Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Armandea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Armandea. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 stycznia 2014

Kartka 13

Nogi wrosły mi w ziemię, uniemożliwiając kolejny ruch. Paliłam się do biegu, a nie byłam zdolna nawet do postawienia kroku. Odetchnęłam raz, drugi, a cisza wkoło zaczęła się przedłużać.
- Wejdź tam, Bianco.
Drgnęłam na dźwięk jego głosu, a serce przyspieszyło bicia, kiedy zmniejszył pomiędzy nami dystans. Wejść? W życiu! Do drzewa? Po co?
Dzielił nas teraz jeden krok. Patrzyłam prosto w jego oczy. Jego? W te zimne, czarne oczy, poprzeplatane czerwonymi nićmi. Wydawało mi się, że skądś je znam, jednocześnie nigdy ich wcześniej nie widząc.
- Jesteś tylko wyobraźnią – wydusiłam z siebie cienkim głosem. – Takie dziwactwa jak ty nie mają prawa istnieć.
To śmieszne, że byłam tak bliska prawdy, zupełnie nie będąc tego świadoma.
Niby-Jayden zaśmiał się wesoło, słysząc moje słowa. Jego uśmiech był tak nienaturalnie szeroki, że normalnemu człowiekowi rozerwałoby połowę twarzy. Ta istota, kimkolwiek, czy raczej czymkolwiek była, chwyciła mnie za rękę, zacieśniając na nadgarstku stalowy uścisk.
- Pokażę ci cień ludzkich występków – wyszeptała. – Cień zła.
Nie dając mi szansy na jakąkolwiek reakcję, pociągnął mnie do drzewa. Zdążyłam rzucić jeszcze okiem za siebie, w tą nieprzeniknioną ciemność, czającą się pomiędzy drzewami zanim... runęłam w dół.
Zachłysnęłam się powietrzem, które przesycone było smrodem zgnilizny. Zdążyłam jeszcze pomyśleć, że mniej więcej tak samo mogła czuć się Alicja w Krainie Czarów, kiedy spadała przez długi czas, po czym runęłam na ziemię.
Cała zawartość moich płuc raptownie wydostała się na zewnątrz. Zakręciło mi się przed oczami, a kiedy na nowo nabrałam tlenu, poczułam ogromny niedostatek. Tak, jakby tutaj było go mniej niż na powierzchni.
Podniosłam się z ziemi i przetarłam oczy. Mdłe światło sączyło się jedynie z góry, padając na ten mały obszar, w którym wylądowałam. Reszta była ukryta w cieniu. Co więcej, wydawał mi się on... bardziej gęsty, niż kiedykolwiek. Tak gęsty, jak ta masa, która odrywała się zza krat w pokoju z wizjerem.
Zadarłam głowę, ale nigdzie nie zauważyłam postaci Jaydena. Zostałam sama. Chociaż może nie do końca. W tym świecie, który postrzegamy na co dzień oczami – tak. Jednak nie w tym, który wychodził poza granice, nadawane nam przez mózg.
Kiedy oczy przywykły do ciemności, z której powoli zaczynałam rozróżniać kształty, rozejrzałam się jeszcze raz. Wydawało mi się, że z każdej ze ścian odchodzi jakaś odnoga. Ciemny, niski tunel, na którego końcu znajdowało się... coś.
Próbowałam wejść tą samą drogą, którą się tu znalazłam, ale ziemia bez przerwy obsypywała się spod moich nóg. Powierzchnia wydawała się tak odległa, jak stąd do słońca, które już dawno schowało się za horyzontem.
Obracałam bez przerwy głowę, patrząc w czeluście tuneli. Serce biło mi jak oszalałe, kiedy wydawało mi się, że gdzieś za sobą słyszę jakiś dziwny dźwięk. Za każdym razem jednak nie dostrzegałam nic, prócz tej gęstej ciemności.
Dysząc ciężko wyjęłam z kieszeni telefon i mażąc brudnymi od ziemi paluchami po ekranie, wybrałam numer Arii.
- Odbierz, błagam – szepnęłam, kiedy usłyszałam pierwszy sygnał. Nie musiałam długo czekać. Jednak kiedy padły pierwsze słowa, wiedziałam, że to nie Aria.
- Cztery kierunki, w tym cztery światy. Gdzie jeden właściwy, jeden twą zgubą, jeden chlubą, choć niekoniecznie pragnieniem. Ostatni koniecznością, choć kogo innego własnością. I jedna szansa na potępienie, lub od zmor uwolnienie. Decyzja do ciebie należy – gdzie twoje ciało wieczność przeleży.
Połączenie zostało przerwane, a w słuchawce rozległ się przeciągły dźwięk. Wypuściłam głośno powietrze, chowając telefon do kieszeni.
- Jeden właściwy, jeden twą zgubą, jeden chlubą, choć nie... choć... nie czym? Ostatni koniecznością choć kogo innego własnością. Szansa potępienia, lub uwolnienia zmor. Decyzja do ciebie należy – gdzie twoje ciało... – zająknęłam się - ... gdzie twoje ciało wieczność przeleży. Co to tak właściwie znaczy?
Rozglądałam się gorączkowo wkoło, zaglądając niespokojnie w każde z przejść. Wyglądały tak samo. Jak miałam rozróżnić ten właściwy? Bo chyba do niego pragnęłam dotrzeć. Poza tym... co to za głupia zagadka? To jakaś kpina? Może zwykły żart?
- Pierwszy właściwy, drugi zgubny, trzeci chlubą. Chlubą? A dlaczego ma być niby chlubą? Czwarty koniecznością. Dlaczego koniecznością? Który to który? – szeptałam, byleby zagłuszyć tą ciszę.
W końcu odwróciłam się do tyłu i spojrzałam wgłęb tunelu.
- Użyj intuicji. No dalej – warknęłam na siebie. Jednak intuicja podpowiadała mi, żeby po prostu zwiewać. Śmieszne. Cztery drogi do wyboru, a ja wolałabym pójść piątą, byleby dalej. Coś czułam, że na końcu każdego z tych korytarzy czekało na mnie to samo. Czymkolwiek było. Może śmiercią?
W końcu położyłam się na brzuchu i wsunęłam w tunel, który akurat znajdował się naprzeciwko. Wolałam nie siedzieć tam dłużej. Im więcej czasu pozostawałam niezdecydowana, tym bardziej nękała mnie myśl, że po prostu zgniję w środku tego ogromnego drzewa, siedząc bezczynnie.
Skłonności klaustrofobiczne dały o sobie znać, kiedy zanurzyłam się w tej nieprzeniknionej ciemności. Szurałam głową po sklepieniu, a boczne ściany uniemożliwiały większe ruchy rąk. Czułam się w tunelu strasznie niepewnie. W dodatku cały czas miałam wrażenie, że strop się obsypie i zostanę pogrzebana żywcem.
Nie minęło jednak dużo czasu, a rąbnęłam głową o drewno. Syknęłam z bólu, masując sobie obolałą część ciała. Byłam wykończona i spocona. Na dodatek na tak małej przestrzeni brakowało mi powietrza. Jeszcze chwila i z pewnością się uduszę!
Wyciągnęłam rękę i zaczęłam badać tą zaporę. Okazała się nią luźna deska, podbita do sufitu i zmniejszająca miejsce do przejścia. Wydawało się to wręcz niemożliwe, żebym skurczyła się jeszcze bardziej.
Nagle ni stąd, ni zowąd, pod palcami poczułam miękki materiał. Wytężyłam wzrok, starając się wypatrzeć coś w ciemności. Nie musiałam długo czekać. Nagle z nikąd wyłowiły się błyszczące, żółte ślepia z pionową źrenicą. Patrzyły na mnie wrogo. W tunelu rozległ się narastający warkot. Otworzyłam usta szeroko ze zdziwienia, wpatrując się ze strachem w błyszczące, białe kły, wyłaniające się z mroku.
Stworzenie ziewnęło, kłapiąc ogromną paszczą, po czym zaczęło się do mnie czołgać. Jak najszybciej mogłam cofałam się w tył, jednak moje nogi naparły na pewną... zaporę. To coś było coraz bliżej. Wydawało z siebie dziwne dźwięki, zbliżone do gadatliwego, głodnego żołądka.
Kłapnęło zębami tuż przy mojej twarzy, paraliżując mnie ze strachu. Zaczerpnęłam głęboko powietrza i wrzasnęłam głośno. Nie z bólu. Z bezsilności.

~***~

Jayden

Zacząłem się już mocno niepokoić. Doberman dawno zniknął z pola widzenia, a jego głos utonął między szelestem liści. Jednak Biancę wcięło.
Chodziłem po tym idiotycznym lesie, wybierając co chwilę jej numer, ale bez przerwy był zajęty. Jak to zajęty? Rozmawia sobie spokojnie, kiedy ja tu obszukuję cały las? Co prawda miałem do towarzystwa jeszcze Piotrka, Arię natomiast wysłaliśmy do internatu. Może Bianca wróciła samotnie do pokoju?
Dalej przeczesywaliśmy pobliskie krzaki, nawołując ją raz po raz. Im głębiej jednak się zapuszczaliśmy, tym bardziej nieswojo się czułem. Rozglądałem się wkoło, przechwytując czasem zaniepokojone spojrzenie Piotrka.
- Może coś ją zaatakowało? – podsunął, kiedy nikt nie odpowiedział na kolejne wołanie.
- Co na przykład? – warknąłem, mrużąc oczy i przyglądając się niebu.
- Oh, no nie wiem, może cienie? – sarknął. Rzuciłem mu krzywe spojrzenie.
- Brawo, chłopcze, odkryłeś Amerykę. Dziesięć punktów dla Hufflepuffu – prychnąłem.
- Gdybyśmy byli w Hogwarcie, trafiłbyś do Slytherinu.
- Nie musisz mi tak schlebiać.
- A Bianca byłaby w Gryffindorze – kontynuował. Zerknąłem na niego, ale wpatrywał się w pobliskie drzewa. Na jego twarzy czaił się lekki, rozmarzony uśmiech i nagle poczułem od niego emanujące rozweselenie. Zmarszczyłem brwi. Piotrek nadal szedł przed siebie z tajemniczym uśmieszkiem, zupełnie nie zwracając uwagi na otoczenie. Już miałem się odezwać, kiedy ciszę rozdarł czyjś krzyk.
Krzyk Bianci.
Nie zważając na nic i nikogo, ruszyłem w tamtym kierunku. Byleby tylko się nie zgubić. Byleby nie pozwolić, by dźwięk rozszedł się po okolicy i zniknął, jakby go nie było. Byleby dotrzeć na miejsce.
Potykając się i raniąc twarz gałązkami, biegłem bez przerwy. Nawet gdy krzyk ustał, podświadomie czułem, że obrałem dobrą drogę. Jednak z każdym krokiem traciłem kontrolę. Obrazy, które stawały przed moimi oczami wydawały się takie nierealne. Wręcz idiotyczne.
Pobliskie drzewo przeciągnęło swoje grube gałęzie, trzeszcząc ospale, a jakiś spadający liść śmiał się ochryple, wydziwiając akrobacje w powietrzu. Patyk, na którego nadepnąłem, wrzasnął z bólu, a pobliski krzak zaczął się wydzierać.
Próbowałem odgonić od siebie te dziwne obrazy, albo chociaż je zignorować. Nadal biegłem, ledwo powstrzymując się od zamknięcia oczu. Zabierzcie to ode mnie!
Wróciliśmy, Jay.
Naprawdę wróciliśmy!
Co zrobisz, Jaydenie, jeśli wszystko co cię otacza to kłamstwo?
Kłamstwo! To kłamstwo!
To wszystko iluzja!
- Nie!
Nie bądź głupi!
- Spierdalaj! – wrzasnąłem. Potknąłem się o wystającą gałąź i wylądowałem na kolanach. Przytknąłem ręce do uszu, nie chcąc słyszeć ich głosów. – Wynoście się z mojej głowy!
Ależ ty gościnny! Myślałby kto!
Jaydenie, przypomnij sobie. Przypominasz?
Wędrówki po lesie...
Ogromne drzewo...
Przypominasz sobie to? Pamiętasz, Jaydenie?
- Wypierdalaj! – zawyłem, przejeżdżając paznokciami po twarzy.
- Co się dzieje?! – jak z innego świata dobiegł mnie przestraszony głos Piotrka. Machnąłem na niego ręką, chociaż nie bardzo wiedziałem gdzie się znajduje. Zaciskałem powieki, bojąc się ujrzeć coś odbiegającego od normy.
- Znajdź ją! – sapnąłem, starając się rozróżnić jego głos od tysiąca innych, kotłujących się w mojej głowie. Gdyby ktoś potrafił innym czytać w głowie i dorwałby się do mnie w tej chwili... z pewnością by zwariował. Oszalał.
Otwórz oczy, Jaydenie.
Przypominasz sobie?
Pamiętasz?
Otwórz oczy, patrz.
Nie opieraj się. I tak cię dostaniemy.
Otwórz oczy, Jay.
Otwórz je.
TERAZ.
Uchyliłem powieki, zrezygnowany. Moje spojrzenie trafiło na rozłożyste, ogromne drzewo, do którego biegł Piotrek.
Wyglądało ono tak nienaturalnie, że aż śmiesznie. Tak znajomo, a zarazem nigdy bym nie powiedział, że kiedykolwiek wcześniej je widziałem.
I nagle wszystko uderzyło we mnie. Powróciło. Wszystko? Kawałek. Ale jaki znaczący.
Patrzyłem na drzewo z otwartą buzią, nie mogąc uwierzyć, że to co widzę jest prawdą.
Element układanki wskoczył na swoje miejsce.
Poznajesz?
Poznajesz to, Jaydenie?
- Tak.

~***~
Bianca

To podziemne stworzenie było mniej więcej wielkości wyrośniętego labradora. Warczało na mnie, jednak nie zdołało dosięgnąć choćby pazurem. Ugrzęzło w miejscu, gdzie do stropu przyczepiona była belka. Ten kawałek drewienka mnie uratował.
Starałam się wydostać, ale z tyłu była jakaś bariera nie do przejścia. Pozostała jedynie droga do przodu. Chociaż nie, ją też wykluczałam. Raczej nie miałam ochoty na bliskie spotkanie z tym futrzakiem. Najwyraźniej pozostało mi jedynie siedzieć tutaj i czekać na jakiś cud.
Właśnie zastanawiałam się jak smakuje ziemia, którą niedługo miałam zostać szczelnie opatulona, kiedy coś poderwało mnie do góry. Niby jak? Dlaczego? Przecież to jest tunel do cholery! I to strasznie niski!
Zanim się obejrzałam wylądowałam na ziemi obok drzewa.
- Co? – wydusiłam z siebie, rozglądając się zdezorientowana wkoło.
- Stało ci się coś? – spytał ktoś, pochylając się nade mną. Wzrok miałam dziwnie zamglony. Z wolna zaczął się wyostrzać, ale z trudem rozróżniałam kształty.
- Co?
- Zwichnęłaś nogę? Złamałaś sobie coś? Jak tam wylądowałaś?
- Jak mnie stamtąd wyciągnąłeś? Z tego tunelu? Jak przeskoczyłeś ten ogromny występ? – spanikowałam.
- Jaki występ? O czym ty mówisz. Nie miało nawet pół metra. Tunel? Byłaś w drzewie...
- Nie! Byłam w tunelu! I była zagadka! – sapnęłam, czując jak serce wyrywa mi się z piersi. Co jest grane? Co się dzieje?!
Podniosłam się z ziemi i chwiejnym krokiem podeszłam do dziury w drzewie. Dziwne. Faktycznie nie było wysoko... ale przecież wcześniej to miało co najmniej pięć metrów!
- Jakim cudem? – przeraziłam się i to nie na żarty. To coś ingerowało w mój mózg? Ingerowało w wzrok? W odczucia? Dlaczego? Jak?
- Chodź. Pogadamy w internacie – Piotrek ścisnął moją rękę. Skinęłam głową, chociaż pytania wierciły ogromną dziurę w brzuchu. Najgorszy był fakt, że nie dostanę na nie odpowiedzi ani dziś, ani jutro, ani najprawdopodobniej aż do śmierci.
Prychnęłam ze zdenerwowania i przetarłam ręką oczy. Kiedy zauważyłam na nadgarstku ślady łez, zezłościłam się jeszcze bardziej. Jakie to głupie! Płakanie jest strasznie głupie!
- Bianco? – pokręciłam głową i pociągnęłam nosem. Co za beznadziejna sytuacja. Że też akurat teraz, przy nim musiałam się rozkleić!
Piotrek jednak objął mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Jeśli przy spotkaniu ząb w kieł z tym dziwnym stworzeniem w tunelach, biło mi mocno serce, to teraz po prostu eksplodowało!
Poczułam się jak astmatyk, kiedy gula utknęła mi w gardle i prawie uniemożliwiła oddychanie. Co się ze mną dzieje! Głupieję! Naprawdę zgłupiałam!
Oparłam jednak głowę na jego ramieniu i oplotłam rękami jego klatkę piersiową. Uderzyła mnie woń cynamonu i alkoholu, która od niego biła i nagle zdałam sobie sprawę, że potwornie śmierdzę. O cholera, ale ja muszę cuchnąć! Już chciałam się odsunąć, ale było mi tak dobrze...
Zamknęłam oczy i uśmiechnęłam się sama do siebie.

To głupie, ale cynamon stał się moim ulubionym zapachem.


~~~~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~~~~~

13 pechowy? Dla Bianci może tak c:
Lubię zapach cynamonu ;__; Ale to nie przez Piotrka.
A żeby nie było tak słodko, jeszcze tu namiesza >:3
Poza tym wstawiam teraz, bo nie wiadomo kiedy mnie kolejnym razem na kompa przywieje.
Na szczęście zostaje mi telefon ;_;
Next piątek/sobota  ;>

piątek, 17 stycznia 2014

Kartka 12

W momencie, w którym przestaliśmy się zasmucać, ognisko znów nabrało sensu. Wydawało się jednak odległym snem, jakimś marzeniem, czy nadpobudliwą wyobraźnią. Jak dla mnie było idealnie.
Po paru kieliszkach zaczęłam wyczyniać z Arią jakieś dziwne wygibasy. Troski zniknęły, liczyła się tylko chwila. Tańczyłyśmy, same nie wiedząc do czego, dla czego i po co. Piotrek po chwili wahania dołączył się do nas, a Jaydena wciągnęliśmy siłą. Śmiejąc się i piszcząc z uciechy stworzyliśmy czteroosobowe koło. Kręciliśmy się dookoła, starając się nie wpaść do ogniska. Jak ognia unikałam glanów Jaydena, z taką parą uderzał nimi w ziemię, jakby tańczył pogo, a nie przyjacielskie harce.
Nie czułam uciekającego czasu, jedynie coraz większą radość i swoisty spokój. Gdybym miała powiedzieć, jakie wydarzenie sprawiło, że staliśmy się sobie naprawdę bliscy, to bez wahania wskazałabym tamten wieczór.
Po zwinięciu manatków i wygaszeniu ogniska, czekała nas długa droga przez las. Każdy z nas był trochę zdenerwowany, zwłaszcza Jayden, który przyświecał drogę latarką, zaciskając rękę na nożu. Bagatelizowaliśmy jednak sprawę, docinając sobie, śmiejąc się i zagadując. Najgłupsze posunięcie przez Piotrka, było wystraszenie mnie i Arii dziwnymi odgłosami w połowie drogi.
Jednak dotrwaliśmy i zostało chyba najtrudniejsze zadanie, mianowicie przemknięcie na teren ośrodka niezauważenie. Kiedy szarpnęłam za bramkę, a ta nie ustąpiła, coś w mojej głowie kliknęło i zdałam sobie sprawę, że to nie będzie takie łatwe.
- Co teraz? – spytałam, nadal bezsensownie mocując się z klamką.
- Górą – podsunął Jayden, zadzierając głowę. Iście debilny pomysł. Nie wiem, ile dokładnie mógł mieć ten płot, ale co najmniej dwa razy ja. Do bramki także dobudowano jakieś zabezpieczenia. Jak już chronić to na całego, tak?
- Nie damy rady – zauważyła bystro Aria. Stalibyśmy tam może i całą noc, wpatrując się w odległą krawędź płotu, gdyby nie Piotrek.
- Alicja mi mówiła o przejściu, którym wymykają się uczniowie. Ta szkoła niby taka chroniona i dobra, a właściwie popuszcza pasa – prychnął, rozglądając się wkoło.
- Za czasów pasa jedz, pij i popuszczaj sasa! – zmarszczyłam brwi, dopiero po chwili orientując się, że coś pokręciłam.
- Oj siostra, a niby piątka z historii? – zakpił Jayden.
- Nie śmieszne – mruknęłam.
- Chodźcie.
Ruszyliśmy wzdłuż płotu, starając się zachowywać jak najciszej. Niestety, zadanie a wykonalne.
- Aż takie przeginanie pały! – szeptała Aria piskliwym głosem. Chichotałam w rękaw bluzy, starając się nie narobić zbyt dużego hałasu. Piotrek od czasu do czasu rzucał nam ostrzegawcze spojrzenie. Najprawdopodobniej w okolicy przechadzał się Doberman. Był to ochroniarz, wysoki i postawny, zawsze patrzący z góry. Jeśli miałeś kasę, to cię przepuszczał i życzył dobrej zabawy. Jednak jeśli nie, to stawał się niemiły i wlekł za ucho do dyrektorki. My aktualnie byliśmy spłukani, więc musieliśmy za wszelką cenę go uniknąć.
Najtrudniej zachować kamienną twarz w sytuacjach, które tego wymagają.
- Jak go spotkamy – wydusiła Aria, chichocząc pod nosem – to mu powiem: ej! Doberman, pała ci się przegina.
Zaczęłam się śmiać głośno, zupełnie tego nie kontrolując. Gdybym była całkowicie trzeźwa, raczej by mnie to tak nie poruszyło.
- Bianca! – syknął Jayden.
- Opanuj się – parsknęła Aria, chociaż i ona dusiła się ze śmiechu.
- Trzeba było mnie nie rozśmieszać!
- Weźcie stulcie mordy, bo Doberman przylezie i będzie po zawodach.
- To jej wina!
- Nie moja! To wina Alicji.
- Przestańcie ją o wszystko obwiniać, co ona wam zrobiła?
- Narusza naszą stałą, egzystując w obraźliwy sposób – odpowiedziałam całkowicie poważnie. Dopiero widząc ich miny parsknęłam śmiechem. – Nie mam pojęcia, co powiedziałam...
- Zamknijcie się...
- Jeszcze pomyślę, że jesteście obydwie zazdrosne.
- MY?! Nie! – krzyknęłyśmy równocześnie.
- Zamknijcie mordy, japierdole!
- Kto tam jest?!
Znieruchomieliśmy i momentalnie przestało nam być do śmiechu. Chwilę tak trwaliśmy, wsłuchując się w kroki zbliżającego się ochroniarza. Dopiero gdy zaczął nam błyskać po oczach latarką, oprzytomnieliśmy.
- Spierdalamy! – zarządził szeptem Jayden. Każdy pchał się na każdego i prawie wylądowaliśmy całą czwórką na ziemi. Jednak kolejne nawoływania Dobermana postawiły nas i nasze umysły na nogi. Nie było dużo czasu, staliśmy na odsłoniętym terenie.
Nasza grupowa ucieczka zupełnie nam nie wyszła. Trochę nie kontaktowałam, gdzie się wszyscy rozpierzchli. Wydawało mi się, że widzę gdzieś między drzewami czerwonego irokeza.
Pognałam w tamtą stronę, chcąc jak najszybciej dotrzeć do linii lasu i zejść w końcu z widoku.
- Ej! Ej ty! – wrzasnął Doberman. Byłam niemal pewna, że chodziło o mnie. Nigdy nie byłam zbyt szybka, czy wysportowana. – Wracaj tu natychmiast!
„ Co to za banały? – pomyślałam.- On serio sądzi, że podejdę do niego posłusznie, jak wyćwiczony piesek?”
Tymczasem zniknęłam pomiędzy drzewami, wypatrując w mroku brata.
- Jay? – szepnęłam, rozglądając się wkoło. Przed chwilą go widziałam, a teraz jakby rozpłynął się w powietrzu.
- Chodź dalej, Bianco, tutaj nas dogoni – usłyszałam głos brata gdzieś po lewej stronie.
- Okej.
Starałam się wypatrzeć go w ciemnościach, ale szło mi opornie. Od czasu do czasu wydawało mi się, że miga mi przed oczami jego twarz. Zawsze wtedy podbiegałam do tego miejsca, starając się go złapać. Jednak pozostawał nieuchwytny.
Dziwne.
- Jayden?
- Dalej, Bianco.
Szłam jeszcze przez chwilę przed siebie, coraz bardziej się niepokojąc. Ciemność, która zalegała wkoło, była wręcz nie do zniesienia, tak samo jak nienaturalna cisza przerywana trzaskiem gałązek pod moimi stopami.
Nagle zatrzymałam się. Jayden przecież boi się ciemności.
- Jay?
Odpowiedziała mi cisza. Gdzieś w oddali zahukała sowa, a w koronach drzew zaszeleściły liście. Mroźny wiaterek przeszył całe moje ciało, aż zaszczękałam zębami z zimna.
- Nie rób sobie ze mnie żartów! – skarciłam brata, nie mając pojęcia czy mnie słyszy. Wyginałam szyję we wszystkie strony. – Jayden!
Mój krzyk zniknął w czeluściach nocy, a jedynym odzewem był wzmożony wiatr. Przestąpiłam z nogi na nogę, owijając się szczelniej lekką bluzą, którą miałam na sobie. Ostatnie resztki nietrzeźwości uciekły wraz z kolejnym podmuchem.
- To nie jest śmieszne!
- Wiem, nie chciałem – niemalże podskoczyłam w miejscu, zdziwiona odpowiedzią. Oglądnęłam się szybko przez ramię i pomiędzy drzewami dostrzegłam Jaydena. Uśmiechał się lekko, patrząc prosto na mnie.
Dziwne. Nie słyszałam, żeby się zbliżał, a jak parę sekund temu się oglądałam to nikogo nie zauważyłam.
- Gdzie Aria i Piotrek? – spytałam niepewnie, zbliżając się do brata parę kroków. Wzruszył tylko ramionami.
- Możliwe, że już w internacie.
- Zostawiliby nas?
- A czemu nie. Chodź – wyciągnął ku mnie rękę, na którą spojrzałam z pewnym ociąganiem. Nie mam pojęcia czemu, ale chciałam stąd jak najszybciej zwiewać. To pewnie przez tego cholernego Dobermana.
Podeszłam jeszcze parę kroków i przystanęłam nagle. Przekrzywiłam lekko głowę, wpatrując się w jego twarz z uporem. Coś mi nie grało.
- Co? – spytał marszcząc zabawnie brwi.
- Wszystko gra?
- A u ciebie? Jesteś strasznie nerwowa. Rusz się, musimy dotrzeć do internatu – pomachał ręką, którą wyciągnął w moim kierunku. Chwyciłam ją i westchnęłam.
- Dziwnie mi – przyznałam.
- Dziwnie? – zainteresował się. Przeskoczyliśmy przez jakieś zawalone drzewo. Hmm, na pewno tędy wcześniej przechodziłam?
- Idziemy w dobrym kierunku?
- W jak najwłaściwszym, siostra.
Nie. Musiało mu się coś pomylić. Nie przypominałam sobie tego miejsca. Poza tym, wyglądało strasznie upiornie. Doszliśmy do rozłożystego drzewa, którego pień był ogromny, a u jego podstawy ziała dziura.
- Zgubiliśmy się, prawda?
- Nie, wcale. To już tu. Chodź, wejdziemy do tego drzewa.
Wejdziemy do drzewa? Do drzewa? Co?
- Porąbało cię? A po co mielibyśmy włazić do jakiegoś drzewa? – prychnęłam, odsuwając się trochę od niego. Dziwnie, bardzo dziwnie. Nienaturalnie.
- Bianco, po prostu wejdź do tego drzewa.
- Ale po co? Nie widzę w tym sensu – wypierałam się. Patrzyłam z uwagą w jego oczy, które w tym momencie wydawały mi się strasznie obce. To było chore. Co się tak właściwie dzieje?
- Wejdź do tego drzewa! – warknął, a żyły na jego szyi stały się widoczne, kiedy wysunął głowę w moją stronę. Wyglądał okropnie.
- Posrało cię? Nie chcę.
- WŁAŹ POWIEDZIAŁEM!
Już miałam pokornie wsunąć się w ciemność, kiedy coś kliknęło mi w głowie.
To nie był Jayden. To nie był wściekły Jayden. Nie zawładnięty przez potwora.
To nie był on.

Więc kto?

~~~~~~~~~***~~~~~~~~~

Alo, wyszło trochę weird. c:
Kolejny w środę/czwartek ;-;
Wiem, że trochę się spóźniłam, ale mój internet wszczął bunt :/
Indżoj!

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Kartka 11

Pstryk. Kolejna fotka.
Gapiłam się w przestrzeń i praktycznie nic do mnie nie docierało. Moja partnerka już zdążyła wyjść z siebie, stanąć obok i nawrzeszczeć na mnie ileś tam razy za nie słuchanie jej. Wcale mnie to nie ruszało. Wciąż i wciąż byłam pogrążona we własnych myślach. To wszystko tak nagle na mnie spadło. I Jayden i Piotrek i te idiotyczne Cienie. Już nie mogłam iść do łóżka, by spokojnie zasnąć. Cały czas wydawało mi się, że ktoś śledzi każdy mój krok.
Pstryk. Książki są naprawdę ciekawe. Pstryk. Wyglądają jak małe księżniczki w różnorakich sukienkach, wybierające się w podróż po własnych opowieściach. Pstryk.
Spojrzałam na wyświetlacz aparatu i przyglądnęłam się wszystkim zdjęciom. Jeśli naprawdę chciałam liczyć na piątkę, musiałam jeszcze bardziej się postarać. Oświetlenie jest dobre... wszystko jest dobre, ale dlaczego tak macham tą łapą? Aparat chybocze się na boki i nie może złapać ostrości. Zdecydowanie mam zły dzień i to nawet czwarty z kolei!
Tak, była sobota, a ja tkwiłam w bibliotece razem z moją partnerką z zajęć. Mama zadzwoniła wczoraj rano i płacząc powiedziała mi, że nie przyjedzie. W kółko powtarzała, że Jayden bardzo ją zranił tym swoim kolejnym wybrykiem. Halo, ja też tu byłam, tak? Mnie to się już nie odwiedza? Wszyscy zwariowali. Kompletnie zwariowali.
Na dodatek cała ta afera z ogniskiem. Piotrek sobie wymyślił, że akurat tego dnia wszystko się odbędzie. Jak tylko zapadnie zmierzch pójdziemy całą piątką naruszyć regulamin. Tak, piątką. Alicja wybierała się z nami.
Aria już była nawtykać mu za głupie pomysły. Chyba nie poszło jej zbyt dobrze, wróciła po pół godzinie, a na jej policzkach widniały ślady łez. Nic mi nie powiedziała, jak zwykle bagatelizując sprawę. Byłabym w stanie siedzieć nad nią godzinami i męczyć pytaniami, ale wyjątkowo sobie odpuściłam. Chociaż od środka zżerała mnie ciekawość, siedziałam cicho, rzucając jej tylko wymowne spojrzenia.
- Masz w pokoju jakieś książki? – zagaiła moja partnerka, automatycznie sprowadzając mnie na ziemię. Zamrugałam szybko i uświadomiłam sobie, że nawet nie znam jej imienia.
- Mam, a co? – spytałam.
- Dużo? Bo wiesz. Zdjęcia z biblioteki nie są specjalnie... ciekawe. Myślałam nad innym otoczeniem, lepszym krajobrazem i takie tam. Mogłybyśmy nawet jakąś spalić, świetne zdjęcie by wyszło...
- Ej, ej! Nie zapędzaj się tak. Pal własne książki.
- Posłuchaj. Muszę dostać piątkę, a tobie się nic nie stanie, jeśli także ją uzyskasz. Ten kolaż jest ważny i na potrzebę zdjęć trzeba coś poświęcić...
- No to mówię – warknęłam, zirytowana jej upartością przy tak idiotycznej sprawie. – Pal własne książki.
- Jest taki problem, nie posiadam ich – burknęła. Już miałam coś odpowiedzieć, kiedy drzwi od biblioteki otworzyły się raptownie. Do środka wtargnęła czwórka nastolatków, a wraz z nimi porywisty wiatr.
Bibliotekarka poderwała się z miejsca i rzuciła w stronę drzwi, które Jayden zostawił otwarte. Już go miała zgromić za tak nieodpowiedzialne zachowanie, ale coś w jego oczach sprawiło, że zmieniła zdanie. Prychnęła tylko i wróciła na swoje miejsce.
- Super, więcej was nie mogło tu być? – warknęła moja partnerka, mierząc groźnym spojrzeniem kolejno Arię, Piotrka, Jaydena i Alicję, która nieśmiało mi się przyglądała. Pod wpływem jej spojrzenia odwróciłam szybko wzrok.
- Nie spinaj się tak, bo ci żyłka pęknie – burknął Jayden, znikając między regałami. Chwilę patrzyłam na miejsce, w którym zniknął mi z pola widzenia, a cisza pomiędzy naszą czwórką zaczęła się przedłużać.
- Może... lepiej pójdę kupić jakieś chipsy na wieczór – mruknęła Aria i zaczęła się wycofywać z towarzystwa.
- Pójść z tobą? – spytałam szybko, pragnąc się czym prędzej wymknąć z tej napiętej atmosfery.
- A nasz projekt? – przypomniała o sobie moja partnerka. Obrzuciłam ją nieprzychylnym spojrzeniem.
- Mamy zdjęcia. Jutro porobię jeszcze tych moich.
- Zrobisz to źle – warknęła po raz tysięczny. Ja naprawdę nie musiałam tego słuchać! Ta nadęta dziewczyna bez przerwy upominała mnie i dawała rzekome porady jak się stać lepszą w robieniu zdjęć. Nie, dziękuję, takie wciskanie kitu to komu innemu. Ogarnij się, bo cię poszczuję Jaydenem i się skończy!
W mojej głowie pojawił się na swój sposób przyjemny obraz o torturach tego koszmarnego pustaka. Ah, życie jest piękne.
- Ale raczej nie aż tak źle, jak twoi rodzice, gdy się o ciebie starali – zaszczebiotałam. Całodniowe działanie mi na nerwy przyniosło swoje skutki. Zza regału wychynęła głowa Jaydena, który szczerzył wesoło zębiska. Błysnął do mnie okiem.
- Jak ty śmiesz...!
- Idziemy? – zagaiłam szybko, już w wyśmienitym nastroju. Nawet ta idiotka, Alicja nie potrafiła teraz zepsuć mojej radości. Wytarabaniliśmy się z biblioteki całą piątką, pozostawiając moją partnerkę na pastwę rozwścieczonej bibliotekarki.
- Kto ma kasę na... wszystko? – spytała w pewnym momencie Alicja. Przystanęliśmy dwie przecznice dalej, patrząc na siebie wyczekująco.
- A komu kasa potrzebna – odparł Jayden, patrząc na nią z kpiącym uśmieszkiem. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Chyba nie zamierzasz...
- I tak już łamiemy zasady – prychnął, zakładając obie słuchawki.
- Przestań, Jaydenie, wpakujesz nas w kłopoty – powiedziała spokojnie Alicja. Aria tylko wyszczerzyła zęby i klepnęła Jaya w ramię.
- Idę z tobą.
- Chyba za bardzo wyróżniasz się kolorem włosów – podsunęłam. Powinnam im przemówić do rozumu, to zdecydowanie dobry pomysł, jednak go nie wykonałam. Aria założyła na głowę kaptur i zasunęła bluzę, ukrywając pod nią różowe ombre.
- Gotowa do akcji – zameldowała, z wesołą miną. Jayden chyba trochę się do niej przekonał za tę odwagę. Skinął jej głową i ruszyli do najbliższego sklepu.
- To trochę ryzykowne – powiedziałam w końcu. Alicja opadła na najbliższą ławeczkę przy przystanku autobusowym i patrzyła, jak nasi przyszli zbrodniarze się oddalają. – Pewnie ich złapią. No to mama już nas nie odwiedzi.
Oklapłam koło mojego wroga i spojrzałam niepewnie na Piotrka. Uśmiechał się lekko, śledząc moje poczynania. Chyba stwierdził, że panikowałam. Jednak ja nie panikowałam! Po prostu nie zrobiłam nic, żeby zatrzymać mojego braciszka. Obiecałam Sophie, że będę go pilnować. Nie przypilnowałam, głupia ja!
- Nie denerwuj się tak – odparł spokojnie Piotrek. – Nie ma do tego powodu.
„Nie ma do tego powodu”? Jak to nie ma do tego powodu! Jest powodów i to od groma i ciut.
- Jestem spokojna – odparłam cicho.
Czekaliśmy w milczeniu, zerkając raz po raz w stronę sklepu. Kiedy już stwierdziłam, że ich złapali i teraz dopiero nam się obojgu dostanie, to drzwi otworzyły się i ze środka wyszedł Jayden, a tuż po nim Aria. Zdziwił mnie ich spokój i opanowanie. Jakby nie mieli w zanadrzu zrobienia niczego złego.
- Co tam, leszcze? – uśmiechnęła się Aria.
- A tam, kleptomani?
Jayden podszedł do nas leniwym krokiem i uśmiechając się kpiarsko w stronę Alicji, uchylił bluzę.
- Wódka? – syknął Piotrek, wlepiając ze zdziwieniem oczy w szklaną butelkę.
- Spoko, opyliłam chipsy, żeby nie było podejrzanie – odparła spokojnie Aria.
- Zwariowaliście? – szepnęła Alicja.
- Fakt. To kto idzie po popitę?

~***~

W internacie powinniśmy być już ponad dwadzieścia minut temu. Tymczasem znajdowaliśmy się niecałe trzy kilometry dalej na polance. Sami, w czwórkę, otoczeni lasem.
Siedziałam wciśnięta między Piotrka, a Arię, czując się dzięki temu jako-tako bezpiecznie. Jednak bez przerwy oglądałam się przez ramię. To już mi weszło w nawyk. Ostatnie wydarzenia niestety odcisnęły na mnie takie piętno. Oj, już nie narzekam. Dobrze się bawiłam, naprawdę. Na dodatek Alicja stchórzyła. Stwierdziła, że nie ma ochoty na „aż takie przeginanie pały” jak to określiła.
Siedziałam z Arią na trawie, już od pół godziny przedrzeźniając jej słowa. Śmiałyśmy się przy tym, jakby nie było lepszego żartu na świecie. Chłopcy patrzyli na nas trochę jak na idiotki, ale co to kogo obchodziło! Oni wciągnęli się w swoją rozmowę, my w swoją.
Wszystko było takie... na miejscu. Jakby od zawsze to było planowane, jakbyśmy poznali się tylko dla tego jednego wieczoru. Wymienialiśmy nieznaczne uśmiechy, które tak naprawdę zacieśniały nasze kontakty. Rozmawialiśmy, wygłupialiśmy i wspólnie wsłuchiwaliśmy się w ciszę, która od czasu do czasu wkradała się w dialog.
Patrzyłam z radością, jak Jayden odnajduje kontakt z Piotrkiem, jak na chwilę przestaje być niemiły, rzucając mi lekkie uśmiechy. Wiedziałam, że szybko to minie, ale świadomość tego, że się starał nawiązać rozmowę z kimkolwiek, wprawiała mnie w dumę. On nigdy nie miał przyjaciół, nawet zwykłych kolegów. Po prostu samotnik. A teraz? A teraz wydawał się czuć to co ja. Nieskończoność.
I nagle wszystko się ściemniło i pozostało tylko przerażenie i dławiący strach. Chyba wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy... przecież gdy umrę, znikną i takie chwile. Takie bezgranicznego szczęścia, wesołego uśmiechu i rwącego się serca w swój własny rytm. Rytm życia, który miał mi być odebrany przez zwykłą ciekawość.
Czasami ciekawość jest zła...
Moje serce raptownie przyspieszyło, a po plecach przebiegł dreszczyk. Cienie? Czemu tak długo się nie ukazywały? Czemu mnie nie straszyły?
Rozejrzałam się niespokojnie, wbijając spojrzenie w ścianę lasu. Nagle poczułam się niepewnie.
- Nie chcę umierać – wymsknęło mi się. Cała trójka patrzyła na mnie uważnie. Gryzący dym wkradł się do moich oczu, kiedy wiatr skierował się w moją stronę.
- Nie martw się, zrobimy coś z tym – powiedziała Aria, kładąc mi dłoń na ramieniu i uśmiechając się pocieszająco. Ogarnęła spojrzeniem chłopców, szukając u nich wsparcia. Piotrek zaczął rzucać jakieś propozycje unicestwienia Cieni. Podobno dużo na ten temat czytał. Ta troska z jego strony trochę mnie podbudowała. Chyba należy mi się choć odrobina ciepła od kogoś...?
Nie skupiałam się jednak na jego słowach. Moje spojrzenie utkwiło w Jaydenie. Patrzył na mnie, ze zmarszczonymi brwiami, a jego bystre oczy wydawały się mnie świdrować na wskroś. Na chwilę pojawiło się w nich przerażenie i zrozumienie, ale szybko znikło. Jak nigdy chciałabym się dowiedzieć, o czym w tej chwili myślał.
- Będzie dobrze – Aria oparła głowę na moim ramieniu, a ja poczułam coś w rodzaju wielkiej pustki. Dobrze? Oszalałaś, dziewczyno? Mam zginąć, a ty mówisz mi, że będzie dobrze...
Skinęłam jednak głową. Musiałam w to wierzyć, prawda? Co innego mi zostało.

„Będzie dobrze”.

~***~

Trochę tu dużo rozmyślań Bianci ;_;
Jednak rozdział ważny, w szczególności dla Jaya ;>
Jak tak patrzę na kolejne rozdziały, to one trochę mieszają w tej historii.
Kolejna kartka w czwartek.
Dziękuję wszystkim czytającym i komentującym.
Wszystko to mobilizuje mnie do dalszej pracy!

sobota, 28 grudnia 2013

Kartka 8

Dzień był słoneczny. Ciepłe promienie smagały nasze ciała, kiedy wylegiwaliśmy się w trójkę na plaży. Lato trwało w najlepsze, chociaż niechybnie zbliżało się ku końcowi. Brak tłumów na głównej plaży był na to najlepszym dowodem.

Na sobotni dzień zajechaliśmy autobusem do najbliższego miasteczka nad samym Bałtykiem. Droga nie trwała długo, pół godziny szybko zleciało w tak dobrym towarzystwie.

- Nasmarujesz mi plecy? Spalę się zaraz na tym słońcu – sapnęła Aria, wygrzebując z torby filtr. Patrzyła przy tym na Piotrka, leżącego po jej prawej stronie.

- Sama sobie nasmaruj – mruknął, leniuchując do góry brzuchem. Ręce zatknął za głowę, a twarz przykrył książką. Był w samych spodenkach do pływania. Chcąc nie chcąc moje spojrzenie zatrzymało się na jego opalonej klatce piersiowej. Nie była może ona perfekcyjnie wyrzeźbiona, jednak miała w sobie pewien urok. Piotrek nie był chuchrem, chociaż do grupy macho się nie zaliczał. Był um...

- Bianca, ej! – szybko odwróciłam wzrok, czując jak moją twarz rozpalają dorodne rumieńce. – Posmarujesz mnie, czy nie?

- Już, już – bąknęłam zawstydzona, biorąc od niej krem. Kątem oka zauważyłam, że Piotrek uśmiecha się wesoło pod książką. Uh, nie widział mojego wzroku, prawda? Błagam, nie widział!

Aria nie powiedziała nic więcej, tylko zgromiła mnie spojrzeniem i siedziała naburmuszona przez kilka chwil. Rozsmarowałam krem dokładnie na jej plecach i oddałam filtr. Nadal czułam, że pieką mnie policzki.

Pozwoliłam sobie jednak na jedno, szybkie zerknięcie. Właśnie się podniósł do pozycji siedzącej. Zamknął książkę, po czym nasze spojrzenia się zetknęły. Uśmiechnęłam się lekko i zerwałam kontakt wzrokowy.

- Wchodzimy do wody? – spytałam.

- Dopiero się posmarowałam! – Aria posłała mi spojrzenie typu „weź się w tej wodzie utop”, przez co wyszczerzyłam się radośnie. – Z resztą, walić to.

Podniosłyśmy się z ręczników i zaczęłyśmy biec do morza.

- O ile zakład, że będzie bardzo zimna?! – wrzasnęłam, jeszcze zanim dotknęła mnie pierwsza fala.

- Ale ja wiem, że będzie! – odkrzyknęła mi Aria. Piszcząc, śmiejąc się i krzycząc, wbiegłyśmy w lodowatą taflę wody. – Ziiiiiimna! – zawyła, szczękając zębami.

Chwyciłam ją za rękę i pociągnęłam dalej. Byłyśmy już zanurzone po pas, kiedy dołączył do nas Piotrek. Zaczął ochlapywać nas wodą, przez co nie obyło się bez wrzasków i narzekań.

Byłam już porządnie zmoczona, kiedy Aria zaczęła brnąć w stronę brzegu.

- Odłożę okulary! – krzyknęła do mnie. Pokiwałam głową i nie zdążyłam się zakryć, kiedy nowa porcja wody zalała całą moją twarz.

- Piotrek! – wrzasnęłam niezadowolona, przecierając oczy. Ten tylko śmiał się w najlepsze, przygotowując się do kolejnego ataku. Tym razem byłam szybsza, umknęłam kolejnej fali i rzuciłam się na niego z wyciągniętymi rękami. Pchnęłam go z całej siły w morską toń, jednak utrzymał się na nogach i nawet nie drgnął. Uśmiechnął się diabelnie i ścisnął moje dłonie tak, że nie mogłam nimi ruszyć.

- To nie fair! – zaoponowałam, próbując się wyrwać. Bez skutku, nadal tkwiłam w żelaznym uścisku.

- Hmm, co by teraz z tobą zrobić – zastanowił się. – Utopić trochę szkoda, jeszcze się przyda.

- No dzięki! Nie wiem czy miał być to komplement, czy obraza...

- Raczej komplement. Za ładna na śmierć – odparł, mrugając do mnie łobuzersko.

- Będziemy dalej prowadzić tą bezsensowną konwersację, czy przejdziemy do czynów? Chcę już mieć to za sobą – zakpiłam, wywracając ostentacyjnie oczami. Piotrek wziął sobie do serca moje słowa i bez chwili zwątpienia, zaatakował. Chwycił mnie w talii i podniósł w górę, chcąc pewnie wyrzucić gdzieś w głębinę. Jednak objęłam go w pasie nogami, a uwolnione ręce zacisnęłam na ramieniu.

- Puść mnie, puść mnie, puść mnie, puść! – zawyłam, wbijając mu w skórę paznokcie.

- Ej spokojnie, bo jeszcze dzieci z tego będą! – zaśmiała się Aria, brnąc w naszym kierunku. Na jej twarzy kwitł wesoły uśmiech, który nie objął oczu. Patrzyła na naszą dwójkę takim dziwnym wzrokiem pełnym... nie, musiało mi się to przewidzieć.

- Pomóż mi! – krzyknęłam, jednak nie kwapiła się zbytnio do tego. Nawinęła na palec swoje różowe ombre i udając zamyślenie, postukała się palcem po brodzie.

- Nie, nie sądzę, aby to było potrzebne – odparła.

- No dzięki! Najlepiej to tak zostawić, co nie?

- Oj daj spokój, co on może ci zrobić? – parsknęła Aria, wreszcie do nas dołączając. Postukała Piotrka po ramieniu i uśmiechnęła się zawistnie. – Użyj trochę siły, co?

- Jestem po prostu za gruba! Te wszystkie czekoladki robią swo... oooooo! – moje słowa przerodziły się w krzyk, kiedy przez parę sekund szybowałam w powietrzu. Wpadłam do wody na plecy, rozbryzgując dookoła lodowate kropelki.

Kiedy tak opadałam, poczułam jak po moich plecach przechodzą ciarki. Coś zakleszczyło swoje szpony na moim nadgarstku i szarpnęło z ogromną siłą. Poczułam jak mimowolnie zaczynam płynąć, ciągnięta przez to... coś.

Chciałam wrzasnąć, ale bałam się wypuścić powietrze z płuc. Mogłam nie mieć już szansy by wypłynąć na powierzchnię. Miotałam się jak w amoku, na oślep uderzając ręką, byleby pozbyć się „tego czegoś”. Bałam się otworzyć oczy i ujrzeć to, co zobaczyłam wtedy w pokoju.

Płuca zaczęły mnie boleć, w głowie z każdą chwilą narastał przeciągły pisk, a moje ruchy stały się wolniejsze i mniej pewne. Nie chcę tak umierać. Proszę, naprawdę nie chcę tak umierać.

Musiałam zaczerpnąć powietrza. Otworzyłam usta, zdecydowana zakończyć to szaleństwo, kiedy jakieś ręce otoczyły moją talię i pociągnęły zdecydowanie w górę. W górę, do światła, do powietrza. Niżej, niż tam, gdzie jeszcze przed chwilą myślałam, że trafię.

Z chwilą, gdy unieśliśmy się nad powierzchnią, zaczerpnęłam ogromny haust tlenu. Łapałam go łapczywie, cały czas mając wrażenie, że w jednej chwili „to coś” może mnie znów pociągnąć w dół.

- Wszystko w porządku? – dobiegł mnie stłumiony głos.

- Ale nas nastraszyłaś!

- Bianca?

Pokręciłam pomału głową, stając już na własnych nogach. Przetarłam oczy, rozejrzałam się wkoło i wrzasnęłam, kiedy coś otarło się o moją stopę. To glony. Na pewno, nie ma się co martwić.

Jednak ruszyłam z krzykiem w stronę brzegu, wciąż mając wrażenie, że znów wpadnę pod wodę i tym razem już z niej nie wypłynę.

Poczułam się bezpiecznie dopiero na plaży, owinięta w ręcznik i ciskająca naokoło przerażone spojrzenia. Aria i Piotrek dołączyli do mnie chwilę potem. Dziewczyna zamknęła mnie w stalowym uścisku.

- Boże, myślałam, że utoniesz! – wrzasnęła nagle, z głosem pełnym wyrzutu. Nie przestając mnie dusić, kontynuowała. – Poszłaś na dno jak kamień! Nie umiesz pływać, czy co?! Nie strasz mnie tak więcej! Jeśli to zrobisz, to własnoręcznie cię utopię! Jak mogłaś...

- Umiem pływać – zaoponowałam, marszcząc brwi. Podniosłam rękę w górę. Na nadgarstku widniały czerwone ślady. Piotrek, który usiadł po mojej drugiej stronie, patrzył na to bez słowa. – Coś mnie złapało.

- Coś cię złapało? – prychnęła Aria, unosząc lekko głowę. Spojrzała na moją rękę i zmrużyła oczy, widząc czerwone ślady. – CO cię zaatakowało?

- To był Cień – powiedziałam bez najmniejszej wątpliwości. Wpadło mi to do głowy dopiero, kiedy te słowa padły. Zagryzłam wargę, podświadomie czując, że to prawda.

- Tutaj? Przecież to jest w szkole! – zaoponowała Aria, patrząc na mnie z niedowierzaniem. Zerknęłam na Piotrka. Wpatrywał się w moją rękę, a na jego czole pojawiła się pionowa bruzda.

- Chyba wybrało mnie na swój cel.


~***~


- Cześć Sophie! – przywitałam się z udawanym entuzjazmem. Moja siostra wybrała sobie na telefon najmniej odpowiednią porę. Jeszcze nie doszłam do siebie, po wydarzeniach na plaży. Jechaliśmy właśnie autobusem w stronę kompleksu szkolnego.

- Mama mówi, że przyjedziemy do was za tydzień! – krzyknęła mi do słuchawki, rozentuzjazmowana. – Stęskniłam się już.

- Ja też, Phi. Jayden też tęsknił i to bardzo!

- Naprawdę? – zdziwiła się dziewczynka, po czym wybuchła wesołym śmiechem. – Wrabiasz mnie!

- No pewnie, że tak! Nie pytałam, ale na pewno tęsknił. Zorganizujemy wolny czas na całą sobotę, Phi.

- Super! Lion chciałby cię zobaczyć – miała oczywiście na myśli naszego labradora.

- Mam nadzieję, że go tam nie dusisz, co? – parsknęłam, a w słuchawce zapadła chwila ciszy. Wysiadłam właśnie z autobusu i szłam tuż za Arią i Piotrkiem wzdłuż drogi.

- Nie. Nie duszę – powiedziała Sophie dziwnym głosem. – Mama mówi, że muszę kończyć, jedziemy gdzieś.

- Trzymaj się tam, Phi. Do następnej soboty!

- Bianca, pilnuj Jaydena. Pa! – moja młodsza siostra rozłączyła się, a ja z dziwnym przeczuciem schowałam telefon do kieszeni. Zanim jednak zdążyłam się zastanowić nad tym, co mała miała na myśli, mówiąc żebym go pilnowała, ktoś zagrodził mi drogę. Ledwo zdążyłam wejść na teren szkoły.

- Pewnie ty jesteś Easay, co? – przywitała się niedbałym głosem. Przeniosłam wzrok na nią i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to ostry makijaż i blond-włosy ułożone w sztuczne fale.

- Taak, ja – przytaknęłam niepewnie, a blondynka uśmiechnęła się zawadiacko. Jej wzrok na chwilę powędrował ponad moim ramieniem i kiedy tuż koło mnie stanął Piotrek, jej twarz rozjaśniła się.

- Jestem Laura – odgarnęła włosy na plecy i przechyliła głowę w bok, pozwalając, by znów wpadły jej

na oczy. Do tego wszystkiego uśmiechała się uwodzicielsko, aż mnie mdłości wzięły. – Psycholka cię szuka.

- Psycholka?

- Pani psycholog – dziewczyna wywróciła oczami, jakby było to coś oczywistego. Posłała Piotrkowi znaczący uśmiech i odeszła, przesadnie ruszając biodrami. Dobra, w tym momencie to już rzygałam tęczą.

- Gdzie ją znajdę? – krzyknęłam jeszcze za nią. Odwróciła lekko głowę w moją stronę.

- Na korytarzu przy sali ze sceną. Podobno twój brat ześwirował – zaśmiała się, jakby sam fakt sprawiał jej ogromną radość.

Wymieniłam z Arią zdziwione spojrzenia i nie czekając na nic, ruszyłam w stronę budynku „talentów”.

Drogę pokonałam praktycznie w biegu, czując jak serce pomału podchodzi mi do gardła.

„Podobno twój brat ześwirował. Ześwirował. Ześwirował. Hahaha”

Pokonałam schody przeskakując po dwa stopnie i zdyszana wpadłam na właściwy korytarz. Na samym jego końcu dostrzegłam pięć osób. Jedna z nich stała dalej od innych i wyciągała rękę wprzód, jakby chcąc ich zatrzymać. Tylko, że coś trzymała w tej ręce. I zrozumiałam, to był Jayden.

- Jay! Co się dzieje? – spytałam, docierając na miejsce. Brat posłał mi zacięte spojrzenie, a ostrze noża, które miał w ręce, skierował prosto w moją głowę. Zdziwiłam się jeszcze bardziej, gdy na jego twarz wstąpiło przerażenie, a ręka zadrżała, znów zmieniając położenie. Chyba dotarło do niego, w kogo przed chwilą celował.

Stanęłam pomiędzy czarnowłosą dziewczyną, a kobietą w białym kitlu.

- Co się dzieje? – powtórzyłam, nie uzyskawszy wcześniej odpowiedzi.

- Pan Easay ma chyba... trudny dzień – powiedziała kobieta, posyłając mi znaczące spojrzenie. Nie zrozumiałam, co miała na myśli. Jednak bez wahania ruszyłam w stronę brata, patrząc mu prosto w oczy. Na jego czole widniały kropelki potu, a wzrok błądził po twarzach zebranych z obłąkańczą prędkością.

Czyżby TO znowu się zaczęło?

- Oh, Jay – nie zważając na ostrze w jego ręce, rzuciłam się w jego stronę. Wzięłam go w objęcia, wtulając twarz w jego miękką koszulę. – Nic się nie stało. On się tylko... zaniepokoił.

- Gdyby niepokoił się tak codziennie, to połowa szkoły zostałaby zadźgana nożem – zironizowała pani psycholog, nierozważnie podchodząc krok bliżej. Jayden natychmiast wyciągnął ku niej nóż, ale w jego oczach nie było tak wielkiej furii, jak wcześniej.

- Trzeba zadzwonić do jego rodziców – odezwał się ktoś.

- Zabiorę go do siebie. Bianco, kochanie, możesz z nami zostać?

I zostałam. Jayden się uspokoił i o dziwo przeprosił za zamieszanie. Staraliśmy się raczej nie mówić o jego traumie z dzieciństwa. Pani psycholog potraktowała to jako jednorazowy wybryk i na tym wszystkim się to skończyło.


Spałam spokojnie, zmęczona wydarzeniami dni. Przez połowę wieczoru szlifowałam wszystko, co zaczęło się dziać odkąd przenieśliśmy się do nowej szkoły. Dużo tego było i nie dawało mi spokoju. Zaczęłam bać się samotności, co było dla mnie tak nietypowe, że aż sama się temu dziwiłam.

Obudziłam się nagle. Był środek nocy, zegarek na szafce nocnej wskazywał godzinę drugą. Pot spływał po mojej twarzy, a serce waliło jak oszalałe. Jednak nie pamiętałam nawet kawałka snu, który musiał mnie tak przerazić.

Rozejrzałam się wkoło, chcąc skupić na czymś swoją uwagę, jednak ciemność otaczała mnie z każdej strony. Może to dość szalone, ale w tamtej chwili wpadł mi do głowy pomysł, by iść do Jaydena.

Przez moment leżałam jeszcze w cieplutkim łóżku, opatulona największą tarczą przeciwko potworom, jaką wynalazł świat. Jednak musiałam się ruszyć, po prostu musiałam.

Odpaliłam latarkę w telefonie, zarzuciłam na pidżamę sweter mamy i przeszłam na palcach w stronę wyjścia. Bałam się obudzić Arię, chociaż jeszcze bardziej bałam się iść sama.

„To szalone!” – szeptał głos w mojej głowie. Gdybym miała go dopasować do jakiejś postaci to byłby to głos Jaydena. Właśnie to dodało mi odwagi, żeby otworzyć drzwi i wyślizgnąć się na korytarz.

Czułam się jak w amoku. Palce u stóp zaczęły mi pomału zamarzać. Latarka dawała światło tylko w pewnym obszarze, poza nim rzucała cienie. Tańczyły wkoło z każdym moim krokiem. Niemal słyszałam ich wesoły śmiech, który rozbrzmiewał zewsząd.

„Nie bój się, Bianco!” – krzyczały, głaszcząc mnie po głowie jak posłusznego szczeniaka.

Serce podeszło mi do gardła, gdy poczułam na ramieniu delikatny dotyk.

Nie, nie, nie! Tylko nie to!

Nie chciałam się obracać. Ruszyłam pędem przed siebie. Czułam jak serce tłucze się w mojej klatce piersiowej obłąkańczym tempem. TO chyba za mną podążało.

Pokonałam schody, kolejne zakręty i dopadłam właściwe drzwi. Szarpnęłam za klamkę i odetchnęłam z ulgą, kiedy odpuściły z cichym kliknięciem. Weszłam szybko do środka i dla bezpieczeństwa zamknęłam drzwi na klucz.

Jayden pomału zaczął się budzić. Przecierał oczy i patrzył na mnie ze zdziwieniem.

- Hej – szepnęłam, zerkając na Piotrka. Leżał tyłem do mnie, całkowicie zakryty kołdrą. Nadal spał.

- Co ty tu robisz – w jego głosie nie było ani krzty pretensji, tylko same niedowierzanie.

- Mogę spać u ciebie? – spytałam. Przetarłam zmarznięte ręce i naciągnęłam rękawy swetra, czekając na odpowiedź.

- Spoko – sapnął i znów opadł na poduszkę. Wślizgnęłam się do niego pod wygrzaną kołdrę i skuliłam w kłębek.

- Wszystko okej?

- Lepiej. Jak za dawnych czasów, co?

- Prawie.

Wtuliłam głowę w jego ramię i zamknęłam oczy. Przeszedł mnie przyjemny dreszczyk, kiedy ciepło rozeszło się po całym ciele.

- Dobranoc, Jay.

- Dobranoc, murzynku.

Uśmiechnęłam się mimowolnie.

         Tak. Jak za dawnych czasów.

~~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~~~

Jedni Jaydena nie lubią, inni uwielbiają. 
Cóż, wychodzi na to, że wywołuje on same skrajne emocje...
Jeśli ktoś uważnie śledzi tekst, to zdoła zobaczyć przed innymi to, co przemycam między rozdziałami :)
Dałabym kartkę1 stycznia, ale wiem, że większość będzie kacować XD
Także kolejny rozdział 2.01 ;3
Życzę Wam wszystkim ciekawego sylwestra!
Dziękuję, że ze mną jesteście ;*

niedziela, 22 grudnia 2013

Kartka 6

Na początek, jeśli to nie problem, to zagłosujcie na Madeline, numerek 2 TUTAJ.
Zasługuje ;3
A teraz, enjoy. Jeśli ktoś znajdzie błędy, to będę mu wdzięczna! ;3

~~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~~~


W końcu opanowałam zdolność poruszania własnym ciałem. Wrzasnęłam przerażona i cofnęłam się parę kroków do tyłu. Stan mojej równowagi jednak miał się krytycznie. W efekcie czego wylądowałam na plecach. Uderzyłam głową o posadzkę i na chwilę zabrakło mi tchu.

- Nic ci nie jest? – tuż nad moją głową pojawiła się przerażona twarz Piotrka. Odetchnęłam głęboko raz, potem drugi i kiwnęłam głową.

Dziwne uczucie na moim ramieniu zniknęło.

- Powiedz mi, że widzisz to, co ja. Powiedz, że nie zwariowałam – wykrztusiłam z siebie. Usiadłam na podłodze, nie patrząc na chłopaka, tylko wbijając wzrok w wizjer.

Po chwili wahania podniósł się s klęczek i oglądając się na mnie ruszył do metalowych drzwi. Uśmiechnął się niepewnie. Bał się.

Chyba mieliśmy stalowe nerwy. Chciałabym uciekać, naprawdę chciałabym. Widziałam po jego spojrzeniu, że i on chciał. Czemu nie mogliśmy? Co nas tu trzymało? Głupia duma, czy ciekawość? A może coś silniejszego? Coś, co przyprowadziło mnie tu za pierwszym razem i sprawiło, że przyszłam teraz z Piotrkiem? Coś, co miało nad nami większą kontrolę, niż my sami. Co ja gadam...

Piotrek zaglądnął przez wizjer do pokoju obok. Usłyszałam aż tutaj, jak wciąga głośno powietrze. Nie patrzyłam na niego, patrzyłam na otwarte drzwi, wychodzące na korytarz. Tylko one teraz dawały jakieś światło. Chwilę mi zajęło zrozumienie, że właśnie się zamykają.

Powolutku sunęły w stronę framugi, by uwięzić nas tutaj. Samoistnie. Moment... drzwi? Same się poruszają? Nie czułam przeciągu, ani niczego innego. Na dodatek drzwi raczej nie robiły tego naumyślnie...

W jednej chwili poderwałam się do góry i znów poczułam mroźny oddech na karku.

Zwariuję! Ja zaraz tu zwariuję!

Panika wzięła nade mną górę. Doskoczyłam do drzwi wiodących na korytarz i naparłam na nie tak, by zatrzymać je w miejscu. Co dziwne, dalej sunęły naprzód, nie robiąc nic sobie z moich wysiłków.

- P-p-p-p-p... – zająknęłam się, charcząc nienaturalnie zachrypniętym głosem. – P-p-p-p-piotrek!

Chłopak powoli oderwał wzrok od wizjera i spojrzał na mnie z ustami otwartymi w wyrazie niemego przerażenia.

- Nie zwariowałaś – powiedział. Przez chwilę ogarnęło mnie błogie uczucie ulgi. Tylko przez jedną, króciutką chwilę, aż drzwi znowu nie zaczęły mnie przesuwać po podłodze. Jedna, krótka chwila.

- Szybko! – wykrztusiłam jeszcze z siebie. Dotarł do mnie w dwóch, długich susach. Przemknął przez szczelinę, jaka została między framugą i zatrzasnął drzwi. Głuchy huk potoczył się echem po cichych korytarzach szkoły.

Nagle zdałam sobie sprawę, że teraz należało zacząć się obawiać ludzi z krwi i kości. Chwyciłam chłopaka za rękę i pobiegliśmy w stronę wyjścia. Adrenalina dodawała mi szybkości. Nigdy nie byłam jakimś asem w bieganiu, ale teraz prułam przed siebie, aż się kurzyło. Znaczy... kurzyłoby się, tylko aktualnie nie miało co.

Wybiegliśmy na dwór i przystanęliśmy dopiero koło rozłożystego drzewa, z daleka od ścieżek. Wyczerpana usiadłam na trawie, opierając się plecami o wierzbę. W cieniu, gdzie nie było tak ciepło, a naokoło wciąż było jasno, wydawało mi się to wszystko takie absurdalne.

Zaczęłam się śmiać. Po dłuższym czasie rozbolał mnie brzuch, a łzy, które popłynęły po policzkach, wyrobiły sobie jasne ścieżki na skórze okrytej kurzem. Westchnęłam i oparłam głowę o drzewo, zerkając na siedzącego obok mnie Piotrka.

Chwilę siedzieliśmy tak w milczeniu, zatopieni we własnych myślach. Serce pomału odnajdywało swój zwykły rytm, oddech wracał do normy, a kolka zelżała. Pozostał tylko zamęt w głowie.

- Co to było? – spytałam. Zaczęło się robić ciemno, niebo z niebieskiego przeszło w granat, a słońce pomału chowało się za horyzontem, pozostawiając za sobą kolorowe smugi.

- Niestety nie wyobraźnia – brzmiała odpowiedź. Znów zamilkliśmy. Starałam się to wszystko poukładać w głowie, ale za każdym słyszałam cienki śmiech logiki.

„Zwariowałaś – podsuwała mi namolnie. –  Po prostu zwariowałaś, dziewczyno!”

- Ciekawe, czy ktoś to widział, prócz nas – zastanowiłam się. – Jak znalazłam się tam za pierwszym razem, to drzwi były uchylone. Na dodatek do piwnic mają dostęp sprzątaczki, trzymają tam swoje ścierki...

- Może to jest tak, jak w książkach. Niektórzy są po prostu ślepi na to – powiedział Piotrek. Przemilczałam to, rozpatrując w głowie jego słowa.

- Jak w „TO” Stephena Kinga? Tylko dzieci i niektórzy z dorosłych widzieli klowna.

- Dokładnie tak.

- Tylko, że to nie jest książka, my możemy zostać zranieni naprawdę – szepnęłam. Głos mi się załamał. Chyba będę miała urazę do zajęć z talentów. Na szczęście fotografia w głównej mierze miała miejsce na dworze, prócz oczywiście zajęć teoretycznych.

- Chyba zwariowałem, ale... muszę się czegoś na ten temat dowiedzieć – oświadczył nagle i wstał. Uniosłam głowę i zauważyłam w jego oczach coś, co mi się nie spodobało.

- Nie chcesz chyba tam wracać, co? – spytałam, podnosząc się do góry.

- Wiesz...

- Nie wracaj tam!

- Na razie nie zamierzam – odparł spokojnie, wtykając ręce do tylnych kieszeni. Nie patrzył na mnie, tylko gdzieś w przestrzeń ponad moją głową.

- Może to żadne paranormal activity – powiedziałam. – Może po prostu jakiś film wgrany w wizjer...

- Film? – parsknął chłopak. Naburmuszyłam się lekko, rzucając mu krzywe spojrzenie. – Jeśli to film, to pewnie jakiś aktor chuchał ci na kark, tak?

- Może – odparłam wymijająco. – To szkoła dla ułomów! Pewnie kiedyś próbowali odtworzyć jakiś horror i pozostawili efekty specjalne w piwnicy...

- Wierzysz w to?

- Nie.

Staliśmy, milcząc przez chwilę. Patrzyłam prosto w jego brązowe oczy i czułam narastające wątpliwości. Może to były po prostu halucynacje? Zanim jednak się odezwałam, on obrócił się i ruszył przed siebie.

- Gdzie idziesz? – spytałam, szybko go doganiając.

- Poszukam w internecie, ktoś musiał coś widzieć. Ewentualnie spytam jakiejś sprzątaczki. Nie zejdę tam! Obiecuję! W każdym razie... teraz. Zbyt świeżo mam to w głowie.

- Jeśli będziesz chciał znów zejść – zaczęłam wolno, czując narastającą gulę w gardle – to zejdę z tobą.

Spojrzał na mnie z wątpliwością, jednak po chwili uśmiechnął się lekko.

- To się zgłoszę – powiedział.

~***~

Do pokoju wpadłam jak huragan. Trzasnęłam drzwiami i wyszukałam wzrokiem Arii. Siedziała na łóżku i wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami. Na kolanach trzymała książkę, którą musiała czytać zanim jej tak brutalnie przerwałam.

- Zgaduję, że mogę się zacząć bać – jęknęła, bez żadnego cienia wątpliwości.

W miarę opowiadania całego zdarzenia, jej oczy rozszerzyły się do granic możliwości, a usta kreśliły kształtne „O” w najbardziej odpowiednich momentach. Jednak nie potraktowała tego, jak historii z życia wziętej, a raczej jak wyimaginowane opowiadanie pochodzące z urojeń autora.

- Bałaś się? – spytała takim tonem, jakby mówiła o przeżyciach podczas oglądania horroru w kinie.

- Nie, cieszyłam – sarknęłam, krzywiąc się lekko. – Czemu nie chciałaś iść?

Na dłuższy moment zapadła cisza. Coraz częściej wkraczała ona w wartkie dialogi pomiędzy naszą czwórką.

- No cóż...

- Nie uwierzycie! – Piotrek wpadł do pokoju i po raz kolejny w ciągu kilku minut, drzwi trzasnęły z hukiem.

- W co nie uwierzymy? – spytała szybko Aria, wymigując się od tematu.

- Krąży o tym, co widzieliśmy, zbiór opowiadań – zastanowił się chwilę i zaczął szybko klikać na swoim mini-laptopie. – Nie jest napisane o konkretnej szkole, tylko ogółem w Polsce.

- I co? – spytałam, kiedy zapadła niepewna cisza. Piotrek popatrzył raz na mnie, raz na ekran i skrzywił się nieznacznie.

- Stek bzdur wyssany z palca. Ale przeczytaj, może jest jakieś ziarnko prawdy – podał mi laptopa i usiadł na krześle, obok łóżka Arii.

Zanim jednak zdążyłam wyciągnąć ręce, drzwi znów się otworzyły i do środka wparował Jayden. Standardowo gruchnął drzwiami o framugę i rozejrzał się po towarzystwie. Chyba mu nas brakowało, że postanowił sam przyjść.

- Co tak trzaskacie, cały internat narzeka – warknął na wstępie.

- Zluzuj, od narzekania mistrzem jesteś tylko i wyłącznie ty – odparłam, uśmiechając się lekko. Nie zareagował szczególnie na tą zaczepkę. Usiadł na moim łóżku i zaczął mi się natarczywie przyglądać. Chyba trybiki mu wpadły na dobre miejsca, bo miał zmartwioną minę.

- I co? – spytał tak po prostu, zerkając na Piotrka.

- No i to prawda.

Przechwyciłam laptopa i mrużąc oczy wpatrzyłam się w ekran. Aria zaglądała ponad moim ramieniem. Obie zagłębiłyśmy się w historię, która była zupełnie idiotyczna.

- Bianca... – zaczął Jayden. Ciarki mnie przeszły, jak przypomniałam sobie, gdzie i w jakiej sytuacji zostało wypowiedziane moje imię ostatnio. Trauma na całe życie. Jak ja mam teraz zasnąć?

- Czytam – mruknęłam krótko, nie odrywając wzroku od ekranu. Stek bzdur. Bzdura za bzdurą. Jeśli TO miało być odzwierciedleniem, tego co dzisiaj widzieliśmy, to ktoś był ślepy i nieczuły. Jednak jeden szczegół przykuł moją uwagę.


„Mówili, że prowadzono tam badania.
Inni wspominali o obrzędach.
Jednak każda wersja sprowadzała się do jednego – do cieni.
Coś się nie udało, coś umknęło ich uwadze. Pojawiło się zło nie do poskromienia.
Cienie.
Nie sposób ich zatrzymać, jeśli wybiorą ofiarę. Chowają się w jej cieniu, czekając na dobry moment. Nękają, żywiąc się jej strachem.
Kiedy nadchodzi czas,  wyłaniają się z nicości i atakują. Rozszarpują ofiary na strzępy.
Kim są Cienie? Są strażnikami tajemnic tak strasznych, że ludzkość mogłaby się przez nie wyeliminować.”


Siedziałam przez chwilę w bezruchu. Aria skończyła czytać i rozglądała się ze znudzoną miną po pokoju. Nie zauważyła. Nie dostrzegła tego fragmentu.

- Wiesz... – podniosłam powoli wzrok i wbiłam go w Piotrka. Wpatrywał się we mnie z uwagą. Nie, on też nie mógł tego dostrzec. To ja wtedy stałam w wizjerze. To ja patrzyłam, jak bezkształt odrywa się od ściany.

Ja. Ja. To ja. Już po mnie?

Moment zajęło mi pojęcie tego, co proponował mi mózg. Widziałam cienie. Czy to znaczy, że w pobliżu jest jakaś koszmarna tajemnica? Czy cień dostrzegł mnie na tyle, że będzie chciał mnie zabić? Czy już czai się za mną?

Obróciłam raptownie głowę i wrzasnęłam widząc cień na ścianie. Mój cień. To nie Cień, tylko cień. O boże.

Do moich oczu napłynęły łzy, ale postanowiłam się nie rozpłakać. Po prostu nie. Zerknęłam na Jaydena. Wpatrywał się we mnie z nieprzeniknionym wyrazem. Był zamkniętą księgą, opieczętowaną zardzewiałą kłódką. Nie miałam do niej klucza. Czasem zastanawiałam się, czy istniała taka osoba w całym wszechświecie, która umiałaby go poznać do końca.

- Trochę przerażająca sytuacja – szepnęłam. Aria odchrząknęła.

- Trochę. 


~~~~~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jeśli są tu nawiązania do jakiejś powstałej książki, to nie są one naumyślne :x
Aż trudno uwierzyć, że to wszystko do czegoś prowadzi... 
W każdym razie w mojej głowie wszystko jest ze sobą powiązane XD
Kolejny rozdział z perspektywy Jaya.
Najprawdopodobniej za 2-3 dni.