Jayden spękał. Oczywiście, nie
przyznał się do tego, ale ja to widziałam. Po tym, jak Piotrek zaproponował,
abyśmy poszli wszyscy razem w oczach Jaydena pojawiło się coś, czego nie było
tam od paru lat.
Przypomniałam sobie tego małego
chłopca biegnącego do domu w pewien słoneczny, lipcowy dzień. Łzy spływały mu
po policzkach, rozbiegane oczy błyszczały paniką, a przyspieszony oddech
dobitnie świadczył o długim biegu.
Wiedziałam, że miał to samo przed
oczami, domyśliłam się po jego wyrazie twarzy.
Bał się.
Jayden Easay po dziewięciu latach
duszenia wspomnień w sobie, po prostu się bał.
- Spoko, nie musi iść – odparłam,
bardziej do Jaydena, niż do Piotrka, czy Arii. Bliźniak patrzył na mnie przez
chwilę, starając się uspokoić.
- Mam trochę do zrobienia –
powiedział. Znów przybrał maskę, a ja zmarszczyłam brwi w geście zamyślenia. –
Poza tym nie jara mnie włóczenie się po piwnicach, jak jakiś menel.
- Pękasz – prychnęła Aria.
- Jak ty – podsunęłam z wesołym
uśmiechem.
- Ja po prostu nie... –
rozejrzała się po pozostałych i posłała mi smutne spojrzenie. – Proszę, nie każ
mi iść. Jak wrócisz to pogadamy.
Zmarszczyłam brwi i skinęłam z
wahaniem głową. Coś tu nie grało. O ile zachowanie Jaydena mnie nie dziwiło, o
tyle brak odwagi Arii pozostawiał wiele do myślenia.
- Pogadamy później, Jay –
rzuciłam na odchodnym, trzymając rękę na klamce.
- Po chuj – warknął, przepychając
się koło mnie i wychodząc na korytarz. – Nie potrzebuję pieprzonej niańki. Możesz
się wypchać.
- Nie wpakuj się w kłopoty –
dodałam jeszcze, uśmiechając się sama do siebie.
- Moją matką, kurwa, jesteś?
- Ja ciebie też, Jay! –
odwróciłam się i ruszyłam razem z Piotrkiem w stronę schodów.
- Pierdol się – warknął naburmuszony
Jayden.
~***~
Aż do momentu wejścia do budynku,
rozmawialiśmy praktycznie o wszystkim. O szkole, rodzinie, wspomnieniach i
marzeniach. Śmialiśmy się jak gdyby nigdy nic.
Jednak w momencie, w którym
uchyliłam drzwi od szkoły, nastała między nami dojmująca cisza. Otaczała nas z
każdej strony i otulała chłodnym całunem. Ani nas nie jednoczyła, ani nie
dzieliła, jak to zwykle cisze mają w mniemaniu. Ta mroziła krew w żyłach.
Bałam się tego, co może się
powtórzyć, bałam się znów poczuć zimny oddech na karku, bałam się znów ujrzeć
to dziwne światło, wypływające jakby ze ścian. Jednak najbardziej bałam się, że
nic się nie stanie i stwierdzą zgodnie, że zwariowałam. Chyba, że rzeczywiście
zwariowałam i powinnam trafić do psychiatryka. Albo to wszystko działo się w
mojej nadpobudliwej wyobraźni i nic takiego w rzeczywistości nie miało miejsca.
Zwątpiłam nagle w swoją rację.
Zawahałam się przy drzwiach prowadzących do piwnicy. Powinnam tam wchodzić?
Może po prostu jestem rąbnięta?
Nagle poczułam na ramieniu ciepłą
dłoń Piotrka. Klepnął mnie lekko. Odwróciłam głowę i napotkałam uśmiech pełen
otuchy.
- Jeśli nic się nie wydarzy i tak
im powiemy, że coś się stało – poinformował mnie szeptem.
- Dzięki, ale nie będziemy kłamać
– odszepnęłam. Dziwnie się czułam, zakłócając ciszę otaczającą nas z każdej
strony. Gdzieś w górnych kondygnacjach budynku grała muzyka, prawdopodobnie
pianino.
„Jayden by nie wytrzymał” –
przemknęło mi przez myśl. Dlaczego? Co się wtedy takiego stało, że jako siedmioletnie
dziecko biegł z zawrotną prędkością do domu. Co się stało, że Jayden był tak śmiertelnie przerażony?
Nie pamiętałam. Nie znałam
całości wydarzenia, kiedyś tylko podsłuchiwałam jak o tym mówili. Jednak przed
oczami teraz stale miałam ten jeden obraz. Uciekający, przerażony Jay.
Nacisnęłam klamkę i drzwi
odpuściły ze zgrzytem. Wślizgnęłam się do środka i czując, jak mocno bije mi
serce, przesunęłam się przy ścianie w lewą stronę. Gdzie jest kontakt?
Ciemność wydawała mi się nie mieć
końca, gdy tak przesuwałam ręką po ścianie. Miałam wrażenie, że w każdej chwili
coś, co czai się na mnie, wyskoczy i wbije pazury w moją kościstą rękę. Później
mnie rozszarpie, a ostatnie, co będę widziała w życiu, to ogromne, żółte ślepia,
w których błyszczała furia. Oh nie, błagam, nie chcę tak umierać!
Jak na życzenie, w całym
korytarzu lampy zapaliły się, rzucając wkoło mdły blask. Odetchnęłam z ulgą.
Co się dzieje! Od kiedy ja boję
się ciemności?
Uciekający, przerażony Jay.
- Wszystko dobrze? – spytał Piotrek,
patrząc na mnie z zaciekawieniem.
- Dobrze – jęknęłam, odsuwając
się od ściany. Zwolnij, serce, zaraz wyrwiesz mi się z klatki! Oh, jakie
beznadziejne uczucie.
Ruszyliśmy korytarzem ramię w
ramię, rozglądając się na boki. Nasze kroki dudniły w tym zacisznym miejscu, a
każdy oddech przypominał sapanie dzikiego zwierzęcia.
„Opanuj się, Bianca! Od kiedy
boisz się ciemności?!” – zganiłam się w duchu i znowu przed moimi oczami
pojawił się obraz przerażonego Jaydena.
„To on ma traumę psychiczną, nie
ja – pomyślałam. – Jest źle, gadam sama do siebie.”
Przystanęliśmy dopiero przed
drzwiami, przez które zaglądnęłam niemalże tydzień temu. W końcu odnalazłam w
sobie spokój, a mój oddech przestał przypominać sapanie wykończonego
maratończyka. Potarłam gorące czoło ręką i zerknęłam na Piotrka.
- Wejdziemy? – spytał, patrząc na
mnie z troską. Chyba wyglądałam jak przerażona dziewczynka. Poprawiłam włosy,
które wpadły mi na twarz i uśmiechnęłam się lekko do chłopaka.
- Po to tu jesteśmy – odparłam pewnym
głosem, chociaż w środku już nie byłam taka odważna. Co się ze mną dzieje?
Czemu się tak trzęsę?!
Piotrek uchylił drzwi i zaglądnął
do środka. Chwilę tak stał, po czym odwrócił głowę do mnie.
- Wiesz, ta zielona poświata z
reguły występuje, jak jest silne stężenie napromieniowania – oświadczył wolno,
patrząc mi prosto w oczy.
- Napromieniowania – powtórzyłam
głucho, patrząc tępo w przestrzeń. – Myślisz, że szkoła jest napromieniowana?
Piotrek wahał się chwilę, po czym
pokręcił głową. Otworzył drzwi na szerokość ramienia i po raz drugi zaglądnął
do środka. Staliśmy chwilę w bezruchu, wstrzymałam nawet powietrze, sama nie
wiem czemu. Jednak Piotrek nie drgnął, najwyraźniej nic nie poczuł na karku,
tak jak ja wtedy.
- Muszę się rozejrzeć –
oświadczył. Otworzył drzwi na maksymalną szerokość i postąpił dwa kroki do
przodu. Powiódł wzrokiem po pomieszczeniu i rzucił mi krótkie spojrzenie.
Weszłam za nim. Nawet, gdyby drzwi zamknęły się i uwięziły nas w środku,
wolałabym być razem z nim, niż oddzielnie.
Zaczął przechadzać się po pustym pokoju,
mijając raz po raz drzwi wyglądające, jakby były zrobione z metalu.
Przyglądałam im się dłuższą chwilę. Przyciągały mój wzrok jak magnes.
Podeszłam do nich. Stojąc na
palcach zaglądnęłam w wizjer. Słyszałam swój świszczący oddech i odruchowo
położyłam dłoń na karku.
- Co robisz?
Patrzyłam na środek pomieszczenia
za drzwiami. Ono także wydawało się wprost mienić zielenią, jakby jaśniejszą i
mniej mętną niż to, w którym się znajdowaliśmy. Nie było widać zbyt dużo. Tylko
jakiś komputer stojący na ogromnym stole pośrodku pokoju.
Przeciwna ściana była cała
okratowana. Jak w więzieniu. Wytężyłam wzrok, próbując coś wyłapać. Przez
chwilę wydawało mi się, że ciemność w jednym miejscu jest jakby bardziej
skupiona, niż w pozostałych. Chyba odniosłam mylne wrażenie.
- Bianca... – odezwał się nagle
Piotrek, przerywając ciszę. Nie odpowiedziałam, całą swoją uwagę poświęcając
ciemnej plamie za kratami. Chyba się poruszyła. Tak, z pewnością!
Teraz już było widać to
wyraźniej. Ciemność wydawała się „odrywać” od krat i wkraczać w „zielony”
pokój. Ale jak... jakim cudem? To chyba jakieś złudzenie optyczne.
Czułam, jak zaczyna napływać
strach, a na moim ciele pojawia się gęsia skórka. Nie oderwałam jednak wzroku
od wizjera. Usłyszałam za sobą ciche kroki zbliżającego się Piotrka. Zaszeleścił
jakiś materiał. Zarejestrowałam to odruchowo, nawet się na tym nie skupiając.
Ciemny kształt w pokoju obok
nadal próbował się wydostać. Wydawało się, że coś go trzyma i nie pozwala na
wyjście. Czyżby to było to zielone światło? Odbijało się od niego, jakby
popychając go w tył.
Go. O czym ja w ogóle myślę!
Jakie kształty, jaka ciemność? Serio postradałam zmysły!
Jednak nie oderwałam wzroku.
- Bianca... – syknął znów
Piotrek. Jego głos wydawał się odległy, chociaż zabrzmiał głośniej niż
wcześniej. Patrzyłam, jak ciemna masa w wizjerze nieruchomieje na chwilę, po
czym zaczyna się... „odrywać” z większą zażartością.
Teraz byłam stuprocentowo pewna.
Widziałam to! Naprawdę to widziałam! To nie są żadne halucynacje! No właśnie...
tylko CO to jest, co ja widzę?
Znów rozległy się kroki i
poczułam dłoń na ramieniu.
Co za frajer! Czy nie widzi, że
coś robię? Niech mi nie przeszkadza.
- Przestań na mnie chuchać,
idioto – zirytowałam się, nadal nie odrywając wzroku od wizjera. Nie mogłam,
nie potrafiłam. Patrzyłam jak ciemna masa pomału uwalnia się zza krat, a
zielone światło stopniowo przygasa, ustępując miejsca ciemności.
- Wiesz... stoję po drugiej
stronie pomieszczenia – mruknął Piotrek.
Wszystkie włoski na karku stanęły
mi dęba, kiedy znów poczułam zimny oddech. Miejsce, w którym moje ciało stykało
się z nieznaną masą, paliło żywcem. Odwróciłam głowę i niepewnie zerknęłam w
tył. Nic nie było. Tylko Piotrek parę kroków ode mnie. Patrzył się z
przerażeniem w przestrzeń.
I nagle zdałam sobie sprawę, że
jest ciemno. Potwornie ciemno. Zielona poświata zniknęła. Nie tylko tu, ale i w wizjerze. Chciałam
dotknąć ramienia, na którym coś ewidentnie leżało. Ręką natrafiłam na
chropowatą, obślizgłą strukturę, której moje oczy nie dostrzegały.
Pomimo przerażającej sytuacji,
gnana nieznaną ciekawością, znów spojrzałam w wizjer.
Nie, tam nie było ciemno. Po
drugiej stronie było okrutnie czerwono, a na samym środku ziała pionowa, czarna szpara.
Wstrzymałam oddech, kiedy światło
przysłoniła na chwilę ciemność, po czym znów się rozjaśniło. I
wtedy zrozumiałam. To było oko. Patrzyło na mnie drapieżnym spojrzeniem. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Stałam w miejscu sparaliżowana, chociaż chciałam biec. Chciałam wrzeszczeć, uciekać, płakać. Chciałam być gdziekolwiek, byleby nie tu.
wtedy zrozumiałam. To było oko. Patrzyło na mnie drapieżnym spojrzeniem. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Stałam w miejscu sparaliżowana, chociaż chciałam biec. Chciałam wrzeszczeć, uciekać, płakać. Chciałam być gdziekolwiek, byleby nie tu.
- Chyba nie jesteśmy tutaj sami –
szepnął do mnie Piotrek. Ta sarkastyczna część mnie chciała pogratulować mu
odkrycia Ameryki. Jednak byłam zbyt przerażona, by coś z siebie wydusić. Mogłam
tylko patrzeć w wizjer.
Tak, w istocie, nie jesteśmy tu
sami.
~***~
Jeszcze jeden rozdział i wstawiam Kartkę z perspektywy Jaydena.
Muszę wyjaśnić to i owo z jego przeszłości, co wpłynie na fabułę.
Błędy poprawię jeszcze jutro!
P.S. Angina to KOSZMAR :c

