Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 stycznia 2014

Kartka 14

- Okej. Powiedz to jeszcze raz.
Westchnęłam i przetarłam oczy dłonią. Miałam już tego dość. Nieważne, czy mnie rozszarpią, czy nie. Dajcie mi spać!
- Jeden właściwy, jeden twą zgubą, jeden chlubą, choć nie czymś tam. Ostatni koniecznością choć kogo innego własnością. Blabla, nie pamiętam. Decyzja do ciebie należy, gdzie ciało wieczność przeleży – wymamrotałam, zamykając oczy.
Siedzieliśmy całą czwórką w naszym pokoju. Moje łóżko zajął Jayden i rozłożywszy się na nim wygodnie wyglądał na pogrążonego we śnie. Musiałam zająć miejsce przy stole. Oparłam brodę o dłoń i przyznam – od czasu do czasu udawało mi się zapaść w mini drzemkę. Jednak Piotrek wszystko niszczył. Kazał mi słuchać swojego wywodu. Okej, rozumiem, chce mi pomóc, ale na miłość Boską, jest już po piątej nad ranem!
- Który wybrałaś?
- Z takim stworzeniem w środku – jęknęłam.
- Czyli?
- Skąd mam wiedzieć?! Myślisz, że były tam drogowskazy?
- A tak na czuja?
- Nie wiem. Ten futrzak przyjazny raczej nie był.
- Nie rozumiem nic z tego – wtrąciła się Aria.
- Bo ty nigdy nic nie rozumiesz – parsknął chłopak.
- Zajmij się lepiej swoim mózgiem.
- Eh, tyle miłości w powietrzu – mruknął sennie Jayden, uśmiechając się lekko. Wyrwana z kolejnej drzemki rozejrzałam się wkoło, natrafiając na niezadowoloną minę Arii. Piotrek nagle przygasł i zaczął przyglądać się swoim dłonią.
- Późno już – oznajmił i wstał. Skinął nam i wyszedł. Zdziwiłam się jeszcze bardziej. Mało brakowało, a otworzyłabym buzię. Wymieniłam zdumione spojrzenia z bratem, który rzucił nam niemrawe „dobranoc” i ruszył w ślad za współlokatorem.
- O co chodzi? – spytałam niepewnie.
- Idź spać, Bianco – mruknęła Aria, wsuwając się pod kołdrę. Posłała mi błagalne spojrzenie i odwróciła się twarzą do ściany. – I zgaś światło.
Posłusznie podreptałam do drzwi i pstryknęłam kontakt. Serce zabiło mi mocniej, kiedy wkoło zapadła ciemność. Szybko wyciągnęłam telefon i posłużyłam się nim jako latarką. Chociaż rzucał światło a’la Paranormal Activity. Dotarłam szybko do łóżka i ukryłam się pod ciepłą kołdrą. Wsunęłam głowę do środka i obiecałam sobie, że wyjrzę dopiero, kiedy zrobi się jasno.
- Powiesz mi co się między wami dzieje? – spytałam cicho, doskonale wiedząc, że Aria mnie słyszy. Ta jednak odpowiedziała mi udawanym chrapaniem, ucinając tym samym temat.
Westchnęłam i przeturlałam się na drugi bok.
Zamknęłam oczy i przywołałam do siebie wspomnienie zapachu cynamonu.

~***~

Jayden

Drzwi od sali teatralnej zamknęły się za mną z głośnym trzaskiem. Wcześniej uważnie przysłuchiwałem się, czy aby na pewno ta dziwna dziewczyna nie brzdąka po klawiszach. Olałbym kolejną pomoc i spieprzał jak najdalej. Już za dużo miesza mi się w głowie, żeby dodawać do tego jeszcze idiotyczne pianino.
Strasznie uciążliwy lęk. Nigdy nie wiadomo kiedy się z nim spotkasz.
- Masz mi coś do powiedzenia?! – zaatakowała mnie bezimienna, wychodząc nagle zza kotary. Spojrzałem na nią przelotnie i rzuciłem torbę na pobliskie krzesło.
- Cześć.
- Cześć? Zwykłe... cześć? – warknęła.
- Cześć skarbie? – sarknąłem, rozkładając się wygodnie na fotelu. Zmrużyła oczy i założyła ręce na biodra. Taka rozwścieczona wyglądała niemal uroczo.
- Nie skarbuj mi tutaj, koteczku, tylko bierz się do roboty. Gdzie cię wcięło wczoraj?
- Powiedzmy, że są sprawy idiotyczne i mniej idiotyczne – mruknąłem, przecierając ręką oczy. Zupełnie się nie wyspałem.
- O rany – zdziwiła się, podchodząc bliżej. Niespodziewanie ujęła moją twarz w obie dłonie i podniosła ją w górę. – O rany!
- Zacięłaś się? – podsunąłem, dziwnie się czując, gdy stała tak blisko. Strasznie przytłoczony.
- Kto ci to zrobił? – wydukała przejeżdżając kciukiem po moim policzku*. Korciło mnie żeby ją odepchnąć, splunąć pod nogi i wyjść. Odbiło jej? Czemu mnie dotyka?
- Psychopata – uśmiechnąłem się w moim mniemaniu upiornie.
- Szargasz się na swoje życie? – zdziwiła się. Wstałem szybko i odszedłem parę kroków, byleby nie czuć dłużej jej palców na mojej twarzy.
- Oj tam zaraz szargasz – prychnąłem, siadając na skraju sceny. – Co robimy?
Obróciła się i nie patrząc na mnie poszła na zaplecze. Znów była smutna. Cholernie smutna. Tak smutnej osoby nigdy w życiu nie poznałem. To wręcz niemożliwe, żeby jedna, tak krucha dziewczyna miała w sobie tyle żalu i rozpaczy.
Chcąc nie chcąc, poszedłem za nią, omijając pianino szerokim łukiem. Jakaś grzeczność, która wciąż tliła się gdzieś tam we mnie, nakazała mi być cicho i się nie odzywać.
- Stało się coś? – rzuciłem na przekór „wewnętrznemu głosu”. Nie będzie mi dyktować co mam robić.
- Wszystko okej – odparła, przerzucając jakieś papiery z jednej części biurka na drugą. Patrzyłem na to przez chwilę, przyglądając się jej drobnym dłonią.
- Ta. Widzę.
- Ty masz swoje problemy, ja mam swoje. Nie interesujmy się nimi nawzajem.
- Jeszcze niedawno to ty się wpieprzałaś w moje – warknąłem. Na chwilę przerwała czynność. Spuściła głowę, pozwalając by włosy przysłoniły jej twarz. Między nami zapadła niespokojna cisza. W tamtym momencie dałbym sobie uciąć prawą rękę, że zaczęła płakać. Nie podszedłem jednak do niej, ani nie rzuciłem słowa otuchy, tak jak to się dzieje najczęściej w tych mdłych romansach. Nie dotykał mnie jej płacz. Skoro była bez przerwy taka smutna i jeszcze nie popełniła samobójstwa, to chyba sobie radzi z problemami.
- Nie rozumiesz mnie...
- Ty mnie też – stwierdziłem oschle. Westchnęła i pokręciła głową. Zaczęła szukać czegoś w szufladzie, przekopując się przez stosy kartek. Cisza dłużyła się i dłużyła, ale nie miałem zamiaru jej przerywać.
- Co gdybyś musiał koniecznie komuś opowiedzieć o swoich problemach... ale nie miałbyś komu? – spytała cicho. Ledwo ją zrozumiałem.
- Znalazł sobie przyjaciółkę? Zgadał się z miśkiem? – prychnąłem, zastanawiając się do czego dąży.
- Jayden, nie wszystko jest zawsze takie proste – ofuknęła mnie, nie przerywając czynności.
- Więc działajmy tak, by było.
- A co jeśli nie da się z tym nic zrobić? – odwróciła się na pięcie, ciskając we mnie gromami. Założyła ręce na piersi i zmierzyła mnie uporczywym spojrzeniem.
- Co masz na myśli?
- Nic – burknęła. Jednak już jej nie słuchałem. Wbijałem spojrzenie w obnażony nadgarstek. Rękawy jej bluzy podsunęły się do góry ukazując...
Podszedłem szybko do niej tak, że nie miała czasu na reakcję. Chwyciłem mocno jej dłoń i podciągnąłem materiał pod łokieć. Cięcia. Cała masa cięć w niewielkich odległościach. Niektóre wciąż krwawiły, inne zdawały się tu być już od wieków. Ręka cała w bliznach bólu.
- Czemu to robisz? – spytałem spokojnie, chociaż zaczęła we mnie wzbierać furia.
- Nic ci do tego. Jayden, to naprawdę nie twoja sprawa.
- Chcesz się zabić?
- Co cię to nagle obchodzi? – warknęła. No właśnie... co mi do tego?
- Po prostu chcę wiedzieć, że chociaż jedno z nas wyjdzie na prostą – wyszeptałem przez zaciśnięte zęby. Ciekawe, czemu tak trudno wypowiedzieć te błahe słowa?
- Większą szansę masz ty – powiedziała, wyszarpując swoją rękę z uścisku. – Bierz się do roboty. Musisz odrobić ostatnią nieobecność. Mamy ogrom pracy.
- Ale...
- I proszę, nie wracajmy więcej do tego tematu.
Skinąłem głową. Nie było sensu się kłócić. Jednak od tej pory w mojej głowie nie pojawiały się tylko myśli o cieniach, o Biance, o dziwnym rozkojarzeniu Piotrka, które swoją drogą tak mnie wnerwiało, że jeśli tylko zobaczę go obłapiającego moją siostrę to słowo daję I NIE ŻARTUJĘ nakopię mu tak, że wyleci na Marsa, przeturla się po nim jak piłka i spadnie w przepaść i będzie latał w nicości aż nie zdechnie. Mówię serio. O czym to ja? Ahh tak, moje myśli nie krążą już tylko wśród wspomnień i własnych wniosków o otoczeniu. Od tego dnia zajęte zostało jeszcze jedno miejsce w mojej głowie. Dla bezimiennej.
Przetarłem twarz dłońmi. W umyśle wciąż miałem ostatnie wspomnienie, które pojawiło się wtedy w lesie. Czy można mieć gorzej niż ja? Czy w tym właśnie momencie ktoś... ktokolwiek kto znałby całą prawdę o mojej przeszłości i teraźniejszości powiedziałby, że mój problem to nic? Sam nawet nie pamiętałem całości mojego życiorysu. Trzy lata po pobiciu stały się mglistym wspomnieniem białych korytarzy. Ale co takiego działo się w moim wnętrzu, że postanowili mnie bez przerwy trzymać pod obserwacją?
W mojej głowie ziała pustka. Ta cholerna próżnia była przerażająca. Jednak bardziej bałem się poznać odpowiedzi na zadawane bezustannie przez siebie pytania. Kiedy to wszystko wróci, z pewnością nastąpi mój koniec.
- Jest tyle ludzi na świecie, a ja trafiłam na ciebie – powiedziała wyrywając mnie z zamyślenia. Podniosłem głowę i spojrzałem prosto w jej oczy.
- Chyba masz pecha.
- PH pięć i pół – zażartowała i wróciła do pracy.
- Jak to jest, że jesteś taka wesoła, będąc tak przeraźliwie smutna? – spytałem. Zabrzmiało trochę bezsensu, ale chyba załapała.
- Jak to jest, że wypytujesz mnie o sprawy osobiste, nie znając mojego imienia?
- Dla mnie jesteś bezimienna – odparowałem. Nie skomentowała tego w żaden sposób, tylko lekko kiwnęła głową. – Więc?
- Opowiedz mi o sobie, a dowiesz się o mnie – ucięła, doskonale wiedząc, że nic nie odpowiem.
~***~

Bianca

Dzień minął mi bądź co bądź beztrosko. Dostałam burę za nieodrobione zadanie domowe z fizyki, ale jak tu skupić się na nauce, kiedy tyle się wkoło dzieje? Oczywiście nie powiedziałam jaki był powód tego „haniebnego zaniedbania”. Z fizyką i tak nigdy dobrze mi nie szło. Głupi przedmiot.
- Na cholerę nam tyle zadają! – złościła się Aria, kiedy popołudniu przebierałyśmy w zeszytach. Oczywiście ze ścisłych przedmiotów zbierałam same gromy, ale i tak miałam zamiar pchać się z uporem maniaka na studia, które w żadnym wypadku NIE są humanistyczne. Żeby pracować w McDonaldzie nie potrzebne mi takie zaliczenie. Oj ja wiem, jestem niemiła, ale to przez ostatnie całodobowe zmęczenie.
- Zauważyłaś, że wszyscy ci, którzy podejrzewają, że niedługo zginą, albo są jakimiś geniuszami i wiedzą, że coś odkryli... zakładają pamiętniki?
- Dzienniki – poprawiła mnie Aria. Przekreśliła coś długopisem i mrucząc do siebie pod nosem zaczęła grzebać za gumką.
- I co o tym myślisz?
- Myślę o tym co? – mruknęła nadal nie za bardzo mnie słuchając. Zacisnęłam usta w linię i odłożyłam zeszyt na biurko.
- O dzienniku.
- Jakim dzienniku? – zdziwiła się, w końcu znajdując zgubę. Byłam bliska rozpaczy, ale uratował mnie Piotrek, który idealnie wpasował się w czas i wszedł do pokoju.
- Cześć wam – rzucił.
- Wpadłam na pomysł założenia dziennika – powiedziałam prosto z mostu, mając nadzieję, że chociaż on zrozumie za pierwszym razem.
- Ciekawie – odparł opadając na krzesło obok. Aria rzuciła mu mordercze spojrzenie i zanim zdążyłam mrugnąć, spakowała wszystko do torby i wstała.
- Spotkamy się później – mruknęła do mnie i odeszła pospiesznym krokiem. Patrzyłam za nią wielkimi oczami, odzyskując zdolność mowy dopiero kiedy zniknęła za zakrętem.
- O co jej chodzi? – spytałam.
- Pewnie coś jej wypadło – zbył mnie Piotrek.
- A w nocy wam obu coś nagle wypadło? – burknęłam zgryźliwie.
- Są sprawy, Bianco, do których nie trzeba się wtrącać.
- Ale jest moją przyjaciółką! Chyba mam prawo jej pomóc, czyż nie? – słaby argument, tak naprawdę byłam cholernie ciekawa. Nie ze względu na Arię, a na Piotrka.
- Posłuchaj. To nic wartego uwagi, serio. Poradzimy sobie z tym.
My! Ha! Czyli Aria i Piotrek wmieszani są w sprawę razem. Prawdopodobnie wiedzą o niej tylko oni. A może się mylę i Jayden też coś wie? W każdym razie ta kwestia zastanawia mnie bardziej niż cholerne cienie. I tak mnie dorwą, czyż nie? Przed śmiercią chciałabym się dowiedzieć wszystkiego. Poczynając od cukierków, które znikały mi ze śniadań w podstawówce, a kończąc na Piotrku. Arii i Piotrku.
Dochodzenie czas zacząć!

Ta ciekawość mnie zabije...

~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~

* Jak ktoś nie pamięta, to w poprzednim rozdziale Jayden przejechał pazurami po twarzy. Zrobiłam to ostatnio i wyglądałam jak Frankenstein ;/

Hahah, mam czarny humor. To ostatnie zdanie takie prawdziwe.
Daj mi ktoś wiosnę! Wrocław cały skuty lodem - gdzie nogi nie postawisz i tak się poślizgniesz!
Indżoj. c:

piątek, 10 stycznia 2014

Kartka 10 cz 2

Dyrektorka zadzwoniła do moich starych i po wymierzeniu kary pół godziny słuchałem kazań matki. Na koniec się rozpłakała i stwierdziła, że mnie nie rozumie.
Przez cały ten czas siedziałem nieruchomo, wbijając wzrok w jeden punkt. Raz po raz podchodziła do mnie Bianca i obejmowała mnie od tyłu, chcąc chyba jakoś pocieszyć. Ta dziewczyna była... dobra. Tak, to raczej najlepsze słowo, jakim mógłbym ją określić. Pomimo tego, że ją odpychałem i nie potrafiłem zdobyć się na coś więcej, to wciąż przy mnie była. Zdawała się rozumieć.
W głębi duszy czułem, że to wszystko powraca, że to wszystko jest realne. Miałem straszne wrażenie, że w każdej chwili mnie zakneblują i odwiozą... tam. Do pokoju wyłożonego poduszkami. Założą kaftan i każą tam siedzieć. Tak się bałem.
Im dłużej przebywałem w Polsce, tym więcej do mnie wracało. Tym trudniej było mi zachować kontrolę. Tym bliżej mi było do zamknięcia w psychiatryku. Nie, błagam.
Tego dnia przemykałem korytarzami jak duch. Większość po prostu schodziła mi z drogi. Inni jeszcze coś szeptali między sobą, ale nikt nie zaryzykował głośniejszym wybrykiem. No cóż, myśleli, że jestem pojebany, ale przynajmniej miałem spokój. Dość duży plus. Raczej nie byłem zbyt przyjacielski.
Wszystkie lekcje wlekły się niemiłosiernie. Jak zawsze zajmowałem miejsce w ostatniej ławce przy oknie i uważnie obserwowałem klasę. Każde z uczniów było inne, a zarazem tak samo ograniczone. Chociaż może to dobrze? Może lepiej być ograniczonym? Może lepiej zastanawiać się nad tym czy nauczyciel dużo zada, co się zrobi po powrocie do pokoju, niż o czymś, co wybiega poza nasze ludzkie życie. Może lepiej, niż stale robić krok do przodu i zastanawiać się co będzie za te sto lat. Zastanawiać się, kiedy i w jaki sposób wyginie ludzkość. Zastanawiać się kto właśnie umiera, kto właśnie pierwszy raz otwiera oczy. Kto jest szczęśliwy, kto smutny.
Czemu nie mogę być ograniczony?
Czemu chcąc, nie chcąc, wyłapuję ulotne szczegóły w ludzkich zachowaniach, tak mało istotne dla innych? Czemu pierwsze o czym myślę spotykając nową osobę, to jak się czuje? Czemu mam tyle pytań, a zawsze milczę?
Każdy z mijanych na ulicy ludzi ma jakiś nawyk, jakiś swój... rytuał, jakiś porządek w swoim życiu. Tak mało wiemy o ludziach, których mijamy na co dzień. Tak mało znamy tych, którzy są nam tacy bliscy. Czemu nie potrafimy współczuć nieznajomemu, jeśli nigdy nie byliśmy w jego sytuacji? Czemu, czemu, czemu? Czemu nie wybiegamy dalej, poza obszar naszego własnego nosa? A może w tej chwili ktoś ginie, wołając o pomoc, której nie dostanie? Jednak, dlaczego mamy się tym przejmować. Mamy własne życie. Czyż nie?

~*~

Po lekcjach udałem się odbyć swoją cholerną karę. Wpakowałem się w niezłe gówno. Dyrektorka narzuciła mi pomoc w przygotowaniach do jakiegoś nędznego „występu talentów”. HAHA! Ubaw po pachy. Chciałbym już zobaczyć te wymalowane lalunie w króciutkich spódniczkach, wyjące do księżyca miłosne serenady. Najśmieszniejsze było to, że one uważały, że potrafią śpiewać, ponieważ chodzą do takiej szkoły. Dobre sobie.
Uchyliłem drzwi od sali teatralnej, w której odbywały się wszystkie zgromadzenia ludności szkolnej. Miałem ogromną nadzieję, że to cholerne pianino, co stało tu ostatnio, zniknęło. Jednak nie. Nadal bezczelnie paradowało na scenie. Na dodatek wokół niego kręciła się ta bezimienna dziewczyna i wyraźnie szykowała się do grania.
Kurwa mać. Ma ona wyczucie.
O dziwo nie spanikowałem. Postanowiłem zaryzykować. Wetknąłem w uszy słuchawki i puściłem na cały regulator całą playlistę ulubionych piosenek. Ha! Teraz mi żadne sukinsyńskie pianinko nie podskoczy!
Wszedłem raźnie do środka i nie zaszczycając dziewczyny nawet spojrzeniem zająłem miejsce gdzieś na tyłach. Do umówionej godziny pozostało jeszcze z pięć minut luźnego czasu. Proszę, proszę. Sam siebie zaskakuję. Od kiedy to ja się nie spóźniam?
Rozparłem się wygodnie na fotelu, zakładając nogi na oparcie krzesła w niższym rzędzie. Cholera, ta sala wygląda trochę jak kino. Może jest zbyt jasna, a na dole jest scena, a nie ekran, ale siedzenia pną się w górę dokładnie tak samo. Są nawet podobnie wygodne.
Zamknąłem oczy i wsłuchałem się w muzykę. Nagle wszystko ucichło. Drgnąłem raptownie i spojrzałem na czarnowłosą dziewczynę przede mną. Ta idiotka zrzuciła mi słuchawki! Patrzyła na mnie wyczekującym wzrokiem, jakbym doskonale wiedział, co w takiej sytuacji mam powiedzieć. Zabawne. Przynajmniej nie grała na tym szajsie.
- Cześć – przywitała się. Nie odpowiedziałem, unosząc tylko brwi w górę, czekając na ciąg dalszy. – Mogę zagrać, czy znowu spanikujesz?
W jej głosie wyczułem kpinę, a lekki uśmiech błąkający się po jej twarzy tylko to potwierdził. Nadal biła od niej smutna aura, tak jak tamtego dnia, ale teraz wkradła się także pewność siebie. Nie bała się mnie...
- Lepiej nie ryzykuj – warknąłem. – Ludzie mają mnie wariata, kto wie, może jeszcze coś ci zrobię.
- Ja tak nie sądzę. A ludzie szufladkują po pozorach – odpowiedziała bez wahania. Uśmiechnąłem się lekko. Tym razem jednak trafili w sedno.
- Nie wykluczaj opcji, że mają rację.
Bezimienna na chwilę zamilkła, po czym opadła na miejsce koło mnie. Spojrzałem na nią, a moje brwi odruchowo wystrzeliły w górę.
- Ta... Bianca, jest twoją dziewczyną, czy tak?
Tutaj już nie mogłem się powstrzymać. Parsknąłem szczerym śmiechem i to moje szczęście trwało na tyle długo, że zdążył rozboleć mnie brzuch.
- Pojebało cię? – wykrztusiłem pomiędzy spazmami.
- Jest ładna – zmieszała się dziewczyna. Na jej policzki wkradły się wielkie rumieńce, chociaż patrzyła na mnie uparcie, nie odwracając wzroku.
- I co z tego! To moja siostra – potarłem ręką czoło i odetchnąłem głęboko. Dawno się nie śmiałem...
- Ah...
Jej towarzystwo zaczęło mi przeszkadzać. Wszystko zaczęło mi ciążyć. Nie powinienem wpadać w skrajne emocje, zbyt łatwo jestem wtedy podatny na szaleństwo. Zbyt łatwo. Wziąłem kilka oddechów, ale dziwne uczucie nie ustępowało. Musiałem zrobić coś... cokolwiek, byleby nad sobą zapanować.
Podniosłem się raptownie i zacząłem przechadzać pomiędzy rzędami krzeseł. Muszę się uspokoić. Muszę zapanować... muszę.
- Wszystko dobrze?
- Kurwa mać. Nie wtykaj swojego wielkiego nochala w nie swoje sprawy – warknąłem. Spuściłem głowę, wbijając wzrok w podłoże, po którym stąpałem. Moja twarz przypominała teraz zapisane kartki otwartej księgi. Wszystko można było z niej wyczytać.
Uspokoić się. Uspokoić.
Frajerze!
Poderwałem do góry głowę, strasząc przy tym stojącą za mną dziewczynę. Rozejrzałem się wkoło, ale nikogo prócz niej nie zauważyłem. Jednak to zdecydowanie nie był jej głos.
- Jesteś strasznie wulgarny.
- Taa? Nie zauważyłem – prychnąłem.
- Tak. Nietaktowny i niewychowany. Nie wiem jak twoja siostra z tobą wytrzymuje, ale ja nie zamierzam słuchać twojego niemiłego tonu i wytykania!
Obróciłem się na pięcie i pochyliłem nad nią. Była co najmniej o głowę ode mnie niższa. Odchyliła szyję, zakładając ręce na piersi i ciskając we mnie gromami w spojrzeniu.
- Nikt ci nie karze mnie słuchać – uśmiechnąłem się triumfalnie.
- Nie? A pomyśl, że jednak tak. Podlegasz mi tutaj i będziemy pracować razem nad udekorowaniem tej sali jak należy. Teraz tworzymy zespół i będę skazana na twoje cholerne towarzystwo, więc mógłbyś chociaż na chwilę nie zadzierać nosa i ze mną porozmawiać, a nie stroić fochy i nabzdyczać się z byle gówna!
Zaskoczył mnie jej ostry ton. Cała jej postawa zmieniła się w ciągu kilku chwil. Od niewyobrażalnie smutnej dziewczyny szybko przeszła w nie znoszący sprzeciwu autorytet.
- Nie znasz mnie – warknąłem, niezadowolony jej dyktaturą.
- Ależ znam! Lepiej niż myślisz! Nienawidzę takiego typu facetów! Jesteście kompletnymi idiotami! – z każdym zdaniem dźgała mnie palcem w pierś, ale byłem zbyt zdziwiony, by zareagować.
- Tak? A myślisz, że lubię małe, wredne, rządzące się na prawo i lewo dziwolągi?!
- Nie obchodzi mnie co ty lubisz! Jesteś napuszonym, egoistycznym snobem! Jesteś idiotą i nie potrafisz tego dostrzec! Może czas, żebyś przejrzał na oczy, Jaydenie Easay i wziął się za siebie?! – wrzasnęła mi prosto w twarz, wyraźnie wytrącona z równowagi.
Znów wprowadziła mnie w skrajność. Potwór we mnie zaczął się przeciągać z lubością węsząc nową aferę. A ja już nad sobą nie panowałem. Pchnąłem ją na ścianę i przytrzymałem za ręce.
- Odszczekaj to suko! – warknąłem, zniżając niebezpiecznie głos. Nie dałem się nabrać na sztuczkę kopania w krocze. Przechwyciłem nogami jej kolano i przytrzymałem, wpatrując się w jej oczy z nienawiścią.
- Za nic – prychnęła. – Nic mi nie zrobisz.
- Tak? Tak sądzisz? A jak myślisz, czemu tak o mnie mówią? Gdzie byłaś, gdy upiększyłem trochę Trzynaka? Widziałaś, jak celowałem w ciebie nożem. Nie boisz się? Nadal? Mam go przy sobie. Wystarczy jeden ruch, żeby podciąć twoje pierdolone żyły! Jeden kurwa ruch, żebyś nie pisnęła o mnie już żadnego niemiłego słowa, suko!
- Nie odważysz się – powiedziała. W jej głos wkradło się przerażenie. Nie wierzyła w własne słowa. Uśmiechnąłem się drwiąco, znów czując od niej ten bezbrzeżny smutek i ani grama pewności siebie.
- Chcesz się przekonać? – spytałem, cedząc każde słowo. Spuściła wzrok i już wiedziałem, że wygrałem. Jednak czym był ten chwilowy triumf, gdy do mojej głowy wkradło się szaleństwo. Zawładnęło całym mną. Mogłem jej coś zrobić. CHCIAŁEM jej coś zrobić. Tak mnie kusi... jeden ruch, jedno drgnienie mięśni, a nie będzie już mi zawadzać.
- Puść mnie – szepnęła, ledwo słyszalnie.
Zebrałem się w sobie i rozluźniłem uścisk. Gdyby była przy mnie jeszcze chwilę, z pewnością bym jej coś zrobił.
- Czemu próbujesz wszystkich przekonać do tego, że jesteś chory umysłowo? – spytała, kiedy odeszła już na bezpieczną odległość. Patrzyła na mnie oczami pełnymi urazy, a jej głos był przesączony rozczarowaniem.
- Nie próbuję... – warknąłem.

- Ja w to nie wierzę – powiedziała, wtrącając się w moje słowa. – Jesteś po prostu zagubiony, nie psychiczny. 

~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~

Kto polubił bezimienną? c:
Ciekawa jestem czy ktoś ma jakieś koncepcje do czego to wszystko zmierza :D
A jeśli tak, to mogłybyście się podzielić, zachłannice, chętnie je poznam ;>
Następny w niedzielę/poniedziałek. c;

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Kartka 10 cz 1

Nie wiem, co za frajer rozpuścił plotkę, ale miałem już wszystkiego dość. Mówiąc wszystkiego, chodziło mi o te chichoczące dziewczyny na korytarzach, posyłające mi kpiące uśmiechy, a także jakiegoś idiotę, który jak tylko mnie zobaczył to wyciągnął ręce do góry i wydarł się na cały korytarz:
- Nie dźgnij mnie nożem! Mam żonę i dzieci! – zrobił takie zamieszanie, że wszyscy zaczęli się nam przyglądać ciekawie. Poprawka, wszyscy zaczęli MI się przyglądać i oczywiście ci, którzy o całej sprawie dotychczas nie mieli pojęcia, zostali grzecznie poinformowani przez całą resztę.
Ten chłopak dopełnił wszystkiego. Cała złość, która przez te dni gotowała się we mnie bez przerwy, teraz zaczęła pienić się i wylewać na zewnątrz.
Powoli, jakbym się nie spieszył, zmieniłem kierunek drogi i podszedłem spokojnie do gościa. Patrzył na mnie z pewną dozą ciekawości, unosząc do góry brwi. Był pewny siebie. Ten frajer myślał, że nie odważę się mu czegoś zrobić. Zabawne.
- Na twoim miejscu bym lepiej uważał. Wychylanie się raczej nie jest dobrym pomysłem, żeby uniknąć... psychopaty – ostatnie słowo wypowiedziałem z kpiną. Frajer chyba się zmieszał, bo na jego czole przez chwilę ukazała się pojedyncza bruzda.
- Grozisz mi? – warknął. Zachowywał się jakbym był niższą warstwą społeczną od niego. Zmierzył mnie spojrzeniem i zadarł głowę, usilnie próbując wyglądać na wyższego. To głupie, koleś był niedojebany.
- Dopuszczam taką opcję – odparłem. Scyzoryk w mojej kieszeni spodni zaczął mi niebezpiecznie ciążyć. Nigdy się z nim nie rozstawałem, ot tak dla bezpieczeństwa. Nie chciałem powtarzać sytuacji sprzed paru lat. Przezorny zawsze ubezpieczony.
- Jeśli ze mną zadrzesz, rozpierdolę cię na kawałki – wycedził chłopak.
- Taak? A to ciekawe jak. Zaczniesz płakać, żebym tylko nie użył noża? – świetnie się bawiłem przy tej wymianie zdań. Pomimo wciąż narastającej frustracji ogarnął mnie stoicki spokój. Szczerze? Cisza przed burzą. Coraz mniejszą kontrolę miałem nad własnym umysłem i ciałem. Jednak nadal perfekcyjny refleks.
Frajer zamachnął się by strzelić mi z pięści. Uchyliłem głowy i zablokowałem jego rękę. Na moją twarz wstąpił kpiący uśmieszek. Chyba się zorientował, że jeśli teraz odpuści, zrobi z siebie kompletne pośmiewisko. W oczach błysnęło mu szaleństwo. Chrońcie ludzi głupich, nie wiedzą na co się porywają.
Wymierzył kolejny cios i tym razem musnął dolną część mojej szczęki. Ktoś zaczął mu dopingować, wokół nas zacieśniło się koło i rozgorzała wrzawa.
Postanowiłem się mu odpłacić. W środku mnie z głośnym rykiem obudziło się coś, nad czym nie miałem kontroli. To coś czuwało przez parę ładnych lat, a powrót do Polski był jak obudzenie uśpionego potwora. Było jego powrotem. Powrotem szaleństwa.
Moja pięść poszła w ruch i poczułem lekki ból, gdy z całą siłą naparła na łeb pyskatego frajera. Nie dając mu szansy na kiwnięcie choćby palcem wymierzyłem kolejny cios. Ktoś się dołączył i próbował mnie zajść od tyłu, ale kierując się intuicją, uchyliłem głowę w porę.
Rozgorzała walka i coraz więcej ludzi wkoło zaczęło się niepokoić. Może i wyglądało poważnie, ale dla mnie to był taniec. Ile razy wyobrażałem sobie, jak odpłacam się tym chłopcom. Ile razy moja pięść smagała worek treningowy, gdy przed oczami miałem ciemność, a w uszach rozbrzmiewał ich śmiech. Ile razy przychodziłem na boks tylko po to, by zaprawić się do walki na wszelki wypadek. No ile? Wystarczająco.
Ktoś odciągnął atakujących mnie od tyłu osobników. Frajer, który wywołał całą aferę pozbierał się w sobie i z impetem kopnął mnie w brzuch. Nie, już nie opadnę na posadzkę. Nie dam się pokonać. Nie, nie, nie.
Chociaż z moich płuc wydostało się całe powietrze, wciąż potrafiłem trzeźwo myśleć. Rąbnąłem gościa glanem w czułe miejsce i doprawiłem wszystko ciosem wycelowanym w nos. Już podnosiłem by oddać kolejne uderzenie, kiedy czyjaś silna ręka chwyciła za mój nadgarstek i odwróciła w swoim kierunku.
Przede mną stał rozwścieczony nauczyciel wf-u. Jego twarz cała poczerwieniała, a na szyi widać było wyraźnie wszystkie żyły.
Już myślałem, że mnie walnie, raczej by mnie to nie zdziwiło. Zamiast tego wydarł się, rozrzucając dookoła kropelki śliny.
- Jesteś z siebie zadowolony ty mały skurwielu?! Na co się gapicie cholerne dzieciaki?! Ogłuchliście wszyscy?! Dzwonek był do kurwy, na lekcje wy małe, zasrane dziwolągi!
Ktoś się zaśmiał, inny rzucił jakiś tekst, ale większość po prostu zaczęła się rozchodzić. Tylko obolały frajer, który wkopał mnie w to gówno, jęczał z bólu, kuląc się na podłodze. Krew z nosa płynęła mu obficie po twarzy, ale obiema rękami obejmował się za krocze, stękając coś o skurwysynie. To pewnie o mnie.
Przez chwilę poczułem dziwną satysfakcję, patrząc na jego ból. Nagle uśmiech zszedł mi z twarzy, a w oczach mi pociemniało. Teraz leżałem tam siedmioletni ja, pobity przez paru starszych chłopców. Cały obolały, niezdolny do najmniejszego ruchu. To byłem ja, a za razem ten frajer. Ja i on. On i ja. To on, czy to ja?
Wszystko zlało się w jedność. Wspomnienia i teraźniejszość.
Mógłbym tak stać tam godzinami, patrząc z przerażeniem na zwijającego się z bólu chłopaka. Gdyby nie wkurzony wuefista. Pociągnął mnie przez korytarz, cały czas prawiąc głośne morały i co drugie słowo dorzucając jakiś wymyślny epitet.
Poczułem jak odpływam, jak pogrążam się w szaleństwie. Jak mogłem?! Co ja kurwa zrobiłem? Jestem teraz taki jak on? Co się ze mną dzieje. Kurwa mać!
Chciałem wrzeszczeć, szarpać się za włosy. Chciałem wziąć kij i rozwalić wszystko. Była tylko wszechogarniająca wściekłość. Tylko wściekłość i ogromny ból, jakby zamiast krwi w moich żyłach był płynny ogień. Powoli tłoczył się do serca, które pod jego wpływem przybierało czarną, smolistą barwę. Rozsypywało się powoli, boleśnie.
Jayden?
Jayden?
Wszystko będzie dobrze. Jayden?
Natłok głosów. Wciąż do mnie szeptały. Każdy był inny. Niektóre rozpoznawałem, innych nie. Zlewały się w jedno i szeptały, śmiały się, rozmawiały. I każdy rozbrzmiewał w mojej głowie jak w pustej, ogromnej sali.
Jayden?
Co ty zrobiłeś, Jayden?
Co się z tobą dzieje?
Idiota, idiota!
Jesteś taki sam jak oni, Jayden.
„Zostawcie mnie. Zostawcie! – wrzeszczałem w duchu, chcąc w końcu usłyszeć tą błogą ciszę, która mogłaby otulić mnie ramionami i zabrać już na zawsze. Tylko ciszę! – To mój umysł! Zostawcie mnie!”
No siemasz, artysto.
Jak ci się podoba twoja nagroda, frajerze?
Frajerze. Frajerze. Frajerze.
Hahaha. Frajerze.
- Co się stało? – jakby przez ogromną barierę doszły mnie dźwięki ze świata realnego. Realnego? Haha! A co tu jest realne? Może tamto, to wyobraźnia, a te, które szepczą nieustannie są prawdziwe? One na pewno są prawdziwe!
- Wywołał bójkę.
Bójkę? Jaką bójkę?
Nie! To oni wywołali bójkę!
To oni go bili!
Go? Kogo?
Tego skulonego chłopaka na podłodze z krwią na twarzy sączącą się z nosa!
To ty! To Jayden!
Nie! To oni! To przeszłość! Ona wraca!
„Zostawcie mnie!” – powtarzałem te słowa jak mantrę. Gdzieś w oddali usłyszałem śmiech Bianci. W zakątku mojej głowy, lub w realnym śmiecie, śmiała się dźwięcznie. Szczerze.
Bianca. Gdzie jesteś, Bianco?
Ten śmiech narastał mi w uszach i wypełniał całe ciało. Poczułem jak napięcie stopniowo znika, a głosy zaczynają cichnąć. Przypływ paniki zniknął, był tylko ten melodyjny dźwięk. Dźwięk mojej psychicznej wolności.
A później zapadła cisza i otworzyłem oczy. Kiedy je zamknąłem?
Znajdowałem się w gabinecie dyrektorki, a trzy spojrzenia wpatrywały się we mnie ze skupieniem. Kiedy tu się pojawiła psycholog? Patrzyła na mnie uważnie, śledząc najwyraźniej każdy mój ruch. Co zrobiłem? Czy pokazałem po sobie jakie piekło przeżywam wewnątrz? Czy chodzi tylko o sprawę tego chłopaka?
Odchrząknąłem, bo cisza zaczęła mi ciążyć. Tak, ta sama cisza, o którą przed chwilą błagałem w moim umyśle. A może mówiłem wtedy głośno? A może i oni słyszeli te dziwne dźwięki? Nie, nie wyglądali na przerażonych, czy chociażby zdziwionych.
- Easay, byłeś kiedyś u lekarza?
- Co? – wydukałem zdziwiony. Psycholog patrzyła na mnie uporczywie.
- Takiego... umysłowego lekarza.
O kurwa. Nie. Byłem i nie chcę więcej. Już nigdy. Nie chcę tam wracać. Nie chcę wracać do długich korytarzy. Nie chcę wracać do ludzi w białych kitlach. Nie chcę słyszeć w nocy czyjegoś zawodzenia. Nie chcę po raz kolejny patrzeć, jak przywiązują kogoś pasami do łóżka. Nie chcę czuć zastrzyków. Nie chcę patrzeć na te sztuczne uśmiechy. Nie chcę słyszeć diagnoz lekarza o rzekomym ozdrowieniu, gdy po głowie wciąż tłuką mi się głosy. Nie chcę znowu zostać ubrany w kaftan. Nie chcę znów trafić do tego pokoju obłożonego poduszkami. Nie chcę! Nie, nie, nie, nie! Nie pozwólcie mi tam wrócić! Nie pozwólcie! NIE!
- Ma to jakieś znaczenie? – powiedziałem spokojnym głosem. Na zewnątrz wciąż trwałem nieruchomo, odwzajemniając uporczywe spojrzenie psycholożki.
Ta wstrętna baba uparła się na mnie od tamtego feralnego wypadku pod salą teatralną. Minęły cztery, koszmarne dni, podczas których znosiłem dogryzania i chichoty. Znosiłem ciągłe, czujne spojrzenia psycholożki na korytarzach. Nic mi nie jest. Nic nie wraca, spokojnie. To tylko stres minionymi dniami. Tak! Tak sądzę.
- Przecież jestem normalny – dodałem jeszcze, a w moich oczach pojawił się złowrogi błysk. JESTEM normalny, nie patrz tak na mnie.
- Panie Easay, normalni ludzie nie rzucają się na kolegów na korytarzu z pięściami. Pan Trzynak jest pod obserwacją pielęgniarki, ale ma złamany nos i obolałe... narządy – włączyła się do rozmowy dyrektorka. Patrzyła na mnie chłodnym wzrokiem, siedząc w swoim ogromnym fotelu, który był z dwa razy od niej większy. Była to kobieta, która wyglądem nie mogłaby zyskać respektu, jednak jej ostry charakter gasił nawet największego rozrabiakę. Biła od niej aura władzy i spokoju, jakby panowała nad każdą, najmniejszą sytuacją. Nie była pobłażliwa, nie ona, chociaż łasa na kasę. Widać to było na pierwszy rzut oka. Szczyciła się markowymi ubraniami, które w żadnym wypadku nie mogły być kupione w jakiejś sieciówce. Na szyi zwisał jej naszyjnik wykładany najpewniej drogocennymi kamieniami. W każdym razie świecił się jakoś tak... bogato.
- To on zaczął – warknąłem, czując się dziecinnie wypowiadając te słowa. Tym razem jednak powstrzymałem falę wspomnień, które już cisnęły się do mojego umysłu. Wiedziałem co tam zobaczę. Siebie, całego usmarowanego czekoladą i Biancę w lodach porzeczkowych, oboje stojących naprzeciwko matki i wrzeszczących co sił, że to wina tego drugiego. Wieczór, tuż przed pobiciem.
- Nie obchodzi mnie kto zaczął, Easay, ale kto miał w tym największy udział – powiedziała spokojnie kobieta. – Mogłabym cię za to wyrzucić.
O tak! Poproszę!
- Jednak nie zrobię tego.

Kurwa mać!

~~~~~~~~***~~~~~~~~

A Jayden jak zawsze w tarapatach...
W końcu odkryłam takie coś jak udostępnianie internetu z telefonu do komputera ;-;
Kolejna kartka jeszcze w tym tygodniu i niestety(?) znów z perspektywy Jaydena ;D
Indżoj c:

środa, 1 stycznia 2014

Kartka 9

       Dla Jaydena najbliższy czas nie zapowiadał się przyjemnie. Rozeszła się plotka o jego chwilowej słabości psychicznej. Gdyby to była sama prawda... jednak ktoś mocno tu dopowiedział. Jay dostał świra i warczał na wszystkich wkoło gorzej niż normalnie.
        Aż nie mogłam się doczekać, kiedy to wszystko minie.
        Właśnie trwała nudna, teoretyczna lekcja fotografii. Wpatrywałam się uporczywie w okno, a moje myśli błądziły od najniższych kondygnacji budynku, aż po internat, w którym najprawdopodobniej siedział teraz Jayden.
        Piotrek uwziął się na rozwiązanie zagadki Cieni, które z kolei uczepiły się mnie. Dodatkowo zdecydowałam, że jeśli już mamy robić coś z tą sprawą, to działamy razem. Tu koło się zamykało. Wplątaliśmy się w niezłe bagno.
        O ile dobrze to wszystko sobie poukładałam w głowie,  to zostało mi niewiele życia. Za pewien czas po prostu rozedrą mnie na strzępy. Dość ciekawa perspektywa: jeśli rozrzucą moje szczątki po całym świecie, to w końcu będę mogła go zwiedzić! A ja głupia obawiałam się, że nie zdążę tego zrobić przed śmiercią! Tymczasem to właśnie ona rozwiązuje sprawę. Zabawne.
         Z tych jakże optymistycznych rozmyślań wyrwało mnie gwałtowne szturchnięcie w ramię. Zdezorientowana poderwałam głowę w górę i zerknęłam na osobę, która wzbudziła mnie z transu.
        - Pracujemy razem - rzuciła dziewczyna. Miała długie, czarne włosy starannie splecione w kłosa i smukłą twarz pokrytą ostrym makijażem. Na dodatek w tak chłodny dzień założyła kusy top, ściśle przylegający do jej piersi i krótkie spodenki nałożone na leginsy. Już mi się cisnęły na usta niecenzuralne epitety, jednak szybko się upomniałam. Od wytykania i ubliżania był Jayden, nie ja.
        - Co? - wydusiłam z siebie, bo nie bardzo wiedziałam o co chodzi. Zerknęłam na Piotrka siedzącego w drugiej ławce od ściany. Trafił na piękną Alicję, która uśmiechała się bez przerwy i wykonywała przydzielone jej zadania bez mrugnięcia okiem. Trafiła tu przez stypendium. Wymieniłam z nią kilka zdań i wtedy nawet przypadła mi do gustu. Tylko, że teraz była zołzą. Nawet wyglądała na zołzę, gdy tak się szczerzyła do Piotrka...
        Nawet nie zauważyłam, kiedy zacisnęłam rękę na długopisie. Szczęknął cicho, zwracając na siebie moją uwagę.
        - Boczek nas przydzielił. Halo, może zaczęłabyś uważać?  - warknęła władczym tonem, machając mi ręką przed oczami.
        - Przecież uważam. Zabierz tą łapę sprzed mojej twarzy! - zaatakowałam. Jednak nadal nie patrzyłam na partnerkę. Wlepiałam spojrzenie w Alicję, na którą miałam widok ponad ramieniem czarnowłosej. Co za suka. Brzydka, gruba i głupia. A on? On jest ślepy. Czemu wpatruje się w nią jak w obrazek?
        - Czy mi się wydaje, czy jesteś tak samo porąbana, jak twój brat? - prychnęła dziewczyna.
        - Skończ z tym. To co robimy?
        - Kolaż.
        - Kolaż?
        - Jesteś głucha, czy upośledzona? - warknęła. - Tak, kolaż, a ściślej mówiąc o książkach. Mamy wprowadzić tą zasadę z lekcji.
        Już nie chciałam pytać o jaką regułę chodzi. Wyszłabym na idiotkę, jednak nie miałam najmniejszego pojęcia o czym była miniona lekcja. Jeszcze raz zerknęłam na Piotrka, który ucinał sobie wesołą pogawędkę z Alicją. Wypuściłam głośno powietrze z płuc.
        - A do kiedy? - spytałam mimowolnie, wciąż patrząc na parkę.
        - Cholera, czy ja mam ci wszystko tłumaczyć? Na za tydzień. W weekend musimy jechać do biblioteki, żeby zrobić cholerne zdjęcia. W razie komplikacji skontaktuj się ze mną, jak już odzyskasz kontakt z rzeczywistością - wkurzyła się i wstała. Zauważyłam, że większość uczestników lekcji zdążyła już wyjść.
        Nie chciałam czekać, aż Piotrek skończy pogawędkę. Mdliło mnie od tych uśmiechów, które sobie posyłali. Konwersacja pochłonęła ich do reszty, a w klasie nie został nikt prócz nas i krzątającego się Boczka. Chwilę obserwowałam poczynania tego tęgiego mężczyzny o twarzy dziecka, po czym bez słowa podniosłam się i wyszłam.
        Mimo nalegań Piotrka na unikanie samotnych przechadzek, nie byłam w stanie na niego czekać, patrząc przy tym na ich roześmiane twarze.
        "Nie bądź zazdrosna, Bianco. Naiwna!" - śmiał się ze mnie mój własny umysł.
       - Nie jestem - burknęłam niezadowolona. Brawo, Bianco, konwersacja z samą sobą?
        Byłam już przy internacie, kiedy usłyszałam za sobą krzyk:
        - Bianca! Miałaś zaczekać!
        - Zapomniałam - mruknęłam niechętnie, kiedy Piotrek w końcu się ze mną zrównał.
        - Pewnie. Wszystko w porządku?
        - W jak najlepszym - odparłam niezupełnie zgodnie z prawdą. Musiałam pogadać z Arią i to natychmiast.
        Byliśmy już pod moim pokojem, kiedy Piotrek przerwał zalęgłą ciszę.
        - Może wybrałabyś się z nami w sobotę do miasta? - spytał. Podniosłam na niego wzrok i uśmiechnęłam się lekko.
        - Nami?
        - Mną i Alicją - uśmiech natychmiast zrzedł, a ja pokręciłam głową.
        - Mam plany - cholerna Alicja! - Sophie przyjeżdża.
        - W takim razie za tydzień?
        - Może - mruknęłam, szukając w głowie jakiejś konkretnej wymówki.
        - Powinniśmy całą czwórką zrobić ognisko. Co ty na to?
        - Dobry pomysł - w moim głosie pojawiło się odrobinę więcej entuzjazmu. Wymieniliśmy uśmiechy i otworzyłam drzwi od pokoju.
        Zatrzasnęły się za mną z hukiem. Rzuciłam torbę na łóżko i opadłam na nie bezwładnie.
        - Stało się coś? - spytała zdziwiona Aria.
        - Cholerna Alicja.


*********

Kolejny rozdział opowiada Jayden.
Najprawdopodobniej 6 stycznia, bo nie mam internetu i korzystam z telefonu ;-;



środa, 18 grudnia 2013

Kartka 5

Jayden spękał. Oczywiście, nie przyznał się do tego, ale ja to widziałam. Po tym, jak Piotrek zaproponował, abyśmy poszli wszyscy razem w oczach Jaydena pojawiło się coś, czego nie było tam od paru lat.

Przypomniałam sobie tego małego chłopca biegnącego do domu w pewien słoneczny, lipcowy dzień. Łzy spływały mu po policzkach, rozbiegane oczy błyszczały paniką, a przyspieszony oddech dobitnie świadczył o długim biegu.

Wiedziałam, że miał to samo przed oczami, domyśliłam się po jego wyrazie twarzy.

Bał się.

Jayden Easay po dziewięciu latach duszenia wspomnień w sobie, po prostu się bał.

- Spoko, nie musi iść – odparłam, bardziej do Jaydena, niż do Piotrka, czy Arii. Bliźniak patrzył na mnie przez chwilę, starając się uspokoić.

- Mam trochę do zrobienia – powiedział. Znów przybrał maskę, a ja zmarszczyłam brwi w geście zamyślenia. – Poza tym nie jara mnie włóczenie się po piwnicach, jak jakiś menel.

- Pękasz – prychnęła Aria.

- Jak ty – podsunęłam z wesołym uśmiechem.

- Ja po prostu nie... – rozejrzała się po pozostałych i posłała mi smutne spojrzenie. – Proszę, nie każ mi iść. Jak wrócisz to pogadamy.

Zmarszczyłam brwi i skinęłam z wahaniem głową. Coś tu nie grało. O ile zachowanie Jaydena mnie nie dziwiło, o tyle brak odwagi Arii pozostawiał wiele do myślenia.

- Pogadamy później, Jay – rzuciłam na odchodnym, trzymając rękę na klamce.

- Po chuj – warknął, przepychając się koło mnie i wychodząc na korytarz. – Nie potrzebuję pieprzonej niańki. Możesz się wypchać.

- Nie wpakuj się w kłopoty – dodałam jeszcze, uśmiechając się sama do siebie.

- Moją matką, kurwa, jesteś?

- Ja ciebie też, Jay! – odwróciłam się i ruszyłam razem z Piotrkiem w stronę schodów.

- Pierdol się – warknął naburmuszony Jayden.

~***~

Aż do momentu wejścia do budynku, rozmawialiśmy praktycznie o wszystkim. O szkole, rodzinie, wspomnieniach i marzeniach. Śmialiśmy się jak gdyby nigdy nic.

Jednak w momencie, w którym uchyliłam drzwi od szkoły, nastała między nami dojmująca cisza. Otaczała nas z każdej strony i otulała chłodnym całunem. Ani nas nie jednoczyła, ani nie dzieliła, jak to zwykle cisze mają w mniemaniu. Ta mroziła krew w żyłach.

Bałam się tego, co może się powtórzyć, bałam się znów poczuć zimny oddech na karku, bałam się znów ujrzeć to dziwne światło, wypływające jakby ze ścian. Jednak najbardziej bałam się, że nic się nie stanie i stwierdzą zgodnie, że zwariowałam. Chyba, że rzeczywiście zwariowałam i powinnam trafić do psychiatryka. Albo to wszystko działo się w mojej nadpobudliwej wyobraźni i nic takiego w rzeczywistości nie miało miejsca.

Zwątpiłam nagle w swoją rację. Zawahałam się przy drzwiach prowadzących do piwnicy. Powinnam tam wchodzić? Może po prostu jestem rąbnięta?

Nagle poczułam na ramieniu ciepłą dłoń Piotrka. Klepnął mnie lekko. Odwróciłam głowę i napotkałam uśmiech pełen otuchy.

- Jeśli nic się nie wydarzy i tak im powiemy, że coś się stało – poinformował mnie szeptem.

- Dzięki, ale nie będziemy kłamać – odszepnęłam. Dziwnie się czułam, zakłócając ciszę otaczającą nas z każdej strony. Gdzieś w górnych kondygnacjach budynku grała muzyka, prawdopodobnie pianino.

„Jayden by nie wytrzymał” – przemknęło mi przez myśl. Dlaczego? Co się wtedy takiego stało, że jako siedmioletnie dziecko biegł z zawrotną prędkością do domu. Co się stało, że Jayden był tak śmiertelnie przerażony?

Nie pamiętałam. Nie znałam całości wydarzenia, kiedyś tylko podsłuchiwałam jak o tym mówili. Jednak przed oczami teraz stale miałam ten jeden obraz. Uciekający, przerażony Jay.

Nacisnęłam klamkę i drzwi odpuściły ze zgrzytem. Wślizgnęłam się do środka i czując, jak mocno bije mi serce, przesunęłam się przy ścianie w lewą stronę. Gdzie jest kontakt?

Ciemność wydawała mi się nie mieć końca, gdy tak przesuwałam ręką po ścianie. Miałam wrażenie, że w każdej chwili coś, co czai się na mnie, wyskoczy i wbije pazury w moją kościstą rękę. Później mnie rozszarpie, a ostatnie, co będę widziała w życiu, to ogromne, żółte ślepia, w których błyszczała furia. Oh nie, błagam, nie chcę tak umierać!

Jak na życzenie, w całym korytarzu lampy zapaliły się, rzucając wkoło mdły blask. Odetchnęłam z ulgą.

Co się dzieje! Od kiedy ja boję się ciemności?

Uciekający, przerażony Jay.

- Wszystko dobrze? – spytał Piotrek, patrząc na mnie z zaciekawieniem.

- Dobrze – jęknęłam, odsuwając się od ściany. Zwolnij, serce, zaraz wyrwiesz mi się z klatki! Oh, jakie beznadziejne uczucie.

Ruszyliśmy korytarzem ramię w ramię, rozglądając się na boki. Nasze kroki dudniły w tym zacisznym miejscu, a każdy oddech przypominał sapanie dzikiego zwierzęcia.

„Opanuj się, Bianca! Od kiedy boisz się ciemności?!” – zganiłam się w duchu i znowu przed moimi oczami pojawił się obraz przerażonego Jaydena.

„To on ma traumę psychiczną, nie ja – pomyślałam. – Jest źle, gadam sama do siebie.”

Przystanęliśmy dopiero przed drzwiami, przez które zaglądnęłam niemalże tydzień temu. W końcu odnalazłam w sobie spokój, a mój oddech przestał przypominać sapanie wykończonego maratończyka. Potarłam gorące czoło ręką i zerknęłam na Piotrka.

- Wejdziemy? – spytał, patrząc na mnie z troską. Chyba wyglądałam jak przerażona dziewczynka. Poprawiłam włosy, które wpadły mi na twarz i uśmiechnęłam się lekko do chłopaka.

- Po to tu jesteśmy – odparłam pewnym głosem, chociaż w środku już nie byłam taka odważna. Co się ze mną dzieje? Czemu się tak trzęsę?!

Piotrek uchylił drzwi i zaglądnął do środka. Chwilę tak stał, po czym odwrócił głowę do mnie.

- Wiesz, ta zielona poświata z reguły występuje, jak jest silne stężenie napromieniowania – oświadczył wolno, patrząc mi prosto w oczy.

- Napromieniowania – powtórzyłam głucho, patrząc tępo w przestrzeń. – Myślisz, że szkoła jest napromieniowana?

Piotrek wahał się chwilę, po czym pokręcił głową. Otworzył drzwi na szerokość ramienia i po raz drugi zaglądnął do środka. Staliśmy chwilę w bezruchu, wstrzymałam nawet powietrze, sama nie wiem czemu. Jednak Piotrek nie drgnął, najwyraźniej nic nie poczuł na karku, tak jak ja wtedy.

- Muszę się rozejrzeć – oświadczył. Otworzył drzwi na maksymalną szerokość i postąpił dwa kroki do przodu. Powiódł wzrokiem po pomieszczeniu i rzucił mi krótkie spojrzenie. Weszłam za nim. Nawet, gdyby drzwi zamknęły się i uwięziły nas w środku, wolałabym być razem z nim, niż oddzielnie.

Zaczął przechadzać się po pustym pokoju, mijając raz po raz drzwi wyglądające, jakby były zrobione z metalu. Przyglądałam im się dłuższą chwilę. Przyciągały mój wzrok jak magnes.

Podeszłam do nich. Stojąc na palcach zaglądnęłam w wizjer. Słyszałam swój świszczący oddech i odruchowo położyłam dłoń na karku.

- Co robisz?

Patrzyłam na środek pomieszczenia za drzwiami. Ono także wydawało się wprost mienić zielenią, jakby jaśniejszą i mniej mętną niż to, w którym się znajdowaliśmy. Nie było widać zbyt dużo. Tylko jakiś komputer stojący na ogromnym stole pośrodku pokoju.

Przeciwna ściana była cała okratowana. Jak w więzieniu. Wytężyłam wzrok, próbując coś wyłapać. Przez chwilę wydawało mi się, że ciemność w jednym miejscu jest jakby bardziej skupiona, niż w pozostałych. Chyba odniosłam mylne wrażenie.

- Bianca... – odezwał się nagle Piotrek, przerywając ciszę. Nie odpowiedziałam, całą swoją uwagę poświęcając ciemnej plamie za kratami. Chyba się poruszyła. Tak, z pewnością!

Teraz już było widać to wyraźniej. Ciemność wydawała się „odrywać” od krat i wkraczać w „zielony” pokój. Ale jak... jakim cudem? To chyba jakieś złudzenie optyczne.

Czułam, jak zaczyna napływać strach, a na moim ciele pojawia się gęsia skórka. Nie oderwałam jednak wzroku od wizjera. Usłyszałam za sobą ciche kroki zbliżającego się Piotrka. Zaszeleścił jakiś materiał. Zarejestrowałam to odruchowo, nawet się na tym nie skupiając.

Ciemny kształt w pokoju obok nadal próbował się wydostać. Wydawało się, że coś go trzyma i nie pozwala na wyjście. Czyżby to było to zielone światło? Odbijało się od niego, jakby popychając go w tył.

Go. O czym ja w ogóle myślę! Jakie kształty, jaka ciemność? Serio postradałam zmysły!

Jednak nie oderwałam wzroku.

- Bianca... – syknął znów Piotrek. Jego głos wydawał się odległy, chociaż zabrzmiał głośniej niż wcześniej. Patrzyłam, jak ciemna masa w wizjerze nieruchomieje na chwilę, po czym zaczyna się... „odrywać” z większą zażartością.

Teraz byłam stuprocentowo pewna. Widziałam to! Naprawdę to widziałam! To nie są żadne halucynacje! No właśnie... tylko CO to jest, co ja widzę?

Znów rozległy się kroki i poczułam dłoń na ramieniu.

Co za frajer! Czy nie widzi, że coś robię? Niech mi nie przeszkadza.

- Przestań na mnie chuchać, idioto – zirytowałam się, nadal nie odrywając wzroku od wizjera. Nie mogłam, nie potrafiłam. Patrzyłam jak ciemna masa pomału uwalnia się zza krat, a zielone światło stopniowo przygasa, ustępując miejsca ciemności.

- Wiesz... stoję po drugiej stronie pomieszczenia – mruknął Piotrek.

Wszystkie włoski na karku stanęły mi dęba, kiedy znów poczułam zimny oddech. Miejsce, w którym moje ciało stykało się z nieznaną masą, paliło żywcem. Odwróciłam głowę i niepewnie zerknęłam w tył. Nic nie było. Tylko Piotrek parę kroków ode mnie. Patrzył się z przerażeniem w przestrzeń.

I nagle zdałam sobie sprawę, że jest ciemno. Potwornie ciemno. Zielona poświata zniknęła.  Nie tylko tu, ale i w wizjerze. Chciałam dotknąć ramienia, na którym coś ewidentnie leżało. Ręką natrafiłam na chropowatą, obślizgłą strukturę, której moje oczy nie dostrzegały.

Pomimo przerażającej sytuacji, gnana nieznaną ciekawością, znów spojrzałam w wizjer.

Nie, tam nie było ciemno. Po drugiej stronie było okrutnie czerwono, a na samym środku ziała pionowa, czarna szpara.

Wstrzymałam oddech, kiedy światło przysłoniła na chwilę ciemność, po czym znów się rozjaśniło. I
wtedy zrozumiałam. To było oko. Patrzyło na mnie drapieżnym spojrzeniem. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Stałam w miejscu sparaliżowana, chociaż chciałam biec. Chciałam wrzeszczeć, uciekać, płakać. Chciałam być gdziekolwiek, byleby nie tu.

- Chyba nie jesteśmy tutaj sami – szepnął do mnie Piotrek. Ta sarkastyczna część mnie chciała pogratulować mu odkrycia Ameryki. Jednak byłam zbyt przerażona, by coś z siebie wydusić. Mogłam tylko patrzeć w wizjer.


Tak, w istocie, nie jesteśmy tu sami.


~***~


Jeszcze jeden rozdział i wstawiam Kartkę z perspektywy Jaydena. 
Muszę wyjaśnić to i owo z jego przeszłości, co wpłynie na fabułę.
Błędy poprawię jeszcze jutro!
P.S. Angina to KOSZMAR :c

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Kartka 4 cz 2

No cóż... wstawiam. Starałam się, ale angina mnie zżera i raczej jest kiepsko :/
Patrzcie, fani Dramione, jakie cudeńko znalazłam *o*
P.S. mile widziana pomoc w znalezieniu błędów w tekście!

~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~

       Kiedy opowiedziałam o zdarzeniach z piwnicy Arii, ta wybuchła gromkim śmiechem.

       - Co ćpałaś, idiotko? - spytała targana konwulsjami radości. Opierała się o moje ramie, usilnie starając się nie wywrócić. Stałyśmy na placyku przed internatem, a mijające nas raz po raz osoby, przyglądały nam się podejrzliwie. Aria dopiero wysiadła z samochodu, a jej ojciec i brat właśnie wypakowywali bagaże.

       - Nie wierzysz mi?

       - Oszalałaś? Może powiedz mi jeszcze, że w tej szkole straszy, a po klasach wałęsają się duchy. W kanalizacji natomiast prześlizguje się bazyliszek i gada z nim bliznowaty chłopak. Ty... to może to jakieś wariatkowo? Albo przez omyłkę trafiłyśmy do Hogwartu... - dziewczyna postukała palcem po brodzie, udając głębokie zamyślenie. 

       - Możesz przestać? - sapnęłam zirytowana jej zachowaniem. - Chcesz przekonać się na własnej skórze?

       - Kusząca propozycja, ale nie.

       - Boisz się? To jednak mi wierzysz? - dałam jej kuksańca w bok. Niestety, nie było to przemyślane. Aria wciąż trzymała się na nogach tylko i wyłącznie dzięki podpieraniu się na moim ramieniu, a takie zaburzenie jej równowagi, oznaczało również i moje wywalenie się. 

       Nie, nie zrobiłyśmy z siebie idiotek, zrobiłyśmy z siebie psychiczne wariatki, gdy tak śmiejąc się i piszcząc, wylądowałyśmy na ziemi. Chwilę nam zajęło zebranie się w sobie i postawienie na nogi. 

       - Niezdary - prychnął głos nad nami. Uniosłam wzrok i napotkałam ciemne oczy chłopaka o potarganych, włosach.
      
       - Odezwał się koordynator ruchowy - odszczekała się Aria, poprawiając ramiączko bluzki. Piotrek uśmiechnął się tylko lekko i spojrzał na mnie.

       - Pewnie to ty jesteś tą słynną Biancą - odezwał się.

       - Słynną?

       - Arka śpiewa o tobie całymi dniami. Nie wiedziałem, że znalezienie nowej koleżanki jest takie ekscytujące...

       - Nie jestem Arka - burknęła Aria.

       - Wiesz, co... - zwróciłam się do przyjaciółki - on by się z Jaydenem dogadał.

       Wybuchłyśmy zgodnym śmiechem i zignorowawszy pytające spojrzenie Piotrka, ruszyłyśmy do internatu.

~~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~~~

       Pierwsze dni w nowej szkole okazały się dość mętne. Jayden miał rację, co do uczniów, większość z nich była nadętymi snobami. Można było to poznać z samego wyglądu. Markowe ubrania, idealnie ułożone włosy i władczość w spojrzeniu nad niższą klasą w hierarchii. 

       Irytujące. Jednak jeszcze bardziej wkurzające były zaczepki Jaydena.

        - Mówiłem, że tak będzie - powtarzał to za każdym razem, doprowadzając mnie do szału.

        - No mówiłeś i CO Z TEGO?! - wydarłam się na niego pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy w czwórkę w moim i Arii pokoju. Tak się stało, że zadawaliśmy się głównie sami ze sobą, chociaż nie zawsze, bo Jayden przeważnie nie szukał towarzystwa. Potrzebna mu była druga osoba tylko po to, by mógł ponarzekać.

        - To, że miałem pieprzoną rację wy cholerne kretynki - warknął. Siedział bezczelnie na moim łóżku, brudząc pościel ubłoconymi glanami. Wczoraj zerwał się deszcz i przemykanie pomiędzy budynkami stało się koszmarem. 

        - Zluzuj, Jay, nie musisz się o wszystko wkurzać - odparł Piotrek. Mylne miałam wrażenie, że chłopcy się dogadają. Nie doszli do porozumienia, tylko rzucili się na siebie z mordami i zaczęli drzeć, bo to - bo tamto. 

        Cóż, rok zapowiadał się niezwykle ciekawie.

        - Wybieramy się gdzieś w ten weekend? - spytała Aria. 

        - Ja tam bym popływał w morzu - oświadczył Piotrek - tak bardzo zimno, to jeszcze nie jest.

        - Mówcie sobie co chcecie, ale ja mam pieprzony teatr w cholerną sobotę - burkną Jayden. Jak jeden mąż huknęliśmy wesołym śmiechem. Poklepałam skrzywionego bliźniaka po ramieniu, próbując opanować tą wesołość.

        - Czyli pierwsze zajęcia talentu udane, co Jay? - spytałam, na co machnął tylko ręką.

        - Wy przynajmniej możecie zabrać ze sobą aparat do pieprzonego miasta, ale ja teatru nie wyniosę.

        - Nie bałeś się, Jay, mieć próby wieczorem? - spytała nagle Aria, rzucając mi złowrogi uśmieszek. Zmarszczyłam brwi, próbując dociec, o co jej chodzi.

        - Co w tym niby takiego strasznego?

        - No wiesz... Bianca sądzi, że budynek z zajęciami jest nawiedzony - odparła dziewczyna, bawiąc się końcówką swoich różowych włosów. 

        - Nawiedzony? Od kiedy wierzysz w duchy? - rzucił wielce zdziwiony Jayden.

        - Nie mówiłam, że nawiedzony - burknęłam, szukając choć w jeden twarzy wsparcia. Nie znalazłam. Wszystkie uśmiechały się kpiąco i przypatrywały mi z uwagą, jakbym była jakimś okazem w zoo.

        - Upiorne zielone światło i tajemnicze postacie chuchające na kark. Łoooo, zgroza! - Aria zarzuciła na głowę jedną ze swoich zielonych bluzek i wyciągnęła ręce do przodu, tworząc tym samym rzekomą imitację ducha. - Chrońcie dzieci i kobiety, pożrę wasze głoooowy! 

        W tym momencie drzwi od pokoju otworzyły się gwałtownie i do środka wkroczyły dwie blondynki. Chichotały w najlepsze, wyraźnie nie zdając sobie sprawy z tego, że wchodzą do czyjegoś pokoju bez pukania. 

        - Och - zreflektowała się jedna z nich - wybaczcie. Myślałyśmy, że to nasz pokój, ale żenada aż unosi się w powietrzu - skrzywiła się i zatkała nos, patrząc przy tym na wygłupiającą się Arię. 

        - Sorry, laski. To ja - odparł Jayden, kładą rękę na brzuchu. - Czasem tak jest, jak zjem za dużo.

        Dziewczyny skrzywiły się jeszcze bardziej. Obrzuciły całe towarzystwo władczym wzrokiem i wyszły, nawet nie zamykając za sobą drzwi.

        - Księżniczki - skwitowałam i przez całe dziesięć minut zanosiliśmy się wesołym śmiechem. Aria w końcu zdjęła z głowy bluzkę i przetarła łzy radości. Zamknęłam drzwi i poklepałam Jaydena po plecach, bo wyraźnie zaczął się krztusić z nadmiaru emocji.

        - Ktoś wie, kto to był? - spytałam, ale wszyscy pokręcili głowami. Piotrek otarł zaczerwienione policzki ręką i posłał mi cwaniacki uśmieszek.

        - Więc, co to były za potworki? Może czegoś się nażarłaś, albo popadasz w schizofrenie, co?

        - Dajcie mi z tym spokój - naburmuszyłam się. Nikt mnie nie zrozumiał. Chociaż, czy gdyby to Aria przyszła do mnie z taką rewelacją, to bym jej uwierzyła? Nie, raczej nie.

        - I gdzie to było? - spytał Piotrek. 

       - W budynku z zajęciami z talentów.

        - Pokażesz mi? - wstał.

piątek, 13 grudnia 2013

Kartka 4 cz 1

       Po południu byliśmy już na miejscu. Ojczym zatrzymał samochód przy bramie wjazdowej i obrzucił nas uważnym spojrzeniem.
     
       - Mam pracę za dwie godziny, dzieciaczki. Jestem w tyle z czasem, poradzicie sobie sami, co?

       - Damy radę! - odparłam entuzjastycznie, uśmiechając się ciepło. Jayden mruknął coś bliżej niezrozumiałego i po prostu wyszedł. Ojczym obrzucił go smutnym spojrzeniem i po chwili przerzucił je na mnie. - Nie martw się, on tak do każdego.

       - Tylko nie do ciebie - rzucił. Uśmiechnęliśmy się do siebie, a ja kiwnęłam lekko głową.

       - Prawda, tylko nie do mnie. Do zobaczenia, Adrian - pożegnałam się szybko i wyszłam na zewnątrz.

       Jayden właśnie mocował się z walizkami tkwiącymi w bagażniku. Pojedynczy chłopak obrzucił nas uważnym spojrzeniem, po czym taskając własny bagaż otworzył skrzydło bramy i przemknął na teren szkoły.

       - Pospiesz się - rzuciłam krótko, kręcąc głową na wszystkie strony. Jednak nic nie wskazywało na to, aby w najbliższym czasie ktoś miał wjechać na podjazd obok nas.

       - Może byś mi pomogła, zamiast dyrygować, co? - warknął zezłoszczony Jayden.

       - Podobno to facet jest silniejszy. Chyba, że jesteś babą, Jay...

       - Zamknij się, frajerko - burknął, zatrzaskując klapę bagażnika. Odciągnął walizki i patrzył obojętnie, jak samochód Kamieńskiego wycofuje się z podjazdu i odjeżdża. W chwili, gdy auto zniknęło za zakrętem, Jayden ruszył w stronę kompleksu szkolnego, ciągnąc za sobą swój bagaż.
     
       Zerknęłam na swoją walizkę, którą musiałam najwyraźniej sama się zaopiekować i westchnęłam niechętnie.

       "Może wróci" - pomyślałam. Sprawdziłam godzinę i z przykrością stwierdziłam, że do przyjazdu Arii zostało nieco ponad dwie godziny. Takie bezczynne siedzenie przez najbliższy czas nie zapowiadało się dla mnie optymistycznie. Musiałam, po prostu musiałam się ruszyć i obejrzeć chociaż połowę tego ogromnego kompleksu obsadzonego w większości w dworku należącym niegdyś do jakiegoś szlachcica.

       Zameldowałam się szybko i zaniosłam rzeczy do pokoju. Przy okazji chciałam odszukać Jaydena, ale zniknął gdzieś i musiałam zwiedzać na własną rękę. No cóż, najwyżej się zgubię, co w tym takiego strasznego.

       Na pierwszy ogień poszedł budynek, w którym mieścił się internat. Ot, niewyróżniający się niczym szczególnym. Za mało elegancki w porównaniu z głównym budynkiem i niezbyt oszałamiający wyglądem. Na pierwszy rzut oka widać było, że został dobudowany już po przejęciu terenu przez nowego właściciela.

       Pokręciłam się trochę, zajrzałam do stołówki, gdzie zrzędliwa kucharka pogoniła mnie ścierką i natknęłam się na dwie osoby. Byłam zbyt nieśmiała, aby z nimi porozmawiać, więc uśmiechnęłam się jedynie i poszłam dalej.

       W internacie nic nie znalazłam. Książki skłamały, że był to nawiedzony budynek. No cóż.

       Żeby tylko nie popełnić kolejnej takiej gafy, odszukałam budynek, który wyglądał na najbardziej naznaczony przez czas i zaglądnęłam do środka. Korytarze, sale. Kolejne miejsce nauki. Tym razem nie takiej zwykłej, a artystycznej. Tej, dla której większość przenosiła się do kampusu.

       Jak dotychczas nie odezwała się we mnie żadna dusza artysty. Śpiewałam raczej kiepsko, z tańcem szło mi nieszczególnie. Nie czułam rytmu gitary, ani klawiszy pianina. Na scenie piekłam dorodnego buraka i modliłam się o jak najszybszą ucieczkę. Dlatego też zapisana zostałam na jedyny "przedmiot", który nie narobiłby mi wstydu i upokorzenia. Na fotografię.

       Nie byłam do końca przekonana, czy wolno mi się tak włóczyć po szkolnych korytarzach. Dlatego zachowywałam się bardzo cicho i unikałam sprzątaczek, które krzątały się po salach. W końcu zagnało mnie do piwnic budynku.

       Szłam na ślepo, bojąc się zapalić światła. Czułam to radosne ukłucie napięcia, kiedy wszechogarniająca ciemność przynosiła wspomnienia wszystkich obejrzanych horrorów.  Rozglądałam się naokoło, śmiejąc się w duchu ze strachu, jaki wywoływał we mnie najcichszy dźwięk.

       W końcu stanęłam. Tak po prostu. Po mojej lewej stronie znajdowały się uchylone drzwi. Ze szpar pomiędzy framugą wydobywała się zielona poświata. Światełko wydawało się raz przygasać, to znowu przybierać na sile.

       Wiatr na zewnątrz przeszył wszystkie kondygnacje budynku na wylot, a stare deski zaskrzypiały ostrzegawczo.

       Wyciągnęłam rękę i niewiele myśląc, co robię, pchnęłam drzwi. Ustąpiły z ociąganiem, a zielona poświata zaświeciła się jakby jaśniej niż wcześniej. Przestała  mrugać.

       Wetknęłam głowę w powstałą szparę i rozglądnęłam się po pomieszczeniu. Kolorowe światło wydawało się sączyć ze ścian, a widoczne pyłki tańczyły leniwie w powietrzu. Nie dostrzegłam jednak niczego więcej. Po prostu pustą salę, którą wypełniała zielona poświata.

       Naparłam ciałem na drzwi, by uchyliły się jeszcze choć trochę. Nie ustąpiły. Natomiast na swojej szyi poczułam nagły chłód. Przeszył mnie dreszcz.

       Przez chwilę pomyślałam, że to przeciąg, jednak szybko odrzuciłam tę myśl. Coś ewidentnie stało za mną i sapało na mój kark. Gdy skupiłam się na dźwiękach, usłyszałam miarowe wdech i wydech i jakiś cichy szelest materiału. Wstrzymałam powietrze, zbyt przerażona, by wykonać jakąkolwiek czynność.

       Wdech. Wydech.

       A więc to tak zginę?

       Przeszył mnie lodowaty chłód i wrażenie ustało. Natomiast na schodach rozległy się kroki. Poderwałam głowę do góry, jednak było już za późno.

       Starsza kobieta z siwymi włosami spiętymi w ciasny kok wyłoniła się zza rogu. Kiedy tylko mnie spostrzegła, przystanęła na chwilę i zdziwiona patrzyła, jak pomału zaczynam się wycofywać.

       - Dzień dobry - przywitałam się, wciąż się cofając. Odruchowo położyłam rękę na karku i obmacałam, czy aby na pewno jest cały.

       - Nie wolno ci tu przebywać - burknęła kobieta, znudzonym głosem. Najwyraźniej nie pierwszy raz miała do czynienia z wałęsającą się po okolicy młodzieżą. - Wynoś się. Piwnica jest niedostępna dla osób nieupoważnionych - kontynuowała, wciąż tym sennym tonem.

       - Przepraszam, nie wiedziałam - uśmiechnęłam się lekko i skinąwszy głową na pożegnanie, szybkim krokiem wyszłam z budynku.

       Dopiero na dworze odetchnęłam z ulgą, wciąż czując dreszczyk emocji, który pojawił się wraz z lodowatym oddechem.

       - Co to, kuźwa, było - jęknęłam, próbując wyrównać oddech.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jutro jeszcze ewentualnie naniosę ostatnie poprawki ;)
Trochę to wnosi do dalszych kartek ^^"
Podzieliłam na 2 części, bo o ile ta jest bardziej znacząca dla fabuły jako takiej, to ta druga raczej dla postaci ;3
Enjoy ;3

piątek, 6 grudnia 2013

Kartka 1

       Żegnaj Londynie, królowo Anglii, tak trudno mi było Cię opuścić...

       Jechaliśmy właśnie samochodem nowego ojczyma, kiedy ten zdecydował się w końcu do nas odezwać.

       - Co tak siedzicie cicho, dzieciaki? - spytał wesołym tonem, przyglądając nam się bacznie w lusterku. Jayden nawet nie odwrócił głowy na jego słowa, zajęty ostentacyjnym ignorowaniem. Sophie, której głowa spoczywała na moim ramieniu, mruknęła coś niewyraźnie, ziewnęła i wróciła do zasypiania. Przez chwilę jechaliśmy w ciszy, aż dostrzegłam ostrzegawczy wzrok mamy. Usadowiłam się wygodniej, starając się bardzo, by nie rozbudzić siostry i zerknęłam szybko na siedzącego przede mną Jaydena. Wydawał się nasłuchiwać.

       - Zmęczyliśmy się lotem - odparłam, na nasze usprawiedliwienie i w tym momencie poczułam na sobie gniewne spojrzenie brata.

       - A jak tam Andrzejek? Spał, czy dawał wam w kość? - zagaił mężczyzna.

       - Spał jak kamień.

       Na następne pół godziny zapadła cisza w mini vanie.

       - Cieszycie się, że wracacie do Polski? Dawno was tu nie było, jakieś...

       - Trzy lata - dokończyłam i spojrzałam na Jaydena. Wbijał we mnie zły wzrok. Zazwyczaj żartowaliśmy, że nigdy tutaj nie byliśmy i że nigdy nie znaliśmy Polskiego, co oczywiście mijało się z prawdą. Mieszkaliśmy tutaj razem z mamą i Martinem przez 7 lat, po czym przenieśliśmy się z powrotem do Anglii.

       - Mama już wam mówiła, do jakiej szkoły was posyłamy? - spytał.

       Zerknęłam szybko na Christinę, unikała mojego wzroku, przez co zmarszczyłam brwi i ku zdziwieniu Adriana odpowiedziałam przecząco.

       - No cóż... to szkoła z internatem niedaleko Kołobrzegu. Mieści się w staromodnym dworku i ma bardzo wysoki poziom. Sądzę, że sobie w niej genialnie poradzisz, Bianco - chyba próbował mi się podlizać. Machnęłam ręką lekko zaczerwieniona i spojrzałam na bliźniaka.

       - A Jayden gdzie pójdzie? - zapytałam, przez co znowu spotkałam się ze zdziwionym spojrzeniem ojczyma.

       - Też tam, czemu pytasz?

       - No bo on nie jest jakoś specjalnie... wybitny.

       Coś w spojrzeniu Jaydena było, że zaczęłam się nagle cieszyć, że siedzi tak daleko ode mnie. Gdybyśmy byli w tym samym rzędzie foteli, to chybaby mnie zdzielił. No cóż, prawda często kole w oczy. Nie był on nawet przeciętnym uczniem. Jeśli przychodził na zajęcia, to było to jakieś święto. Miał wszystko i wszystkich w dupie i to dość dziwne, że zawsze zdawał.

       - Ah, do tej szkoły chodzą ci ze stypendiami i ci, których opłacają rodzice...

       - Czyli szkoła dla snobistycznych idiotów - stwierdził Jayden. Matka syknęła karcąco, na co nawet nie zwrócił uwagi. Znów zamilkł i zapatrzył się w okno, a wokół zapanowała względna cisza przerywana szumem autostrady i cicho nastawionym radiem.

~***~

       Usiadłam na swoim nowym łóżku i zdziwiona wciąż nie mogłam przywyknąć do wyglądu pokoju. Wyglądało na to, że Adrian się postarał w przyjęciu nas do siebie. Mój pokój wyglądał wręcz obłędnie w tym beżowym kolorze. Błękitne, podwójne łóżko znajdowało się na podeście tuż pod dużym oknem. Na przeciwko mieściła się biała, rozsuwana szafa, a na całej powierzchni jej drzwi rozciągało się lustro. W rogu pokoju stało duże biurko, obok którego w ścianę wbudowane zostały półki na książki.

       Poklepałam narzutę obok miejsca, w którym siedziałam i przez chwilę wydawało mi się, że jestem w domu. Ta chwila ciągnęła się nawet wtedy, gdy drzwi od pokoju stanęły otworem i na progu pojawił się Jayden.

       - Dzięki za trzymanie dobrej strony - sarknął na powitanie. Rozejrzał się po pokoju i uniósł brew w górę, a na jego twarzy pojawił się charakterystyczny, kpiący uśmiech.

       - Po prostu byłam miła w przeciwieństwie do ciebie - burknęłam.

       - Nie słyszałaś idiotko? On chce nas wysłać do szkoły dla ułomów! Chce się nas pozbyć, dlatego posyła nas do szkoły z internatem! Ciekawe co zrobi z Sophie, ona nawet nie umie Polskiego! - wkurzał się. 
Machnęłam ręką by zamknął drzwi. Zatrzasnął je, aż się zatrzęsły szyby w oknach i szybkim krokiem do mnie podszedł.

       - Cholerny sukinsyn - mruczał pod nosem.

       - Oj daj spokój. Będzie fajnie, uwolnimy się od niego i nawet nie będziemy musieli z nim gadać, to takie złe?

       - Nie byłoby złe, gdybyśmy nie szli do szkoły dla durniów.

       - Może nie wszyscy to durnie, Jayden. W publicznych jest większa patologia i dobrze o tym wiesz.

       - Ale przynajmniej nie ma zadufanych w sobie ciot - warknął.

       - Wszędzie są - zbagatelizowałam, na co sapnął ze złością.

       - Ale nie takie stężenie.

       - Po prostu się zachowuj - odparłam. - Szybko znajdziesz szacunek.

       - Gówno mnie szacunek obchodzi.

       - Przestań, nawet nie wiesz, co to będzie teraz za bajka. Wszystko będzie uchodzić nam na sucho - rzuciłam mu zdenerwowane spojrzenie. W przeciwieństwie do mnie zawsze dostrzegał tylko te "złe strony".

       - BIANCAAAAAA! - przerwał nam radosny wrzask Sophie. Rozniósł się echem po domu i trafił do naszych uszu z taką samą, ogromną ilością decybeli.

       Wymieniłam z Jaydenem szybkie spojrzenia i wyszłam z pokoju. Wychyliłam się przy schodach przez balustradę i spojrzałam na Sophie siedzącą na pierwszym schodku. Uśmiechała się do mnie szeroko i siłą utrzymywała coś na swoich kolanach. To "coś" kręciło się wkoło, popiskując co jakiś czas, z ogromną zażartością chcąc wyrwać się dziewczynce z objęć.

       - Patrz, Bianca! Mamy pieska! - krzyknęła, podnosząc biszkoptowego labradora w górę. 
Pierwsze, co przemknęło mi przez głowę to, to że pies nie będzie miał łatwego życia...



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Cześć, tu Kwas :3 ale chyba nikogo to nie dziwi, skoro to mój blog.. :/
Ten słodki piesek tak mi przypomina mojego psa, że ooooomg *w*
Tylko, że mój jest starszy... i gruby... i nawet jak jest taki silny wiatr, to tłuszcz go trzyma przy ziemi... i nie jest już taki słodki... i śmierdzi... i mogę tak długo wymieniać, że zaczniecie ziewać, ale tego nie zrobię! 
No cóż, mimo to i tak go kocham <3

I to był Kwas... cóż za zakończenie!
Ta drama!