Stało się coś? – rzuciłem na przekór „wewnętrznemu głosu”. Nie będzie mi dyktować co mam robić.
- Wszystko okej – odparła, przerzucając jakieś papiery z jednej części biurka na drugą. Patrzyłem na to przez chwilę, przyglądając się jej drobnym dłonią.
- Ta. Widzę.
- Ty masz swoje problemy, ja mam swoje. Nie interesujmy się nimi nawzajem.
- Jeszcze niedawno to ty się wpieprzałaś w moje – warknąłem. Na chwilę przerwała czynność. Spuściła głowę, pozwalając by włosy przysłoniły jej twarz. Między nami zapadła niespokojna cisza. W tamtym momencie dałbym sobie uciąć prawą rękę, że zaczęła płakać. Nie podszedłem jednak do niej, ani nie rzuciłem słowa otuchy, tak jak to się dzieje najczęściej w tych mdłych romansach. Nie dotykał mnie jej płacz. Skoro była bez przerwy taka smutna i jeszcze nie popełniła samobójstwa, to chyba sobie radzi z problemami.
- Nie rozumiesz mnie...
- Ty mnie też – stwierdziłem oschle. Westchnęła i pokręciła głową. Zaczęła szukać czegoś w szufladzie, przekopując się przez stosy kartek. Cisza dłużyła się i dłużyła, ale nie miałem zamiaru jej przerywać.
- Co gdybyś musiał koniecznie komuś opowiedzieć o swoich problemach... ale nie miałbyś komu? – spytała cicho. Ledwo ją zrozumiałem.
- Znalazł sobie przyjaciółkę? Zgadał się z miśkiem? – prychnąłem, zastanawiając się do czego dąży.
- Jayden, nie wszystko jest zawsze takie proste – ofuknęła mnie, nie przerywając czynności.
- Więc działajmy tak, by było.
- A co jeśli nie da się z tym nic zrobić? – odwróciła się na pięcie, ciskając we mnie gromami. Założyła ręce na piersi i zmierzyła mnie uporczywym spojrzeniem.
- Co masz na myśli?
- Nic – burknęła. Jednak już jej nie słuchałem. Wbijałem spojrzenie w obnażony nadgarstek. Rękawy jej bluzy podsunęły się do góry ukazując...
Podszedłem szybko do niej tak, że nie miała czasu na reakcję. Chwyciłem mocno jej dłoń i podciągnąłem materiał pod łokieć. Cięcia. Cała masa cięć w niewielkich odległościach. Niektóre wciąż krwawiły, inne zdawały się tu być już od wieków. Ręka cała w bliznach bólu.
- Czemu to robisz? – spytałem spokojnie, chociaż zaczęła we mnie wzbierać furia.
- Nic ci do tego. Jayden, to naprawdę nie twoja sprawa.
- Chcesz się zabić?
- Co cię to nagle obchodzi? – warknęła. No właśnie... co mi do tego?
- Po prostu chcę wiedzieć, że chociaż jedno z nas wyjdzie na prostą – wyszeptałem przez zaciśnięte zęby. Ciekawe, czemu tak trudno wypowiedzieć te błahe słowa?
- Większą szansę masz ty – powiedziała, wyszarpując swoją rękę z uścisku. – Bierz się do roboty. Musisz odrobić ostatnią nieobecność. Mamy ogrom pracy.
- Ale...
- I proszę, nie wracajmy więcej do tego tematu.
Skinąłem głową. Nie było sensu się kłócić. Jednak od tej pory w mojej głowie nie pojawiały się tylko myśli o cieniach, o Biance, o dziwnym rozkojarzeniu Piotrka, które swoją drogą tak mnie wnerwiało, że jeśli tylko zobaczę go obłapiającego moją siostrę to słowo daję I NIE ŻARTUJĘ nakopię mu tak, że wyleci na Marsa, przeturla się po nim jak piłka i spadnie w przepaść i będzie latał w nicości aż nie zdechnie. Mówię serio. O czym to ja? Ahh tak, moje myśli nie krążą już tylko wśród wspomnień i własnych wniosków o otoczeniu. Od tego dnia zajęte zostało jeszcze jedno miejsce w mojej głowie. Dla bezimiennej.
Przetarłem twarz dłońmi. W umyśle wciąż miałem ostatnie wspomnienie, które pojawiło się wtedy w lesie. Czy można mieć gorzej niż ja? Czy w tym właśnie momencie ktoś... ktokolwiek kto znałby całą prawdę o mojej przeszłości i teraźniejszości powiedziałby, że mój problem to nic? Sam nawet nie pamiętałem całości mojego życiorysu. Trzy lata po pobiciu stały się mglistym wspomnieniem białych korytarzy. Ale co takiego działo się w moim wnętrzu, że postanowili mnie bez przerwy trzymać pod obserwacją?
W mojej głowie ziała pustka. Ta cholerna próżnia była przerażająca. Jednak bardziej bałem się poznać odpowiedzi na zadawane bezustannie przez siebie pytania. Kiedy to wszystko wróci, z pewnością nastąpi mój koniec.
- Jest tyle ludzi na świecie, a ja trafiłam na ciebie – powiedziała wyrywając mnie z zamyślenia. Podniosłem głowę i spojrzałem prosto w jej oczy.
- Chyba masz pecha.
- PH pięć i pół – zażartowała i wróciła do pracy.
- Jak to jest, że jesteś taka wesoła, będąc tak przeraźliwie smutna? – spytałem. Zabrzmiało trochę bezsensu, ale chyba załapała.
- Jak to jest, że wypytujesz mnie o sprawy osobiste, nie znając mojego imienia?
- Dla mnie jesteś bezimienna – odparowałem. Nie skomentowała tego w żaden sposób, tylko lekko kiwnęła głową. – Więc?
- Opowiedz mi o sobie, a dowiesz się o mnie – ucięła, doskonale wiedząc, że nic nie odpowiem.
~***~

Bianca

Dzień minął mi bądź co bądź beztrosko. Dostałam burę za nieodrobione zadanie domowe z fizyki, ale jak tu skupić się na nauce, kiedy tyle się wkoło dzieje? Oczywiście nie powiedziałam jaki był powód tego „haniebnego zaniedbania”. Z fizyką i tak nigdy dobrze mi nie szło. Głupi przedmiot.
- Na cholerę nam tyle zadają! – złościła się Aria, kiedy popołudniu przebierałyśmy w zeszytach. Oczywiście ze ścisłych przedmiotów zbierałam same gromy, ale i tak miałam zamiar pchać się z uporem maniaka na studia, które w żadnym wypadku NIE są humanistyczne. Żeby pracować w McDonaldzie nie potrzebne mi takie zaliczenie. Oj ja wiem, jestem niemiła, ale to przez ostatnie całodobowe zmęczenie.
- Zauważyłaś, że wszyscy ci, którzy podejrzewają, że niedługo zginą, albo są jakimiś geniuszami i wiedzą, że coś odkryli... zakładają pamiętniki?
- Dzienniki – poprawiła mnie Aria. Przekreśliła coś długopisem i mrucząc do siebie pod nosem zaczęła grzebać za gumką.
- I co o tym myślisz?
- Myślę o tym co? – mruknęła nadal nie za bardzo mnie słuchając. Zacisnęłam usta w linię i odłożyłam zeszyt na biurko.
- O dzienniku.
- Jakim dzienniku? – zdziwiła się, w końcu znajdując zgubę. Byłam bliska rozpaczy, ale uratował mnie Piotrek, który idealnie wpasował się w czas i wszedł do pokoju.
- Cześć wam – rzucił.
- Wpadłam na pomysł założenia dziennika – powiedziałam prosto z mostu, mając nadzieję, że chociaż on zrozumie za pierwszym razem.
- Ciekawie – odparł opadając na krzesło obok. Aria rzuciła mu mordercze spojrzenie i zanim zdążyłam mrugnąć, spakowała wszystko do torby i wstała.
- Spotkamy się później – mruknęła do mnie i odeszła pospiesznym krokiem. Patrzyłam za nią wielkimi oczami, odzyskując zdolność mowy dopiero kiedy zniknęła za zakrętem.
- O co jej chodzi? – spytałam.
- Pewnie coś jej wypadło – zbył mnie Piotrek.
- A w nocy wam obu coś nagle wypadło? – burknęłam zgryźliwie.
- Są sprawy, Bianco, do których nie trzeba się wtrącać.
- Ale jest moją przyjaciółką! Chyba mam prawo jej pomóc, czyż nie? – słaby argument, tak naprawdę byłam cholernie ciekawa. Nie ze względu na Arię, a na Piotrka.
- Posłuchaj. To nic wartego uwagi, serio. Poradzimy sobie z tym.
My! Ha! Czyli Aria i Piotrek wmieszani są w sprawę razem. Prawdopodobnie wiedzą o niej tylko oni. A może się mylę i Jayden też coś wie? W każdym razie ta kwestia zastanawia mnie bardziej niż cholerne cienie. I tak mnie dorwą, czyż nie? Przed śmiercią chciałabym się dowiedzieć wszystkiego. Poczynając od cukierków, które znikały mi ze śniadań w podstawówce, a kończąc na Piotrku. Arii i Piotrku.
Dochodzenie czas zacząć!

Ta ciekawość mnie zabije...

~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~

* Jak ktoś nie pamięta, to w poprzednim rozdziale Jayden przejechał pazurami po twarzy. Zrobiłam to ostatnio i wyglądałam jak Frankenstein ;/

Hahah, mam czarny humor. To ostatnie zdanie takie prawdziwe.
Daj mi ktoś wiosnę! Wrocław cały skuty lodem - gdzie nogi nie postawisz i tak się poślizgniesz!
Indżoj. c:

piątek, 17 stycznia 2014

Kartka 12

W momencie, w którym przestaliśmy się zasmucać, ognisko znów nabrało sensu. Wydawało się jednak odległym snem, jakimś marzeniem, czy nadpobudliwą wyobraźnią. Jak dla mnie było idealnie.
Po paru kieliszkach zaczęłam wyczyniać z Arią jakieś dziwne wygibasy. Troski zniknęły, liczyła się tylko chwila. Tańczyłyśmy, same nie wiedząc do czego, dla czego i po co. Piotrek po chwili wahania dołączył się do nas, a Jaydena wciągnęliśmy siłą. Śmiejąc się i piszcząc z uciechy stworzyliśmy czteroosobowe koło. Kręciliśmy się dookoła, starając się nie wpaść do ogniska. Jak ognia unikałam glanów Jaydena, z taką parą uderzał nimi w ziemię, jakby tańczył pogo, a nie przyjacielskie harce.
Nie czułam uciekającego czasu, jedynie coraz większą radość i swoisty spokój. Gdybym miała powiedzieć, jakie wydarzenie sprawiło, że staliśmy się sobie naprawdę bliscy, to bez wahania wskazałabym tamten wieczór.
Po zwinięciu manatków i wygaszeniu ogniska, czekała nas długa droga przez las. Każdy z nas był trochę zdenerwowany, zwłaszcza Jayden, który przyświecał drogę latarką, zaciskając rękę na nożu. Bagatelizowaliśmy jednak sprawę, docinając sobie, śmiejąc się i zagadując. Najgłupsze posunięcie przez Piotrka, było wystraszenie mnie i Arii dziwnymi odgłosami w połowie drogi.
Jednak dotrwaliśmy i zostało chyba najtrudniejsze zadanie, mianowicie przemknięcie na teren ośrodka niezauważenie. Kiedy szarpnęłam za bramkę, a ta nie ustąpiła, coś w mojej głowie kliknęło i zdałam sobie sprawę, że to nie będzie takie łatwe.
- Co teraz? – spytałam, nadal bezsensownie mocując się z klamką.
- Górą – podsunął Jayden, zadzierając głowę. Iście debilny pomysł. Nie wiem, ile dokładnie mógł mieć ten płot, ale co najmniej dwa razy ja. Do bramki także dobudowano jakieś zabezpieczenia. Jak już chronić to na całego, tak?
- Nie damy rady – zauważyła bystro Aria. Stalibyśmy tam może i całą noc, wpatrując się w odległą krawędź płotu, gdyby nie Piotrek.
- Alicja mi mówiła o przejściu, którym wymykają się uczniowie. Ta szkoła niby taka chroniona i dobra, a właściwie popuszcza pasa – prychnął, rozglądając się wkoło.
- Za czasów pasa jedz, pij i popuszczaj sasa! – zmarszczyłam brwi, dopiero po chwili orientując się, że coś pokręciłam.
- Oj siostra, a niby piątka z historii? – zakpił Jayden.
- Nie śmieszne – mruknęłam.
- Chodźcie.
Ruszyliśmy wzdłuż płotu, starając się zachowywać jak najciszej. Niestety, zadanie a wykonalne.
- Aż takie przeginanie pały! – szeptała Aria piskliwym głosem. Chichotałam w rękaw bluzy, starając się nie narobić zbyt dużego hałasu. Piotrek od czasu do czasu rzucał nam ostrzegawcze spojrzenie. Najprawdopodobniej w okolicy przechadzał się Doberman. Był to ochroniarz, wysoki i postawny, zawsze patrzący z góry. Jeśli miałeś kasę, to cię przepuszczał i życzył dobrej zabawy. Jednak jeśli nie, to stawał się niemiły i wlekł za ucho do dyrektorki. My aktualnie byliśmy spłukani, więc musieliśmy za wszelką cenę go uniknąć.
Najtrudniej zachować kamienną twarz w sytuacjach, które tego wymagają.
- Jak go spotkamy – wydusiła Aria, chichocząc pod nosem – to mu powiem: ej! Doberman, pała ci się przegina.
Zaczęłam się śmiać głośno, zupełnie tego nie kontrolując. Gdybym była całkowicie trzeźwa, raczej by mnie to tak nie poruszyło.
- Bianca! – syknął Jayden.
- Opanuj się – parsknęła Aria, chociaż i ona dusiła się ze śmiechu.
- Trzeba było mnie nie rozśmieszać!
- Weźcie stulcie mordy, bo Doberman przylezie i będzie po zawodach.
- To jej wina!
- Nie moja! To wina Alicji.
- Przestańcie ją o wszystko obwiniać, co ona wam zrobiła?
- Narusza naszą stałą, egzystując w obraźliwy sposób – odpowiedziałam całkowicie poważnie. Dopiero widząc ich miny parsknęłam śmiechem. – Nie mam pojęcia, co powiedziałam...
- Zamknijcie się...
- Jeszcze pomyślę, że jesteście obydwie zazdrosne.
- MY?! Nie! – krzyknęłyśmy równocześnie.
- Zamknijcie mordy, japierdole!
- Kto tam jest?!
Znieruchomieliśmy i momentalnie przestało nam być do śmiechu. Chwilę tak trwaliśmy, wsłuchując się w kroki zbliżającego się ochroniarza. Dopiero gdy zaczął nam błyskać po oczach latarką, oprzytomnieliśmy.
- Spierdalamy! – zarządził szeptem Jayden. Każdy pchał się na każdego i prawie wylądowaliśmy całą czwórką na ziemi. Jednak kolejne nawoływania Dobermana postawiły nas i nasze umysły na nogi. Nie było dużo czasu, staliśmy na odsłoniętym terenie.
Nasza grupowa ucieczka zupełnie nam nie wyszła. Trochę nie kontaktowałam, gdzie się wszyscy rozpierzchli. Wydawało mi się, że widzę gdzieś między drzewami czerwonego irokeza.
Pognałam w tamtą stronę, chcąc jak najszybciej dotrzeć do linii lasu i zejść w końcu z widoku.
- Ej! Ej ty! – wrzasnął Doberman. Byłam niemal pewna, że chodziło o mnie. Nigdy nie byłam zbyt szybka, czy wysportowana. – Wracaj tu natychmiast!
„ Co to za banały? – pomyślałam.- On serio sądzi, że podejdę do niego posłusznie, jak wyćwiczony piesek?”
Tymczasem zniknęłam pomiędzy drzewami, wypatrując w mroku brata.
- Jay? – szepnęłam, rozglądając się wkoło. Przed chwilą go widziałam, a teraz jakby rozpłynął się w powietrzu.
- Chodź dalej, Bianco, tutaj nas dogoni – usłyszałam głos brata gdzieś po lewej stronie.
- Okej.
Starałam się wypatrzeć go w ciemnościach, ale szło mi opornie. Od czasu do czasu wydawało mi się, że miga mi przed oczami jego twarz. Zawsze wtedy podbiegałam do tego miejsca, starając się go złapać. Jednak pozostawał nieuchwytny.
Dziwne.
- Jayden?
- Dalej, Bianco.
Szłam jeszcze przez chwilę przed siebie, coraz bardziej się niepokojąc. Ciemność, która zalegała wkoło, była wręcz nie do zniesienia, tak samo jak nienaturalna cisza przerywana trzaskiem gałązek pod moimi stopami.
Nagle zatrzymałam się. Jayden przecież boi się ciemności.
- Jay?
Odpowiedziała mi cisza. Gdzieś w oddali zahukała sowa, a w koronach drzew zaszeleściły liście. Mroźny wiaterek przeszył całe moje ciało, aż zaszczękałam zębami z zimna.
- Nie rób sobie ze mnie żartów! – skarciłam brata, nie mając pojęcia czy mnie słyszy. Wyginałam szyję we wszystkie strony. – Jayden!
Mój krzyk zniknął w czeluściach nocy, a jedynym odzewem był wzmożony wiatr. Przestąpiłam z nogi na nogę, owijając się szczelniej lekką bluzą, którą miałam na sobie. Ostatnie resztki nietrzeźwości uciekły wraz z kolejnym podmuchem.
- To nie jest śmieszne!
- Wiem, nie chciałem – niemalże podskoczyłam w miejscu, zdziwiona odpowiedzią. Oglądnęłam się szybko przez ramię i pomiędzy drzewami dostrzegłam Jaydena. Uśmiechał się lekko, patrząc prosto na mnie.
Dziwne. Nie słyszałam, żeby się zbliżał, a jak parę sekund temu się oglądałam to nikogo nie zauważyłam.
- Gdzie Aria i Piotrek? – spytałam niepewnie, zbliżając się do brata parę kroków. Wzruszył tylko ramionami.
- Możliwe, że już w internacie.
- Zostawiliby nas?
- A czemu nie. Chodź – wyciągnął ku mnie rękę, na którą spojrzałam z pewnym ociąganiem. Nie mam pojęcia czemu, ale chciałam stąd jak najszybciej zwiewać. To pewnie przez tego cholernego Dobermana.
Podeszłam jeszcze parę kroków i przystanęłam nagle. Przekrzywiłam lekko głowę, wpatrując się w jego twarz z uporem. Coś mi nie grało.
- Co? – spytał marszcząc zabawnie brwi.
- Wszystko gra?
- A u ciebie? Jesteś strasznie nerwowa. Rusz się, musimy dotrzeć do internatu – pomachał ręką, którą wyciągnął w moim kierunku. Chwyciłam ją i westchnęłam.
- Dziwnie mi – przyznałam.
- Dziwnie? – zainteresował się. Przeskoczyliśmy przez jakieś zawalone drzewo. Hmm, na pewno tędy wcześniej przechodziłam?
- Idziemy w dobrym kierunku?
- W jak najwłaściwszym, siostra.
Nie. Musiało mu się coś pomylić. Nie przypominałam sobie tego miejsca. Poza tym, wyglądało strasznie upiornie. Doszliśmy do rozłożystego drzewa, którego pień był ogromny, a u jego podstawy ziała dziura.
- Zgubiliśmy się, prawda?
- Nie, wcale. To już tu. Chodź, wejdziemy do tego drzewa.
Wejdziemy do drzewa? Do drzewa? Co?
- Porąbało cię? A po co mielibyśmy włazić do jakiegoś drzewa? – prychnęłam, odsuwając się trochę od niego. Dziwnie, bardzo dziwnie. Nienaturalnie.
- Bianco, po prostu wejdź do tego drzewa.
- Ale po co? Nie widzę w tym sensu – wypierałam się. Patrzyłam z uwagą w jego oczy, które w tym momencie wydawały mi się strasznie obce. To było chore. Co się tak właściwie dzieje?
- Wejdź do tego drzewa! – warknął, a żyły na jego szyi stały się widoczne, kiedy wysunął głowę w moją stronę. Wyglądał okropnie.
- Posrało cię? Nie chcę.
- WŁAŹ POWIEDZIAŁEM!
Już miałam pokornie wsunąć się w ciemność, kiedy coś kliknęło mi w głowie.
To nie był Jayden. To nie był wściekły Jayden. Nie zawładnięty przez potwora.
To nie był on.

Więc kto?

~~~~~~~~~***~~~~~~~~~

Alo, wyszło trochę weird. c:
Kolejny w środę/czwartek ;-;
Wiem, że trochę się spóźniłam, ale mój internet wszczął bunt :/
Indżoj!

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Kartka 11

Pstryk. Kolejna fotka.
Gapiłam się w przestrzeń i praktycznie nic do mnie nie docierało. Moja partnerka już zdążyła wyjść z siebie, stanąć obok i nawrzeszczeć na mnie ileś tam razy za nie słuchanie jej. Wcale mnie to nie ruszało. Wciąż i wciąż byłam pogrążona we własnych myślach. To wszystko tak nagle na mnie spadło. I Jayden i Piotrek i te idiotyczne Cienie. Już nie mogłam iść do łóżka, by spokojnie zasnąć. Cały czas wydawało mi się, że ktoś śledzi każdy mój krok.
Pstryk. Książki są naprawdę ciekawe. Pstryk. Wyglądają jak małe księżniczki w różnorakich sukienkach, wybierające się w podróż po własnych opowieściach. Pstryk.
Spojrzałam na wyświetlacz aparatu i przyglądnęłam się wszystkim zdjęciom. Jeśli naprawdę chciałam liczyć na piątkę, musiałam jeszcze bardziej się postarać. Oświetlenie jest dobre... wszystko jest dobre, ale dlaczego tak macham tą łapą? Aparat chybocze się na boki i nie może złapać ostrości. Zdecydowanie mam zły dzień i to nawet czwarty z kolei!
Tak, była sobota, a ja tkwiłam w bibliotece razem z moją partnerką z zajęć. Mama zadzwoniła wczoraj rano i płacząc powiedziała mi, że nie przyjedzie. W kółko powtarzała, że Jayden bardzo ją zranił tym swoim kolejnym wybrykiem. Halo, ja też tu byłam, tak? Mnie to się już nie odwiedza? Wszyscy zwariowali. Kompletnie zwariowali.
Na dodatek cała ta afera z ogniskiem. Piotrek sobie wymyślił, że akurat tego dnia wszystko się odbędzie. Jak tylko zapadnie zmierzch pójdziemy całą piątką naruszyć regulamin. Tak, piątką. Alicja wybierała się z nami.
Aria już była nawtykać mu za głupie pomysły. Chyba nie poszło jej zbyt dobrze, wróciła po pół godzinie, a na jej policzkach widniały ślady łez. Nic mi nie powiedziała, jak zwykle bagatelizując sprawę. Byłabym w stanie siedzieć nad nią godzinami i męczyć pytaniami, ale wyjątkowo sobie odpuściłam. Chociaż od środka zżerała mnie ciekawość, siedziałam cicho, rzucając jej tylko wymowne spojrzenia.
- Masz w pokoju jakieś książki? – zagaiła moja partnerka, automatycznie sprowadzając mnie na ziemię. Zamrugałam szybko i uświadomiłam sobie, że nawet nie znam jej imienia.
- Mam, a co? – spytałam.
- Dużo? Bo wiesz. Zdjęcia z biblioteki nie są specjalnie... ciekawe. Myślałam nad innym otoczeniem, lepszym krajobrazem i takie tam. Mogłybyśmy nawet jakąś spalić, świetne zdjęcie by wyszło...
- Ej, ej! Nie zapędzaj się tak. Pal własne książki.
- Posłuchaj. Muszę dostać piątkę, a tobie się nic nie stanie, jeśli także ją uzyskasz. Ten kolaż jest ważny i na potrzebę zdjęć trzeba coś poświęcić...
- No to mówię – warknęłam, zirytowana jej upartością przy tak idiotycznej sprawie. – Pal własne książki.
- Jest taki problem, nie posiadam ich – burknęła. Już miałam coś odpowiedzieć, kiedy drzwi od biblioteki otworzyły się raptownie. Do środka wtargnęła czwórka nastolatków, a wraz z nimi porywisty wiatr.
Bibliotekarka poderwała się z miejsca i rzuciła w stronę drzwi, które Jayden zostawił otwarte. Już go miała zgromić za tak nieodpowiedzialne zachowanie, ale coś w jego oczach sprawiło, że zmieniła zdanie. Prychnęła tylko i wróciła na swoje miejsce.
- Super, więcej was nie mogło tu być? – warknęła moja partnerka, mierząc groźnym spojrzeniem kolejno Arię, Piotrka, Jaydena i Alicję, która nieśmiało mi się przyglądała. Pod wpływem jej spojrzenia odwróciłam szybko wzrok.
- Nie spinaj się tak, bo ci żyłka pęknie – burknął Jayden, znikając między regałami. Chwilę patrzyłam na miejsce, w którym zniknął mi z pola widzenia, a cisza pomiędzy naszą czwórką zaczęła się przedłużać.
- Może... lepiej pójdę kupić jakieś chipsy na wieczór – mruknęła Aria i zaczęła się wycofywać z towarzystwa.
- Pójść z tobą? – spytałam szybko, pragnąc się czym prędzej wymknąć z tej napiętej atmosfery.
- A nasz projekt? – przypomniała o sobie moja partnerka. Obrzuciłam ją nieprzychylnym spojrzeniem.
- Mamy zdjęcia. Jutro porobię jeszcze tych moich.
- Zrobisz to źle – warknęła po raz tysięczny. Ja naprawdę nie musiałam tego słuchać! Ta nadęta dziewczyna bez przerwy upominała mnie i dawała rzekome porady jak się stać lepszą w robieniu zdjęć. Nie, dziękuję, takie wciskanie kitu to komu innemu. Ogarnij się, bo cię poszczuję Jaydenem i się skończy!
W mojej głowie pojawił się na swój sposób przyjemny obraz o torturach tego koszmarnego pustaka. Ah, życie jest piękne.
- Ale raczej nie aż tak źle, jak twoi rodzice, gdy się o ciebie starali – zaszczebiotałam. Całodniowe działanie mi na nerwy przyniosło swoje skutki. Zza regału wychynęła głowa Jaydena, który szczerzył wesoło zębiska. Błysnął do mnie okiem.
- Jak ty śmiesz...!
- Idziemy? – zagaiłam szybko, już w wyśmienitym nastroju. Nawet ta idiotka, Alicja nie potrafiła teraz zepsuć mojej radości. Wytarabaniliśmy się z biblioteki całą piątką, pozostawiając moją partnerkę na pastwę rozwścieczonej bibliotekarki.
- Kto ma kasę na... wszystko? – spytała w pewnym momencie Alicja. Przystanęliśmy dwie przecznice dalej, patrząc na siebie wyczekująco.
- A komu kasa potrzebna – odparł Jayden, patrząc na nią z kpiącym uśmieszkiem. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Chyba nie zamierzasz...
- I tak już łamiemy zasady – prychnął, zakładając obie słuchawki.
- Przestań, Jaydenie, wpakujesz nas w kłopoty – powiedziała spokojnie Alicja. Aria tylko wyszczerzyła zęby i klepnęła Jaya w ramię.
- Idę z tobą.
- Chyba za bardzo wyróżniasz się kolorem włosów – podsunęłam. Powinnam im przemówić do rozumu, to zdecydowanie dobry pomysł, jednak go nie wykonałam. Aria założyła na głowę kaptur i zasunęła bluzę, ukrywając pod nią różowe ombre.
- Gotowa do akcji – zameldowała, z wesołą miną. Jayden chyba trochę się do niej przekonał za tę odwagę. Skinął jej głową i ruszyli do najbliższego sklepu.
- To trochę ryzykowne – powiedziałam w końcu. Alicja opadła na najbliższą ławeczkę przy przystanku autobusowym i patrzyła, jak nasi przyszli zbrodniarze się oddalają. – Pewnie ich złapią. No to mama już nas nie odwiedzi.
Oklapłam koło mojego wroga i spojrzałam niepewnie na Piotrka. Uśmiechał się lekko, śledząc moje poczynania. Chyba stwierdził, że panikowałam. Jednak ja nie panikowałam! Po prostu nie zrobiłam nic, żeby zatrzymać mojego braciszka. Obiecałam Sophie, że będę go pilnować. Nie przypilnowałam, głupia ja!
- Nie denerwuj się tak – odparł spokojnie Piotrek. – Nie ma do tego powodu.
„Nie ma do tego powodu”? Jak to nie ma do tego powodu! Jest powodów i to od groma i ciut.
- Jestem spokojna – odparłam cicho.
Czekaliśmy w milczeniu, zerkając raz po raz w stronę sklepu. Kiedy już stwierdziłam, że ich złapali i teraz dopiero nam się obojgu dostanie, to drzwi otworzyły się i ze środka wyszedł Jayden, a tuż po nim Aria. Zdziwił mnie ich spokój i opanowanie. Jakby nie mieli w zanadrzu zrobienia niczego złego.
- Co tam, leszcze? – uśmiechnęła się Aria.
- A tam, kleptomani?
Jayden podszedł do nas leniwym krokiem i uśmiechając się kpiarsko w stronę Alicji, uchylił bluzę.
- Wódka? – syknął Piotrek, wlepiając ze zdziwieniem oczy w szklaną butelkę.
- Spoko, opyliłam chipsy, żeby nie było podejrzanie – odparła spokojnie Aria.
- Zwariowaliście? – szepnęła Alicja.
- Fakt. To kto idzie po popitę?

~***~

W internacie powinniśmy być już ponad dwadzieścia minut temu. Tymczasem znajdowaliśmy się niecałe trzy kilometry dalej na polance. Sami, w czwórkę, otoczeni lasem.
Siedziałam wciśnięta między Piotrka, a Arię, czując się dzięki temu jako-tako bezpiecznie. Jednak bez przerwy oglądałam się przez ramię. To już mi weszło w nawyk. Ostatnie wydarzenia niestety odcisnęły na mnie takie piętno. Oj, już nie narzekam. Dobrze się bawiłam, naprawdę. Na dodatek Alicja stchórzyła. Stwierdziła, że nie ma ochoty na „aż takie przeginanie pały” jak to określiła.
Siedziałam z Arią na trawie, już od pół godziny przedrzeźniając jej słowa. Śmiałyśmy się przy tym, jakby nie było lepszego żartu na świecie. Chłopcy patrzyli na nas trochę jak na idiotki, ale co to kogo obchodziło! Oni wciągnęli się w swoją rozmowę, my w swoją.
Wszystko było takie... na miejscu. Jakby od zawsze to było planowane, jakbyśmy poznali się tylko dla tego jednego wieczoru. Wymienialiśmy nieznaczne uśmiechy, które tak naprawdę zacieśniały nasze kontakty. Rozmawialiśmy, wygłupialiśmy i wspólnie wsłuchiwaliśmy się w ciszę, która od czasu do czasu wkradała się w dialog.
Patrzyłam z radością, jak Jayden odnajduje kontakt z Piotrkiem, jak na chwilę przestaje być niemiły, rzucając mi lekkie uśmiechy. Wiedziałam, że szybko to minie, ale świadomość tego, że się starał nawiązać rozmowę z kimkolwiek, wprawiała mnie w dumę. On nigdy nie miał przyjaciół, nawet zwykłych kolegów. Po prostu samotnik. A teraz? A teraz wydawał się czuć to co ja. Nieskończoność.
I nagle wszystko się ściemniło i pozostało tylko przerażenie i dławiący strach. Chyba wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy... przecież gdy umrę, znikną i takie chwile. Takie bezgranicznego szczęścia, wesołego uśmiechu i rwącego się serca w swój własny rytm. Rytm życia, który miał mi być odebrany przez zwykłą ciekawość.
Czasami ciekawość jest zła...
Moje serce raptownie przyspieszyło, a po plecach przebiegł dreszczyk. Cienie? Czemu tak długo się nie ukazywały? Czemu mnie nie straszyły?
Rozejrzałam się niespokojnie, wbijając spojrzenie w ścianę lasu. Nagle poczułam się niepewnie.
- Nie chcę umierać – wymsknęło mi się. Cała trójka patrzyła na mnie uważnie. Gryzący dym wkradł się do moich oczu, kiedy wiatr skierował się w moją stronę.
- Nie martw się, zrobimy coś z tym – powiedziała Aria, kładąc mi dłoń na ramieniu i uśmiechając się pocieszająco. Ogarnęła spojrzeniem chłopców, szukając u nich wsparcia. Piotrek zaczął rzucać jakieś propozycje unicestwienia Cieni. Podobno dużo na ten temat czytał. Ta troska z jego strony trochę mnie podbudowała. Chyba należy mi się choć odrobina ciepła od kogoś...?
Nie skupiałam się jednak na jego słowach. Moje spojrzenie utkwiło w Jaydenie. Patrzył na mnie, ze zmarszczonymi brwiami, a jego bystre oczy wydawały się mnie świdrować na wskroś. Na chwilę pojawiło się w nich przerażenie i zrozumienie, ale szybko znikło. Jak nigdy chciałabym się dowiedzieć, o czym w tej chwili myślał.
- Będzie dobrze – Aria oparła głowę na moim ramieniu, a ja poczułam coś w rodzaju wielkiej pustki. Dobrze? Oszalałaś, dziewczyno? Mam zginąć, a ty mówisz mi, że będzie dobrze...
Skinęłam jednak głową. Musiałam w to wierzyć, prawda? Co innego mi zostało.

„Będzie dobrze”.

~***~

Trochę tu dużo rozmyślań Bianci ;_;
Jednak rozdział ważny, w szczególności dla Jaya ;>
Jak tak patrzę na kolejne rozdziały, to one trochę mieszają w tej historii.
Kolejna kartka w czwartek.
Dziękuję wszystkim czytającym i komentującym.
Wszystko to mobilizuje mnie do dalszej pracy!

piątek, 10 stycznia 2014

Kartka 10 cz 2

Dyrektorka zadzwoniła do moich starych i po wymierzeniu kary pół godziny słuchałem kazań matki. Na koniec się rozpłakała i stwierdziła, że mnie nie rozumie.
Przez cały ten czas siedziałem nieruchomo, wbijając wzrok w jeden punkt. Raz po raz podchodziła do mnie Bianca i obejmowała mnie od tyłu, chcąc chyba jakoś pocieszyć. Ta dziewczyna była... dobra. Tak, to raczej najlepsze słowo, jakim mógłbym ją określić. Pomimo tego, że ją odpychałem i nie potrafiłem zdobyć się na coś więcej, to wciąż przy mnie była. Zdawała się rozumieć.
W głębi duszy czułem, że to wszystko powraca, że to wszystko jest realne. Miałem straszne wrażenie, że w każdej chwili mnie zakneblują i odwiozą... tam. Do pokoju wyłożonego poduszkami. Założą kaftan i każą tam siedzieć. Tak się bałem.
Im dłużej przebywałem w Polsce, tym więcej do mnie wracało. Tym trudniej było mi zachować kontrolę. Tym bliżej mi było do zamknięcia w psychiatryku. Nie, błagam.
Tego dnia przemykałem korytarzami jak duch. Większość po prostu schodziła mi z drogi. Inni jeszcze coś szeptali między sobą, ale nikt nie zaryzykował głośniejszym wybrykiem. No cóż, myśleli, że jestem pojebany, ale przynajmniej miałem spokój. Dość duży plus. Raczej nie byłem zbyt przyjacielski.
Wszystkie lekcje wlekły się niemiłosiernie. Jak zawsze zajmowałem miejsce w ostatniej ławce przy oknie i uważnie obserwowałem klasę. Każde z uczniów było inne, a zarazem tak samo ograniczone. Chociaż może to dobrze? Może lepiej być ograniczonym? Może lepiej zastanawiać się nad tym czy nauczyciel dużo zada, co się zrobi po powrocie do pokoju, niż o czymś, co wybiega poza nasze ludzkie życie. Może lepiej, niż stale robić krok do przodu i zastanawiać się co będzie za te sto lat. Zastanawiać się, kiedy i w jaki sposób wyginie ludzkość. Zastanawiać się kto właśnie umiera, kto właśnie pierwszy raz otwiera oczy. Kto jest szczęśliwy, kto smutny.
Czemu nie mogę być ograniczony?
Czemu chcąc, nie chcąc, wyłapuję ulotne szczegóły w ludzkich zachowaniach, tak mało istotne dla innych? Czemu pierwsze o czym myślę spotykając nową osobę, to jak się czuje? Czemu mam tyle pytań, a zawsze milczę?
Każdy z mijanych na ulicy ludzi ma jakiś nawyk, jakiś swój... rytuał, jakiś porządek w swoim życiu. Tak mało wiemy o ludziach, których mijamy na co dzień. Tak mało znamy tych, którzy są nam tacy bliscy. Czemu nie potrafimy współczuć nieznajomemu, jeśli nigdy nie byliśmy w jego sytuacji? Czemu, czemu, czemu? Czemu nie wybiegamy dalej, poza obszar naszego własnego nosa? A może w tej chwili ktoś ginie, wołając o pomoc, której nie dostanie? Jednak, dlaczego mamy się tym przejmować. Mamy własne życie. Czyż nie?

~*~

Po lekcjach udałem się odbyć swoją cholerną karę. Wpakowałem się w niezłe gówno. Dyrektorka narzuciła mi pomoc w przygotowaniach do jakiegoś nędznego „występu talentów”. HAHA! Ubaw po pachy. Chciałbym już zobaczyć te wymalowane lalunie w króciutkich spódniczkach, wyjące do księżyca miłosne serenady. Najśmieszniejsze było to, że one uważały, że potrafią śpiewać, ponieważ chodzą do takiej szkoły. Dobre sobie.
Uchyliłem drzwi od sali teatralnej, w której odbywały się wszystkie zgromadzenia ludności szkolnej. Miałem ogromną nadzieję, że to cholerne pianino, co stało tu ostatnio, zniknęło. Jednak nie. Nadal bezczelnie paradowało na scenie. Na dodatek wokół niego kręciła się ta bezimienna dziewczyna i wyraźnie szykowała się do grania.
Kurwa mać. Ma ona wyczucie.
O dziwo nie spanikowałem. Postanowiłem zaryzykować. Wetknąłem w uszy słuchawki i puściłem na cały regulator całą playlistę ulubionych piosenek. Ha! Teraz mi żadne sukinsyńskie pianinko nie podskoczy!
Wszedłem raźnie do środka i nie zaszczycając dziewczyny nawet spojrzeniem zająłem miejsce gdzieś na tyłach. Do umówionej godziny pozostało jeszcze z pięć minut luźnego czasu. Proszę, proszę. Sam siebie zaskakuję. Od kiedy to ja się nie spóźniam?
Rozparłem się wygodnie na fotelu, zakładając nogi na oparcie krzesła w niższym rzędzie. Cholera, ta sala wygląda trochę jak kino. Może jest zbyt jasna, a na dole jest scena, a nie ekran, ale siedzenia pną się w górę dokładnie tak samo. Są nawet podobnie wygodne.
Zamknąłem oczy i wsłuchałem się w muzykę. Nagle wszystko ucichło. Drgnąłem raptownie i spojrzałem na czarnowłosą dziewczynę przede mną. Ta idiotka zrzuciła mi słuchawki! Patrzyła na mnie wyczekującym wzrokiem, jakbym doskonale wiedział, co w takiej sytuacji mam powiedzieć. Zabawne. Przynajmniej nie grała na tym szajsie.
- Cześć – przywitała się. Nie odpowiedziałem, unosząc tylko brwi w górę, czekając na ciąg dalszy. – Mogę zagrać, czy znowu spanikujesz?
W jej głosie wyczułem kpinę, a lekki uśmiech błąkający się po jej twarzy tylko to potwierdził. Nadal biła od niej smutna aura, tak jak tamtego dnia, ale teraz wkradła się także pewność siebie. Nie bała się mnie...
- Lepiej nie ryzykuj – warknąłem. – Ludzie mają mnie wariata, kto wie, może jeszcze coś ci zrobię.
- Ja tak nie sądzę. A ludzie szufladkują po pozorach – odpowiedziała bez wahania. Uśmiechnąłem się lekko. Tym razem jednak trafili w sedno.
- Nie wykluczaj opcji, że mają rację.
Bezimienna na chwilę zamilkła, po czym opadła na miejsce koło mnie. Spojrzałem na nią, a moje brwi odruchowo wystrzeliły w górę.
- Ta... Bianca, jest twoją dziewczyną, czy tak?
Tutaj już nie mogłem się powstrzymać. Parsknąłem szczerym śmiechem i to moje szczęście trwało na tyle długo, że zdążył rozboleć mnie brzuch.
- Pojebało cię? – wykrztusiłem pomiędzy spazmami.
- Jest ładna – zmieszała się dziewczyna. Na jej policzki wkradły się wielkie rumieńce, chociaż patrzyła na mnie uparcie, nie odwracając wzroku.
- I co z tego! To moja siostra – potarłem ręką czoło i odetchnąłem głęboko. Dawno się nie śmiałem...
- Ah...
Jej towarzystwo zaczęło mi przeszkadzać. Wszystko zaczęło mi ciążyć. Nie powinienem wpadać w skrajne emocje, zbyt łatwo jestem wtedy podatny na szaleństwo. Zbyt łatwo. Wziąłem kilka oddechów, ale dziwne uczucie nie ustępowało. Musiałem zrobić coś... cokolwiek, byleby nad sobą zapanować.
Podniosłem się raptownie i zacząłem przechadzać pomiędzy rzędami krzeseł. Muszę się uspokoić. Muszę zapanować... muszę.
- Wszystko dobrze?
- Kurwa mać. Nie wtykaj swojego wielkiego nochala w nie swoje sprawy – warknąłem. Spuściłem głowę, wbijając wzrok w podłoże, po którym stąpałem. Moja twarz przypominała teraz zapisane kartki otwartej księgi. Wszystko można było z niej wyczytać.
Uspokoić się. Uspokoić.
Frajerze!
Poderwałem do góry głowę, strasząc przy tym stojącą za mną dziewczynę. Rozejrzałem się wkoło, ale nikogo prócz niej nie zauważyłem. Jednak to zdecydowanie nie był jej głos.
- Jesteś strasznie wulgarny.
- Taa? Nie zauważyłem – prychnąłem.
- Tak. Nietaktowny i niewychowany. Nie wiem jak twoja siostra z tobą wytrzymuje, ale ja nie zamierzam słuchać twojego niemiłego tonu i wytykania!
Obróciłem się na pięcie i pochyliłem nad nią. Była co najmniej o głowę ode mnie niższa. Odchyliła szyję, zakładając ręce na piersi i ciskając we mnie gromami w spojrzeniu.
- Nikt ci nie karze mnie słuchać – uśmiechnąłem się triumfalnie.
- Nie? A pomyśl, że jednak tak. Podlegasz mi tutaj i będziemy pracować razem nad udekorowaniem tej sali jak należy. Teraz tworzymy zespół i będę skazana na twoje cholerne towarzystwo, więc mógłbyś chociaż na chwilę nie zadzierać nosa i ze mną porozmawiać, a nie stroić fochy i nabzdyczać się z byle gówna!
Zaskoczył mnie jej ostry ton. Cała jej postawa zmieniła się w ciągu kilku chwil. Od niewyobrażalnie smutnej dziewczyny szybko przeszła w nie znoszący sprzeciwu autorytet.
- Nie znasz mnie – warknąłem, niezadowolony jej dyktaturą.
- Ależ znam! Lepiej niż myślisz! Nienawidzę takiego typu facetów! Jesteście kompletnymi idiotami! – z każdym zdaniem dźgała mnie palcem w pierś, ale byłem zbyt zdziwiony, by zareagować.
- Tak? A myślisz, że lubię małe, wredne, rządzące się na prawo i lewo dziwolągi?!
- Nie obchodzi mnie co ty lubisz! Jesteś napuszonym, egoistycznym snobem! Jesteś idiotą i nie potrafisz tego dostrzec! Może czas, żebyś przejrzał na oczy, Jaydenie Easay i wziął się za siebie?! – wrzasnęła mi prosto w twarz, wyraźnie wytrącona z równowagi.
Znów wprowadziła mnie w skrajność. Potwór we mnie zaczął się przeciągać z lubością węsząc nową aferę. A ja już nad sobą nie panowałem. Pchnąłem ją na ścianę i przytrzymałem za ręce.
- Odszczekaj to suko! – warknąłem, zniżając niebezpiecznie głos. Nie dałem się nabrać na sztuczkę kopania w krocze. Przechwyciłem nogami jej kolano i przytrzymałem, wpatrując się w jej oczy z nienawiścią.
- Za nic – prychnęła. – Nic mi nie zrobisz.
- Tak? Tak sądzisz? A jak myślisz, czemu tak o mnie mówią? Gdzie byłaś, gdy upiększyłem trochę Trzynaka? Widziałaś, jak celowałem w ciebie nożem. Nie boisz się? Nadal? Mam go przy sobie. Wystarczy jeden ruch, żeby podciąć twoje pierdolone żyły! Jeden kurwa ruch, żebyś nie pisnęła o mnie już żadnego niemiłego słowa, suko!
- Nie odważysz się – powiedziała. W jej głos wkradło się przerażenie. Nie wierzyła w własne słowa. Uśmiechnąłem się drwiąco, znów czując od niej ten bezbrzeżny smutek i ani grama pewności siebie.
- Chcesz się przekonać? – spytałem, cedząc każde słowo. Spuściła wzrok i już wiedziałem, że wygrałem. Jednak czym był ten chwilowy triumf, gdy do mojej głowy wkradło się szaleństwo. Zawładnęło całym mną. Mogłem jej coś zrobić. CHCIAŁEM jej coś zrobić. Tak mnie kusi... jeden ruch, jedno drgnienie mięśni, a nie będzie już mi zawadzać.
- Puść mnie – szepnęła, ledwo słyszalnie.
Zebrałem się w sobie i rozluźniłem uścisk. Gdyby była przy mnie jeszcze chwilę, z pewnością bym jej coś zrobił.
- Czemu próbujesz wszystkich przekonać do tego, że jesteś chory umysłowo? – spytała, kiedy odeszła już na bezpieczną odległość. Patrzyła na mnie oczami pełnymi urazy, a jej głos był przesączony rozczarowaniem.
- Nie próbuję... – warknąłem.

- Ja w to nie wierzę – powiedziała, wtrącając się w moje słowa. – Jesteś po prostu zagubiony, nie psychiczny. 

~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~

Kto polubił bezimienną? c:
Ciekawa jestem czy ktoś ma jakieś koncepcje do czego to wszystko zmierza :D
A jeśli tak, to mogłybyście się podzielić, zachłannice, chętnie je poznam ;>
Następny w niedzielę/poniedziałek. c;

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Kartka 10 cz 1

Nie wiem, co za frajer rozpuścił plotkę, ale miałem już wszystkiego dość. Mówiąc wszystkiego, chodziło mi o te chichoczące dziewczyny na korytarzach, posyłające mi kpiące uśmiechy, a także jakiegoś idiotę, który jak tylko mnie zobaczył to wyciągnął ręce do góry i wydarł się na cały korytarz:
- Nie dźgnij mnie nożem! Mam żonę i dzieci! – zrobił takie zamieszanie, że wszyscy zaczęli się nam przyglądać ciekawie. Poprawka, wszyscy zaczęli MI się przyglądać i oczywiście ci, którzy o całej sprawie dotychczas nie mieli pojęcia, zostali grzecznie poinformowani przez całą resztę.
Ten chłopak dopełnił wszystkiego. Cała złość, która przez te dni gotowała się we mnie bez przerwy, teraz zaczęła pienić się i wylewać na zewnątrz.
Powoli, jakbym się nie spieszył, zmieniłem kierunek drogi i podszedłem spokojnie do gościa. Patrzył na mnie z pewną dozą ciekawości, unosząc do góry brwi. Był pewny siebie. Ten frajer myślał, że nie odważę się mu czegoś zrobić. Zabawne.
- Na twoim miejscu bym lepiej uważał. Wychylanie się raczej nie jest dobrym pomysłem, żeby uniknąć... psychopaty – ostatnie słowo wypowiedziałem z kpiną. Frajer chyba się zmieszał, bo na jego czole przez chwilę ukazała się pojedyncza bruzda.
- Grozisz mi? – warknął. Zachowywał się jakbym był niższą warstwą społeczną od niego. Zmierzył mnie spojrzeniem i zadarł głowę, usilnie próbując wyglądać na wyższego. To głupie, koleś był niedojebany.
- Dopuszczam taką opcję – odparłem. Scyzoryk w mojej kieszeni spodni zaczął mi niebezpiecznie ciążyć. Nigdy się z nim nie rozstawałem, ot tak dla bezpieczeństwa. Nie chciałem powtarzać sytuacji sprzed paru lat. Przezorny zawsze ubezpieczony.
- Jeśli ze mną zadrzesz, rozpierdolę cię na kawałki – wycedził chłopak.
- Taak? A to ciekawe jak. Zaczniesz płakać, żebym tylko nie użył noża? – świetnie się bawiłem przy tej wymianie zdań. Pomimo wciąż narastającej frustracji ogarnął mnie stoicki spokój. Szczerze? Cisza przed burzą. Coraz mniejszą kontrolę miałem nad własnym umysłem i ciałem. Jednak nadal perfekcyjny refleks.
Frajer zamachnął się by strzelić mi z pięści. Uchyliłem głowy i zablokowałem jego rękę. Na moją twarz wstąpił kpiący uśmieszek. Chyba się zorientował, że jeśli teraz odpuści, zrobi z siebie kompletne pośmiewisko. W oczach błysnęło mu szaleństwo. Chrońcie ludzi głupich, nie wiedzą na co się porywają.
Wymierzył kolejny cios i tym razem musnął dolną część mojej szczęki. Ktoś zaczął mu dopingować, wokół nas zacieśniło się koło i rozgorzała wrzawa.
Postanowiłem się mu odpłacić. W środku mnie z głośnym rykiem obudziło się coś, nad czym nie miałem kontroli. To coś czuwało przez parę ładnych lat, a powrót do Polski był jak obudzenie uśpionego potwora. Było jego powrotem. Powrotem szaleństwa.
Moja pięść poszła w ruch i poczułem lekki ból, gdy z całą siłą naparła na łeb pyskatego frajera. Nie dając mu szansy na kiwnięcie choćby palcem wymierzyłem kolejny cios. Ktoś się dołączył i próbował mnie zajść od tyłu, ale kierując się intuicją, uchyliłem głowę w porę.
Rozgorzała walka i coraz więcej ludzi wkoło zaczęło się niepokoić. Może i wyglądało poważnie, ale dla mnie to był taniec. Ile razy wyobrażałem sobie, jak odpłacam się tym chłopcom. Ile razy moja pięść smagała worek treningowy, gdy przed oczami miałem ciemność, a w uszach rozbrzmiewał ich śmiech. Ile razy przychodziłem na boks tylko po to, by zaprawić się do walki na wszelki wypadek. No ile? Wystarczająco.
Ktoś odciągnął atakujących mnie od tyłu osobników. Frajer, który wywołał całą aferę pozbierał się w sobie i z impetem kopnął mnie w brzuch. Nie, już nie opadnę na posadzkę. Nie dam się pokonać. Nie, nie, nie.
Chociaż z moich płuc wydostało się całe powietrze, wciąż potrafiłem trzeźwo myśleć. Rąbnąłem gościa glanem w czułe miejsce i doprawiłem wszystko ciosem wycelowanym w nos. Już podnosiłem by oddać kolejne uderzenie, kiedy czyjaś silna ręka chwyciła za mój nadgarstek i odwróciła w swoim kierunku.
Przede mną stał rozwścieczony nauczyciel wf-u. Jego twarz cała poczerwieniała, a na szyi widać było wyraźnie wszystkie żyły.
Już myślałem, że mnie walnie, raczej by mnie to nie zdziwiło. Zamiast tego wydarł się, rozrzucając dookoła kropelki śliny.
- Jesteś z siebie zadowolony ty mały skurwielu?! Na co się gapicie cholerne dzieciaki?! Ogłuchliście wszyscy?! Dzwonek był do kurwy, na lekcje wy małe, zasrane dziwolągi!
Ktoś się zaśmiał, inny rzucił jakiś tekst, ale większość po prostu zaczęła się rozchodzić. Tylko obolały frajer, który wkopał mnie w to gówno, jęczał z bólu, kuląc się na podłodze. Krew z nosa płynęła mu obficie po twarzy, ale obiema rękami obejmował się za krocze, stękając coś o skurwysynie. To pewnie o mnie.
Przez chwilę poczułem dziwną satysfakcję, patrząc na jego ból. Nagle uśmiech zszedł mi z twarzy, a w oczach mi pociemniało. Teraz leżałem tam siedmioletni ja, pobity przez paru starszych chłopców. Cały obolały, niezdolny do najmniejszego ruchu. To byłem ja, a za razem ten frajer. Ja i on. On i ja. To on, czy to ja?
Wszystko zlało się w jedność. Wspomnienia i teraźniejszość.
Mógłbym tak stać tam godzinami, patrząc z przerażeniem na zwijającego się z bólu chłopaka. Gdyby nie wkurzony wuefista. Pociągnął mnie przez korytarz, cały czas prawiąc głośne morały i co drugie słowo dorzucając jakiś wymyślny epitet.
Poczułem jak odpływam, jak pogrążam się w szaleństwie. Jak mogłem?! Co ja kurwa zrobiłem? Jestem teraz taki jak on? Co się ze mną dzieje. Kurwa mać!
Chciałem wrzeszczeć, szarpać się za włosy. Chciałem wziąć kij i rozwalić wszystko. Była tylko wszechogarniająca wściekłość. Tylko wściekłość i ogromny ból, jakby zamiast krwi w moich żyłach był płynny ogień. Powoli tłoczył się do serca, które pod jego wpływem przybierało czarną, smolistą barwę. Rozsypywało się powoli, boleśnie.
Jayden?
Jayden?
Wszystko będzie dobrze. Jayden?
Natłok głosów. Wciąż do mnie szeptały. Każdy był inny. Niektóre rozpoznawałem, innych nie. Zlewały się w jedno i szeptały, śmiały się, rozmawiały. I każdy rozbrzmiewał w mojej głowie jak w pustej, ogromnej sali.
Jayden?
Co ty zrobiłeś, Jayden?
Co się z tobą dzieje?
Idiota, idiota!
Jesteś taki sam jak oni, Jayden.
„Zostawcie mnie. Zostawcie! – wrzeszczałem w duchu, chcąc w końcu usłyszeć tą błogą ciszę, która mogłaby otulić mnie ramionami i zabrać już na zawsze. Tylko ciszę! – To mój umysł! Zostawcie mnie!”
No siemasz, artysto.
Jak ci się podoba twoja nagroda, frajerze?
Frajerze. Frajerze. Frajerze.
Hahaha. Frajerze.
- Co się stało? – jakby przez ogromną barierę doszły mnie dźwięki ze świata realnego. Realnego? Haha! A co tu jest realne? Może tamto, to wyobraźnia, a te, które szepczą nieustannie są prawdziwe? One na pewno są prawdziwe!
- Wywołał bójkę.
Bójkę? Jaką bójkę?
Nie! To oni wywołali bójkę!
To oni go bili!
Go? Kogo?
Tego skulonego chłopaka na podłodze z krwią na twarzy sączącą się z nosa!
To ty! To Jayden!
Nie! To oni! To przeszłość! Ona wraca!
„Zostawcie mnie!” – powtarzałem te słowa jak mantrę. Gdzieś w oddali usłyszałem śmiech Bianci. W zakątku mojej głowy, lub w realnym śmiecie, śmiała się dźwięcznie. Szczerze.
Bianca. Gdzie jesteś, Bianco?
Ten śmiech narastał mi w uszach i wypełniał całe ciało. Poczułem jak napięcie stopniowo znika, a głosy zaczynają cichnąć. Przypływ paniki zniknął, był tylko ten melodyjny dźwięk. Dźwięk mojej psychicznej wolności.
A później zapadła cisza i otworzyłem oczy. Kiedy je zamknąłem?
Znajdowałem się w gabinecie dyrektorki, a trzy spojrzenia wpatrywały się we mnie ze skupieniem. Kiedy tu się pojawiła psycholog? Patrzyła na mnie uważnie, śledząc najwyraźniej każdy mój ruch. Co zrobiłem? Czy pokazałem po sobie jakie piekło przeżywam wewnątrz? Czy chodzi tylko o sprawę tego chłopaka?
Odchrząknąłem, bo cisza zaczęła mi ciążyć. Tak, ta sama cisza, o którą przed chwilą błagałem w moim umyśle. A może mówiłem wtedy głośno? A może i oni słyszeli te dziwne dźwięki? Nie, nie wyglądali na przerażonych, czy chociażby zdziwionych.
- Easay, byłeś kiedyś u lekarza?
- Co? – wydukałem zdziwiony. Psycholog patrzyła na mnie uporczywie.
- Takiego... umysłowego lekarza.
O kurwa. Nie. Byłem i nie chcę więcej. Już nigdy. Nie chcę tam wracać. Nie chcę wracać do długich korytarzy. Nie chcę wracać do ludzi w białych kitlach. Nie chcę słyszeć w nocy czyjegoś zawodzenia. Nie chcę po raz kolejny patrzeć, jak przywiązują kogoś pasami do łóżka. Nie chcę czuć zastrzyków. Nie chcę patrzeć na te sztuczne uśmiechy. Nie chcę słyszeć diagnoz lekarza o rzekomym ozdrowieniu, gdy po głowie wciąż tłuką mi się głosy. Nie chcę znowu zostać ubrany w kaftan. Nie chcę znów trafić do tego pokoju obłożonego poduszkami. Nie chcę! Nie, nie, nie, nie! Nie pozwólcie mi tam wrócić! Nie pozwólcie! NIE!
- Ma to jakieś znaczenie? – powiedziałem spokojnym głosem. Na zewnątrz wciąż trwałem nieruchomo, odwzajemniając uporczywe spojrzenie psycholożki.
Ta wstrętna baba uparła się na mnie od tamtego feralnego wypadku pod salą teatralną. Minęły cztery, koszmarne dni, podczas których znosiłem dogryzania i chichoty. Znosiłem ciągłe, czujne spojrzenia psycholożki na korytarzach. Nic mi nie jest. Nic nie wraca, spokojnie. To tylko stres minionymi dniami. Tak! Tak sądzę.
- Przecież jestem normalny – dodałem jeszcze, a w moich oczach pojawił się złowrogi błysk. JESTEM normalny, nie patrz tak na mnie.
- Panie Easay, normalni ludzie nie rzucają się na kolegów na korytarzu z pięściami. Pan Trzynak jest pod obserwacją pielęgniarki, ale ma złamany nos i obolałe... narządy – włączyła się do rozmowy dyrektorka. Patrzyła na mnie chłodnym wzrokiem, siedząc w swoim ogromnym fotelu, który był z dwa razy od niej większy. Była to kobieta, która wyglądem nie mogłaby zyskać respektu, jednak jej ostry charakter gasił nawet największego rozrabiakę. Biła od niej aura władzy i spokoju, jakby panowała nad każdą, najmniejszą sytuacją. Nie była pobłażliwa, nie ona, chociaż łasa na kasę. Widać to było na pierwszy rzut oka. Szczyciła się markowymi ubraniami, które w żadnym wypadku nie mogły być kupione w jakiejś sieciówce. Na szyi zwisał jej naszyjnik wykładany najpewniej drogocennymi kamieniami. W każdym razie świecił się jakoś tak... bogato.
- To on zaczął – warknąłem, czując się dziecinnie wypowiadając te słowa. Tym razem jednak powstrzymałem falę wspomnień, które już cisnęły się do mojego umysłu. Wiedziałem co tam zobaczę. Siebie, całego usmarowanego czekoladą i Biancę w lodach porzeczkowych, oboje stojących naprzeciwko matki i wrzeszczących co sił, że to wina tego drugiego. Wieczór, tuż przed pobiciem.
- Nie obchodzi mnie kto zaczął, Easay, ale kto miał w tym największy udział – powiedziała spokojnie kobieta. – Mogłabym cię za to wyrzucić.
O tak! Poproszę!
- Jednak nie zrobię tego.

Kurwa mać!

~~~~~~~~***~~~~~~~~

A Jayden jak zawsze w tarapatach...
W końcu odkryłam takie coś jak udostępnianie internetu z telefonu do komputera ;-;
Kolejna kartka jeszcze w tym tygodniu i niestety(?) znów z perspektywy Jaydena ;D
Indżoj c:

środa, 1 stycznia 2014

Kartka 9

       Dla Jaydena najbliższy czas nie zapowiadał się przyjemnie. Rozeszła się plotka o jego chwilowej słabości psychicznej. Gdyby to była sama prawda... jednak ktoś mocno tu dopowiedział. Jay dostał świra i warczał na wszystkich wkoło gorzej niż normalnie.
        Aż nie mogłam się doczekać, kiedy to wszystko minie.
        Właśnie trwała nudna, teoretyczna lekcja fotografii. Wpatrywałam się uporczywie w okno, a moje myśli błądziły od najniższych kondygnacji budynku, aż po internat, w którym najprawdopodobniej siedział teraz Jayden.
        Piotrek uwziął się na rozwiązanie zagadki Cieni, które z kolei uczepiły się mnie. Dodatkowo zdecydowałam, że jeśli już mamy robić coś z tą sprawą, to działamy razem. Tu koło się zamykało. Wplątaliśmy się w niezłe bagno.
        O ile dobrze to wszystko sobie poukładałam w głowie,  to zostało mi niewiele życia. Za pewien czas po prostu rozedrą mnie na strzępy. Dość ciekawa perspektywa: jeśli rozrzucą moje szczątki po całym świecie, to w końcu będę mogła go zwiedzić! A ja głupia obawiałam się, że nie zdążę tego zrobić przed śmiercią! Tymczasem to właśnie ona rozwiązuje sprawę. Zabawne.
         Z tych jakże optymistycznych rozmyślań wyrwało mnie gwałtowne szturchnięcie w ramię. Zdezorientowana poderwałam głowę w górę i zerknęłam na osobę, która wzbudziła mnie z transu.
        - Pracujemy razem - rzuciła dziewczyna. Miała długie, czarne włosy starannie splecione w kłosa i smukłą twarz pokrytą ostrym makijażem. Na dodatek w tak chłodny dzień założyła kusy top, ściśle przylegający do jej piersi i krótkie spodenki nałożone na leginsy. Już mi się cisnęły na usta niecenzuralne epitety, jednak szybko się upomniałam. Od wytykania i ubliżania był Jayden, nie ja.
        - Co? - wydusiłam z siebie, bo nie bardzo wiedziałam o co chodzi. Zerknęłam na Piotrka siedzącego w drugiej ławce od ściany. Trafił na piękną Alicję, która uśmiechała się bez przerwy i wykonywała przydzielone jej zadania bez mrugnięcia okiem. Trafiła tu przez stypendium. Wymieniłam z nią kilka zdań i wtedy nawet przypadła mi do gustu. Tylko, że teraz była zołzą. Nawet wyglądała na zołzę, gdy tak się szczerzyła do Piotrka...
        Nawet nie zauważyłam, kiedy zacisnęłam rękę na długopisie. Szczęknął cicho, zwracając na siebie moją uwagę.
        - Boczek nas przydzielił. Halo, może zaczęłabyś uważać?  - warknęła władczym tonem, machając mi ręką przed oczami.
        - Przecież uważam. Zabierz tą łapę sprzed mojej twarzy! - zaatakowałam. Jednak nadal nie patrzyłam na partnerkę. Wlepiałam spojrzenie w Alicję, na którą miałam widok ponad ramieniem czarnowłosej. Co za suka. Brzydka, gruba i głupia. A on? On jest ślepy. Czemu wpatruje się w nią jak w obrazek?
        - Czy mi się wydaje, czy jesteś tak samo porąbana, jak twój brat? - prychnęła dziewczyna.
        - Skończ z tym. To co robimy?
        - Kolaż.
        - Kolaż?
        - Jesteś głucha, czy upośledzona? - warknęła. - Tak, kolaż, a ściślej mówiąc o książkach. Mamy wprowadzić tą zasadę z lekcji.
        Już nie chciałam pytać o jaką regułę chodzi. Wyszłabym na idiotkę, jednak nie miałam najmniejszego pojęcia o czym była miniona lekcja. Jeszcze raz zerknęłam na Piotrka, który ucinał sobie wesołą pogawędkę z Alicją. Wypuściłam głośno powietrze z płuc.
        - A do kiedy? - spytałam mimowolnie, wciąż patrząc na parkę.
        - Cholera, czy ja mam ci wszystko tłumaczyć? Na za tydzień. W weekend musimy jechać do biblioteki, żeby zrobić cholerne zdjęcia. W razie komplikacji skontaktuj się ze mną, jak już odzyskasz kontakt z rzeczywistością - wkurzyła się i wstała. Zauważyłam, że większość uczestników lekcji zdążyła już wyjść.
        Nie chciałam czekać, aż Piotrek skończy pogawędkę. Mdliło mnie od tych uśmiechów, które sobie posyłali. Konwersacja pochłonęła ich do reszty, a w klasie nie został nikt prócz nas i krzątającego się Boczka. Chwilę obserwowałam poczynania tego tęgiego mężczyzny o twarzy dziecka, po czym bez słowa podniosłam się i wyszłam.
        Mimo nalegań Piotrka na unikanie samotnych przechadzek, nie byłam w stanie na niego czekać, patrząc przy tym na ich roześmiane twarze.
        "Nie bądź zazdrosna, Bianco. Naiwna!" - śmiał się ze mnie mój własny umysł.
       - Nie jestem - burknęłam niezadowolona. Brawo, Bianco, konwersacja z samą sobą?
        Byłam już przy internacie, kiedy usłyszałam za sobą krzyk:
        - Bianca! Miałaś zaczekać!
        - Zapomniałam - mruknęłam niechętnie, kiedy Piotrek w końcu się ze mną zrównał.
        - Pewnie. Wszystko w porządku?
        - W jak najlepszym - odparłam niezupełnie zgodnie z prawdą. Musiałam pogadać z Arią i to natychmiast.
        Byliśmy już pod moim pokojem, kiedy Piotrek przerwał zalęgłą ciszę.
        - Może wybrałabyś się z nami w sobotę do miasta? - spytał. Podniosłam na niego wzrok i uśmiechnęłam się lekko.
        - Nami?
        - Mną i Alicją - uśmiech natychmiast zrzedł, a ja pokręciłam głową.
        - Mam plany - cholerna Alicja! - Sophie przyjeżdża.
        - W takim razie za tydzień?
        - Może - mruknęłam, szukając w głowie jakiejś konkretnej wymówki.
        - Powinniśmy całą czwórką zrobić ognisko. Co ty na to?
        - Dobry pomysł - w moim głosie pojawiło się odrobinę więcej entuzjazmu. Wymieniliśmy uśmiechy i otworzyłam drzwi od pokoju.
        Zatrzasnęły się za mną z hukiem. Rzuciłam torbę na łóżko i opadłam na nie bezwładnie.
        - Stało się coś? - spytała zdziwiona Aria.
        - Cholerna Alicja.


*********

Kolejny rozdział opowiada Jayden.
Najprawdopodobniej 6 stycznia, bo nie mam internetu i korzystam z telefonu ;-;