Nogi wrosły mi w ziemię,
uniemożliwiając kolejny ruch. Paliłam się do biegu, a nie byłam zdolna nawet do
postawienia kroku. Odetchnęłam raz, drugi, a cisza wkoło zaczęła się
przedłużać.
- Wejdź tam, Bianco.
Drgnęłam na dźwięk jego głosu, a
serce przyspieszyło bicia, kiedy zmniejszył pomiędzy nami dystans. Wejść? W
życiu! Do drzewa? Po co?
Dzielił nas teraz jeden krok.
Patrzyłam prosto w jego oczy. Jego? W te zimne, czarne oczy, poprzeplatane
czerwonymi nićmi. Wydawało mi się, że skądś je znam, jednocześnie nigdy ich
wcześniej nie widząc.
- Jesteś tylko wyobraźnią –
wydusiłam z siebie cienkim głosem. – Takie dziwactwa jak ty nie mają prawa
istnieć.
To śmieszne, że byłam tak bliska
prawdy, zupełnie nie będąc tego świadoma.
Niby-Jayden zaśmiał się wesoło, słysząc
moje słowa. Jego uśmiech był tak nienaturalnie szeroki, że normalnemu
człowiekowi rozerwałoby połowę twarzy. Ta istota, kimkolwiek, czy raczej
czymkolwiek była, chwyciła mnie za rękę, zacieśniając na nadgarstku stalowy
uścisk.
- Pokażę ci cień ludzkich
występków – wyszeptała. – Cień zła.
Nie dając mi szansy na
jakąkolwiek reakcję, pociągnął mnie do drzewa. Zdążyłam rzucić jeszcze okiem za
siebie, w tą nieprzeniknioną ciemność, czającą się pomiędzy drzewami zanim...
runęłam w dół.
Zachłysnęłam się powietrzem,
które przesycone było smrodem zgnilizny. Zdążyłam jeszcze pomyśleć, że mniej
więcej tak samo mogła czuć się Alicja w Krainie Czarów, kiedy spadała przez
długi czas, po czym runęłam na ziemię.
Cała zawartość moich płuc
raptownie wydostała się na zewnątrz. Zakręciło mi się przed oczami, a kiedy na
nowo nabrałam tlenu, poczułam ogromny niedostatek. Tak, jakby tutaj było go
mniej niż na powierzchni.
Podniosłam się z ziemi i
przetarłam oczy. Mdłe światło sączyło się jedynie z góry, padając na ten mały obszar,
w którym wylądowałam. Reszta była ukryta w cieniu. Co więcej, wydawał mi się
on... bardziej gęsty, niż kiedykolwiek. Tak gęsty, jak ta masa, która odrywała
się zza krat w pokoju z wizjerem.
Zadarłam głowę, ale nigdzie nie
zauważyłam postaci Jaydena. Zostałam sama. Chociaż może nie do końca. W tym
świecie, który postrzegamy na co dzień oczami – tak. Jednak nie w tym, który
wychodził poza granice, nadawane nam przez mózg.
Kiedy oczy przywykły do
ciemności, z której powoli zaczynałam rozróżniać kształty, rozejrzałam się
jeszcze raz. Wydawało mi się, że z każdej ze ścian odchodzi jakaś odnoga.
Ciemny, niski tunel, na którego końcu znajdowało się... coś.
Próbowałam wejść tą samą drogą,
którą się tu znalazłam, ale ziemia bez przerwy obsypywała się spod moich nóg.
Powierzchnia wydawała się tak odległa, jak stąd do słońca, które już dawno
schowało się za horyzontem.
Obracałam bez przerwy głowę,
patrząc w czeluście tuneli. Serce biło mi jak oszalałe, kiedy wydawało mi się,
że gdzieś za sobą słyszę jakiś dziwny dźwięk. Za każdym razem jednak nie
dostrzegałam nic, prócz tej gęstej ciemności.
Dysząc ciężko wyjęłam z kieszeni
telefon i mażąc brudnymi od ziemi paluchami po ekranie, wybrałam numer Arii.
- Odbierz, błagam – szepnęłam,
kiedy usłyszałam pierwszy sygnał. Nie musiałam długo czekać. Jednak kiedy padły
pierwsze słowa, wiedziałam, że to nie Aria.
- Cztery kierunki, w tym cztery światy. Gdzie jeden właściwy, jeden twą
zgubą, jeden chlubą, choć niekoniecznie pragnieniem. Ostatni koniecznością,
choć kogo innego własnością. I jedna szansa na potępienie, lub od zmor
uwolnienie. Decyzja do ciebie należy – gdzie twoje ciało wieczność przeleży.
Połączenie zostało przerwane, a w
słuchawce rozległ się przeciągły dźwięk. Wypuściłam głośno powietrze, chowając
telefon do kieszeni.
- Jeden właściwy, jeden twą
zgubą, jeden chlubą, choć nie... choć... nie czym? Ostatni koniecznością choć
kogo innego własnością. Szansa potępienia, lub uwolnienia zmor. Decyzja do
ciebie należy – gdzie twoje ciało... – zająknęłam się - ... gdzie twoje ciało
wieczność przeleży. Co to tak właściwie znaczy?
Rozglądałam się gorączkowo wkoło,
zaglądając niespokojnie w każde z przejść. Wyglądały tak samo. Jak miałam
rozróżnić ten właściwy? Bo chyba do niego pragnęłam dotrzeć. Poza tym... co to
za głupia zagadka? To jakaś kpina? Może zwykły żart?
- Pierwszy właściwy, drugi
zgubny, trzeci chlubą. Chlubą? A dlaczego ma być niby chlubą? Czwarty
koniecznością. Dlaczego koniecznością? Który to który? – szeptałam, byleby
zagłuszyć tą ciszę.
W końcu odwróciłam się do tyłu i
spojrzałam wgłęb tunelu.
- Użyj intuicji. No dalej –
warknęłam na siebie. Jednak intuicja podpowiadała mi, żeby po prostu zwiewać.
Śmieszne. Cztery drogi do wyboru, a ja wolałabym pójść piątą, byleby dalej. Coś
czułam, że na końcu każdego z tych korytarzy czekało na mnie to samo.
Czymkolwiek było. Może śmiercią?
W końcu położyłam się na brzuchu
i wsunęłam w tunel, który akurat znajdował się naprzeciwko. Wolałam nie
siedzieć tam dłużej. Im więcej czasu pozostawałam niezdecydowana, tym bardziej
nękała mnie myśl, że po prostu zgniję w środku tego ogromnego drzewa, siedząc
bezczynnie.
Skłonności klaustrofobiczne dały
o sobie znać, kiedy zanurzyłam się w tej nieprzeniknionej ciemności. Szurałam
głową po sklepieniu, a boczne ściany uniemożliwiały większe ruchy rąk. Czułam
się w tunelu strasznie niepewnie. W dodatku cały czas miałam wrażenie, że strop
się obsypie i zostanę pogrzebana żywcem.
Nie minęło jednak dużo czasu, a
rąbnęłam głową o drewno. Syknęłam z bólu, masując sobie obolałą część ciała.
Byłam wykończona i spocona. Na dodatek na tak małej przestrzeni brakowało mi
powietrza. Jeszcze chwila i z pewnością się uduszę!
Wyciągnęłam rękę i zaczęłam badać
tą zaporę. Okazała się nią luźna deska, podbita do sufitu i zmniejszająca
miejsce do przejścia. Wydawało się to wręcz niemożliwe, żebym skurczyła się
jeszcze bardziej.
Nagle ni stąd, ni zowąd, pod
palcami poczułam miękki materiał. Wytężyłam wzrok, starając się wypatrzeć coś w
ciemności. Nie musiałam długo czekać. Nagle z nikąd wyłowiły się błyszczące,
żółte ślepia z pionową źrenicą. Patrzyły na mnie wrogo. W tunelu rozległ się
narastający warkot. Otworzyłam usta szeroko ze zdziwienia, wpatrując się ze
strachem w błyszczące, białe kły, wyłaniające się z mroku.
Stworzenie ziewnęło, kłapiąc
ogromną paszczą, po czym zaczęło się do mnie czołgać. Jak najszybciej mogłam
cofałam się w tył, jednak moje nogi naparły na pewną... zaporę. To coś było
coraz bliżej. Wydawało z siebie dziwne dźwięki, zbliżone do gadatliwego,
głodnego żołądka.
Kłapnęło zębami tuż przy mojej
twarzy, paraliżując mnie ze strachu. Zaczerpnęłam głęboko powietrza i
wrzasnęłam głośno. Nie z bólu. Z bezsilności.
~***~
Jayden
Zacząłem się już mocno niepokoić.
Doberman dawno zniknął z pola widzenia, a jego głos utonął między szelestem
liści. Jednak Biancę wcięło.
Chodziłem po tym idiotycznym
lesie, wybierając co chwilę jej numer, ale bez przerwy był zajęty. Jak to
zajęty? Rozmawia sobie spokojnie, kiedy ja tu obszukuję cały las? Co prawda
miałem do towarzystwa jeszcze Piotrka, Arię natomiast wysłaliśmy do internatu.
Może Bianca wróciła samotnie do pokoju?
Dalej przeczesywaliśmy pobliskie
krzaki, nawołując ją raz po raz. Im głębiej jednak się zapuszczaliśmy, tym
bardziej nieswojo się czułem. Rozglądałem się wkoło, przechwytując czasem
zaniepokojone spojrzenie Piotrka.
- Może coś ją zaatakowało? –
podsunął, kiedy nikt nie odpowiedział na kolejne wołanie.
- Co na przykład? – warknąłem,
mrużąc oczy i przyglądając się niebu.
- Oh, no nie wiem, może cienie? –
sarknął. Rzuciłem mu krzywe spojrzenie.
- Brawo, chłopcze, odkryłeś
Amerykę. Dziesięć punktów dla Hufflepuffu – prychnąłem.
- Gdybyśmy byli w Hogwarcie,
trafiłbyś do Slytherinu.
- Nie musisz mi tak schlebiać.
- A Bianca byłaby w Gryffindorze
– kontynuował. Zerknąłem na niego, ale wpatrywał się w pobliskie drzewa. Na
jego twarzy czaił się lekki, rozmarzony uśmiech i nagle poczułem od niego
emanujące rozweselenie. Zmarszczyłem brwi. Piotrek nadal szedł przed siebie z
tajemniczym uśmieszkiem, zupełnie nie zwracając uwagi na otoczenie. Już miałem
się odezwać, kiedy ciszę rozdarł czyjś krzyk.
Krzyk Bianci.
Nie zważając na nic i nikogo,
ruszyłem w tamtym kierunku. Byleby tylko się nie zgubić. Byleby nie pozwolić,
by dźwięk rozszedł się po okolicy i zniknął, jakby go nie było. Byleby dotrzeć
na miejsce.
Potykając się i raniąc twarz
gałązkami, biegłem bez przerwy. Nawet gdy krzyk ustał, podświadomie czułem, że
obrałem dobrą drogę. Jednak z każdym krokiem traciłem kontrolę. Obrazy, które
stawały przed moimi oczami wydawały się takie nierealne. Wręcz idiotyczne.
Pobliskie drzewo przeciągnęło
swoje grube gałęzie, trzeszcząc ospale, a jakiś spadający liść śmiał się
ochryple, wydziwiając akrobacje w powietrzu. Patyk, na którego nadepnąłem,
wrzasnął z bólu, a pobliski krzak zaczął się wydzierać.
Próbowałem odgonić od siebie te
dziwne obrazy, albo chociaż je zignorować. Nadal biegłem, ledwo powstrzymując
się od zamknięcia oczu. Zabierzcie to ode mnie!
Wróciliśmy, Jay.
Naprawdę wróciliśmy!
Co zrobisz, Jaydenie, jeśli wszystko co cię otacza to kłamstwo?
Kłamstwo! To kłamstwo!
To wszystko iluzja!
- Nie!
Nie bądź głupi!
- Spierdalaj! – wrzasnąłem.
Potknąłem się o wystającą gałąź i wylądowałem na kolanach. Przytknąłem ręce do
uszu, nie chcąc słyszeć ich głosów. – Wynoście się z mojej głowy!
Ależ ty gościnny! Myślałby kto!
Jaydenie, przypomnij sobie. Przypominasz?
Wędrówki po lesie...
Ogromne drzewo...
Przypominasz sobie to? Pamiętasz, Jaydenie?
- Wypierdalaj! – zawyłem,
przejeżdżając paznokciami po twarzy.
- Co się dzieje?! – jak z innego
świata dobiegł mnie przestraszony głos Piotrka. Machnąłem na niego ręką,
chociaż nie bardzo wiedziałem gdzie się znajduje. Zaciskałem powieki, bojąc się
ujrzeć coś odbiegającego od normy.
- Znajdź ją! – sapnąłem, starając
się rozróżnić jego głos od tysiąca innych, kotłujących się w mojej głowie.
Gdyby ktoś potrafił innym czytać w głowie i dorwałby się do mnie w tej
chwili... z pewnością by zwariował. Oszalał.
Otwórz oczy, Jaydenie.
Przypominasz sobie?
Pamiętasz?
Otwórz oczy, patrz.
Nie opieraj się. I tak cię dostaniemy.
Otwórz oczy, Jay.
Otwórz je.
TERAZ.
Uchyliłem powieki, zrezygnowany.
Moje spojrzenie trafiło na rozłożyste, ogromne drzewo, do którego biegł
Piotrek.
Wyglądało ono tak nienaturalnie,
że aż śmiesznie. Tak znajomo, a zarazem nigdy bym nie powiedział, że
kiedykolwiek wcześniej je widziałem.
I nagle wszystko uderzyło we
mnie. Powróciło. Wszystko? Kawałek. Ale jaki znaczący.
Patrzyłem na drzewo z otwartą
buzią, nie mogąc uwierzyć, że to co widzę jest prawdą.
Element układanki wskoczył na
swoje miejsce.
Poznajesz?
Poznajesz to, Jaydenie?
- Tak.
~***~
Bianca
To podziemne stworzenie było
mniej więcej wielkości wyrośniętego labradora. Warczało na mnie, jednak nie
zdołało dosięgnąć choćby pazurem. Ugrzęzło w miejscu, gdzie do stropu
przyczepiona była belka. Ten kawałek drewienka mnie uratował.
Starałam się wydostać, ale z tyłu
była jakaś bariera nie do przejścia. Pozostała jedynie droga do przodu. Chociaż
nie, ją też wykluczałam. Raczej nie miałam ochoty na bliskie spotkanie z tym
futrzakiem. Najwyraźniej pozostało mi jedynie siedzieć tutaj i czekać na jakiś
cud.
Właśnie zastanawiałam się jak
smakuje ziemia, którą niedługo miałam zostać szczelnie opatulona, kiedy coś
poderwało mnie do góry. Niby jak? Dlaczego? Przecież to jest tunel do cholery!
I to strasznie niski!
Zanim się obejrzałam wylądowałam
na ziemi obok drzewa.
- Co? – wydusiłam z siebie,
rozglądając się zdezorientowana wkoło.
- Stało ci się coś? – spytał
ktoś, pochylając się nade mną. Wzrok miałam dziwnie zamglony. Z wolna zaczął
się wyostrzać, ale z trudem rozróżniałam kształty.
- Co?
- Zwichnęłaś nogę? Złamałaś sobie
coś? Jak tam wylądowałaś?
- Jak mnie stamtąd wyciągnąłeś? Z
tego tunelu? Jak przeskoczyłeś ten ogromny występ? – spanikowałam.
- Jaki występ? O czym ty mówisz.
Nie miało nawet pół metra. Tunel? Byłaś w drzewie...
- Nie! Byłam w tunelu! I była
zagadka! – sapnęłam, czując jak serce wyrywa mi się z piersi. Co jest grane? Co
się dzieje?!
Podniosłam się z ziemi i
chwiejnym krokiem podeszłam do dziury w drzewie. Dziwne. Faktycznie nie było
wysoko... ale przecież wcześniej to miało co najmniej pięć metrów!
- Jakim cudem? – przeraziłam się
i to nie na żarty. To coś ingerowało w mój mózg? Ingerowało w wzrok? W
odczucia? Dlaczego? Jak?
- Chodź. Pogadamy w internacie –
Piotrek ścisnął moją rękę. Skinęłam głową, chociaż pytania wierciły ogromną
dziurę w brzuchu. Najgorszy był fakt, że nie dostanę na nie odpowiedzi ani
dziś, ani jutro, ani najprawdopodobniej aż do śmierci.
Prychnęłam ze zdenerwowania i
przetarłam ręką oczy. Kiedy zauważyłam na nadgarstku ślady łez, zezłościłam się
jeszcze bardziej. Jakie to głupie! Płakanie jest strasznie głupie!
- Bianco? – pokręciłam głową i
pociągnęłam nosem. Co za beznadziejna sytuacja. Że też akurat teraz, przy nim musiałam się rozkleić!
Piotrek jednak objął mnie w pasie
i przyciągnął do siebie. Jeśli przy spotkaniu ząb w kieł z tym dziwnym
stworzeniem w tunelach, biło mi mocno serce, to teraz po prostu eksplodowało!
Poczułam się jak astmatyk, kiedy
gula utknęła mi w gardle i prawie uniemożliwiła oddychanie. Co się ze mną
dzieje! Głupieję! Naprawdę zgłupiałam!
Oparłam jednak głowę na jego
ramieniu i oplotłam rękami jego klatkę piersiową. Uderzyła mnie woń cynamonu i
alkoholu, która od niego biła i nagle zdałam sobie sprawę, że potwornie
śmierdzę. O cholera, ale ja muszę cuchnąć! Już chciałam się odsunąć, ale było
mi tak dobrze...
Zamknęłam oczy i uśmiechnęłam się
sama do siebie.
To głupie, ale cynamon stał się
moim ulubionym zapachem.
~~~~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~~~~~
13 pechowy? Dla Bianci może tak c:
Lubię zapach cynamonu ;__; Ale to nie przez Piotrka.
A żeby nie było tak słodko, jeszcze tu namiesza >:3
Poza tym wstawiam teraz, bo nie wiadomo kiedy mnie kolejnym razem na kompa przywieje.
Na szczęście zostaje mi telefon ;_;
Next piątek/sobota ;>
