Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internat. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 stycznia 2014

Kartka 9

       Dla Jaydena najbliższy czas nie zapowiadał się przyjemnie. Rozeszła się plotka o jego chwilowej słabości psychicznej. Gdyby to była sama prawda... jednak ktoś mocno tu dopowiedział. Jay dostał świra i warczał na wszystkich wkoło gorzej niż normalnie.
        Aż nie mogłam się doczekać, kiedy to wszystko minie.
        Właśnie trwała nudna, teoretyczna lekcja fotografii. Wpatrywałam się uporczywie w okno, a moje myśli błądziły od najniższych kondygnacji budynku, aż po internat, w którym najprawdopodobniej siedział teraz Jayden.
        Piotrek uwziął się na rozwiązanie zagadki Cieni, które z kolei uczepiły się mnie. Dodatkowo zdecydowałam, że jeśli już mamy robić coś z tą sprawą, to działamy razem. Tu koło się zamykało. Wplątaliśmy się w niezłe bagno.
        O ile dobrze to wszystko sobie poukładałam w głowie,  to zostało mi niewiele życia. Za pewien czas po prostu rozedrą mnie na strzępy. Dość ciekawa perspektywa: jeśli rozrzucą moje szczątki po całym świecie, to w końcu będę mogła go zwiedzić! A ja głupia obawiałam się, że nie zdążę tego zrobić przed śmiercią! Tymczasem to właśnie ona rozwiązuje sprawę. Zabawne.
         Z tych jakże optymistycznych rozmyślań wyrwało mnie gwałtowne szturchnięcie w ramię. Zdezorientowana poderwałam głowę w górę i zerknęłam na osobę, która wzbudziła mnie z transu.
        - Pracujemy razem - rzuciła dziewczyna. Miała długie, czarne włosy starannie splecione w kłosa i smukłą twarz pokrytą ostrym makijażem. Na dodatek w tak chłodny dzień założyła kusy top, ściśle przylegający do jej piersi i krótkie spodenki nałożone na leginsy. Już mi się cisnęły na usta niecenzuralne epitety, jednak szybko się upomniałam. Od wytykania i ubliżania był Jayden, nie ja.
        - Co? - wydusiłam z siebie, bo nie bardzo wiedziałam o co chodzi. Zerknęłam na Piotrka siedzącego w drugiej ławce od ściany. Trafił na piękną Alicję, która uśmiechała się bez przerwy i wykonywała przydzielone jej zadania bez mrugnięcia okiem. Trafiła tu przez stypendium. Wymieniłam z nią kilka zdań i wtedy nawet przypadła mi do gustu. Tylko, że teraz była zołzą. Nawet wyglądała na zołzę, gdy tak się szczerzyła do Piotrka...
        Nawet nie zauważyłam, kiedy zacisnęłam rękę na długopisie. Szczęknął cicho, zwracając na siebie moją uwagę.
        - Boczek nas przydzielił. Halo, może zaczęłabyś uważać?  - warknęła władczym tonem, machając mi ręką przed oczami.
        - Przecież uważam. Zabierz tą łapę sprzed mojej twarzy! - zaatakowałam. Jednak nadal nie patrzyłam na partnerkę. Wlepiałam spojrzenie w Alicję, na którą miałam widok ponad ramieniem czarnowłosej. Co za suka. Brzydka, gruba i głupia. A on? On jest ślepy. Czemu wpatruje się w nią jak w obrazek?
        - Czy mi się wydaje, czy jesteś tak samo porąbana, jak twój brat? - prychnęła dziewczyna.
        - Skończ z tym. To co robimy?
        - Kolaż.
        - Kolaż?
        - Jesteś głucha, czy upośledzona? - warknęła. - Tak, kolaż, a ściślej mówiąc o książkach. Mamy wprowadzić tą zasadę z lekcji.
        Już nie chciałam pytać o jaką regułę chodzi. Wyszłabym na idiotkę, jednak nie miałam najmniejszego pojęcia o czym była miniona lekcja. Jeszcze raz zerknęłam na Piotrka, który ucinał sobie wesołą pogawędkę z Alicją. Wypuściłam głośno powietrze z płuc.
        - A do kiedy? - spytałam mimowolnie, wciąż patrząc na parkę.
        - Cholera, czy ja mam ci wszystko tłumaczyć? Na za tydzień. W weekend musimy jechać do biblioteki, żeby zrobić cholerne zdjęcia. W razie komplikacji skontaktuj się ze mną, jak już odzyskasz kontakt z rzeczywistością - wkurzyła się i wstała. Zauważyłam, że większość uczestników lekcji zdążyła już wyjść.
        Nie chciałam czekać, aż Piotrek skończy pogawędkę. Mdliło mnie od tych uśmiechów, które sobie posyłali. Konwersacja pochłonęła ich do reszty, a w klasie nie został nikt prócz nas i krzątającego się Boczka. Chwilę obserwowałam poczynania tego tęgiego mężczyzny o twarzy dziecka, po czym bez słowa podniosłam się i wyszłam.
        Mimo nalegań Piotrka na unikanie samotnych przechadzek, nie byłam w stanie na niego czekać, patrząc przy tym na ich roześmiane twarze.
        "Nie bądź zazdrosna, Bianco. Naiwna!" - śmiał się ze mnie mój własny umysł.
       - Nie jestem - burknęłam niezadowolona. Brawo, Bianco, konwersacja z samą sobą?
        Byłam już przy internacie, kiedy usłyszałam za sobą krzyk:
        - Bianca! Miałaś zaczekać!
        - Zapomniałam - mruknęłam niechętnie, kiedy Piotrek w końcu się ze mną zrównał.
        - Pewnie. Wszystko w porządku?
        - W jak najlepszym - odparłam niezupełnie zgodnie z prawdą. Musiałam pogadać z Arią i to natychmiast.
        Byliśmy już pod moim pokojem, kiedy Piotrek przerwał zalęgłą ciszę.
        - Może wybrałabyś się z nami w sobotę do miasta? - spytał. Podniosłam na niego wzrok i uśmiechnęłam się lekko.
        - Nami?
        - Mną i Alicją - uśmiech natychmiast zrzedł, a ja pokręciłam głową.
        - Mam plany - cholerna Alicja! - Sophie przyjeżdża.
        - W takim razie za tydzień?
        - Może - mruknęłam, szukając w głowie jakiejś konkretnej wymówki.
        - Powinniśmy całą czwórką zrobić ognisko. Co ty na to?
        - Dobry pomysł - w moim głosie pojawiło się odrobinę więcej entuzjazmu. Wymieniliśmy uśmiechy i otworzyłam drzwi od pokoju.
        Zatrzasnęły się za mną z hukiem. Rzuciłam torbę na łóżko i opadłam na nie bezwładnie.
        - Stało się coś? - spytała zdziwiona Aria.
        - Cholerna Alicja.


*********

Kolejny rozdział opowiada Jayden.
Najprawdopodobniej 6 stycznia, bo nie mam internetu i korzystam z telefonu ;-;



niedziela, 22 grudnia 2013

Kartka 6

Na początek, jeśli to nie problem, to zagłosujcie na Madeline, numerek 2 TUTAJ.
Zasługuje ;3
A teraz, enjoy. Jeśli ktoś znajdzie błędy, to będę mu wdzięczna! ;3

~~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~~~


W końcu opanowałam zdolność poruszania własnym ciałem. Wrzasnęłam przerażona i cofnęłam się parę kroków do tyłu. Stan mojej równowagi jednak miał się krytycznie. W efekcie czego wylądowałam na plecach. Uderzyłam głową o posadzkę i na chwilę zabrakło mi tchu.

- Nic ci nie jest? – tuż nad moją głową pojawiła się przerażona twarz Piotrka. Odetchnęłam głęboko raz, potem drugi i kiwnęłam głową.

Dziwne uczucie na moim ramieniu zniknęło.

- Powiedz mi, że widzisz to, co ja. Powiedz, że nie zwariowałam – wykrztusiłam z siebie. Usiadłam na podłodze, nie patrząc na chłopaka, tylko wbijając wzrok w wizjer.

Po chwili wahania podniósł się s klęczek i oglądając się na mnie ruszył do metalowych drzwi. Uśmiechnął się niepewnie. Bał się.

Chyba mieliśmy stalowe nerwy. Chciałabym uciekać, naprawdę chciałabym. Widziałam po jego spojrzeniu, że i on chciał. Czemu nie mogliśmy? Co nas tu trzymało? Głupia duma, czy ciekawość? A może coś silniejszego? Coś, co przyprowadziło mnie tu za pierwszym razem i sprawiło, że przyszłam teraz z Piotrkiem? Coś, co miało nad nami większą kontrolę, niż my sami. Co ja gadam...

Piotrek zaglądnął przez wizjer do pokoju obok. Usłyszałam aż tutaj, jak wciąga głośno powietrze. Nie patrzyłam na niego, patrzyłam na otwarte drzwi, wychodzące na korytarz. Tylko one teraz dawały jakieś światło. Chwilę mi zajęło zrozumienie, że właśnie się zamykają.

Powolutku sunęły w stronę framugi, by uwięzić nas tutaj. Samoistnie. Moment... drzwi? Same się poruszają? Nie czułam przeciągu, ani niczego innego. Na dodatek drzwi raczej nie robiły tego naumyślnie...

W jednej chwili poderwałam się do góry i znów poczułam mroźny oddech na karku.

Zwariuję! Ja zaraz tu zwariuję!

Panika wzięła nade mną górę. Doskoczyłam do drzwi wiodących na korytarz i naparłam na nie tak, by zatrzymać je w miejscu. Co dziwne, dalej sunęły naprzód, nie robiąc nic sobie z moich wysiłków.

- P-p-p-p-p... – zająknęłam się, charcząc nienaturalnie zachrypniętym głosem. – P-p-p-p-piotrek!

Chłopak powoli oderwał wzrok od wizjera i spojrzał na mnie z ustami otwartymi w wyrazie niemego przerażenia.

- Nie zwariowałaś – powiedział. Przez chwilę ogarnęło mnie błogie uczucie ulgi. Tylko przez jedną, króciutką chwilę, aż drzwi znowu nie zaczęły mnie przesuwać po podłodze. Jedna, krótka chwila.

- Szybko! – wykrztusiłam jeszcze z siebie. Dotarł do mnie w dwóch, długich susach. Przemknął przez szczelinę, jaka została między framugą i zatrzasnął drzwi. Głuchy huk potoczył się echem po cichych korytarzach szkoły.

Nagle zdałam sobie sprawę, że teraz należało zacząć się obawiać ludzi z krwi i kości. Chwyciłam chłopaka za rękę i pobiegliśmy w stronę wyjścia. Adrenalina dodawała mi szybkości. Nigdy nie byłam jakimś asem w bieganiu, ale teraz prułam przed siebie, aż się kurzyło. Znaczy... kurzyłoby się, tylko aktualnie nie miało co.

Wybiegliśmy na dwór i przystanęliśmy dopiero koło rozłożystego drzewa, z daleka od ścieżek. Wyczerpana usiadłam na trawie, opierając się plecami o wierzbę. W cieniu, gdzie nie było tak ciepło, a naokoło wciąż było jasno, wydawało mi się to wszystko takie absurdalne.

Zaczęłam się śmiać. Po dłuższym czasie rozbolał mnie brzuch, a łzy, które popłynęły po policzkach, wyrobiły sobie jasne ścieżki na skórze okrytej kurzem. Westchnęłam i oparłam głowę o drzewo, zerkając na siedzącego obok mnie Piotrka.

Chwilę siedzieliśmy tak w milczeniu, zatopieni we własnych myślach. Serce pomału odnajdywało swój zwykły rytm, oddech wracał do normy, a kolka zelżała. Pozostał tylko zamęt w głowie.

- Co to było? – spytałam. Zaczęło się robić ciemno, niebo z niebieskiego przeszło w granat, a słońce pomału chowało się za horyzontem, pozostawiając za sobą kolorowe smugi.

- Niestety nie wyobraźnia – brzmiała odpowiedź. Znów zamilkliśmy. Starałam się to wszystko poukładać w głowie, ale za każdym słyszałam cienki śmiech logiki.

„Zwariowałaś – podsuwała mi namolnie. –  Po prostu zwariowałaś, dziewczyno!”

- Ciekawe, czy ktoś to widział, prócz nas – zastanowiłam się. – Jak znalazłam się tam za pierwszym razem, to drzwi były uchylone. Na dodatek do piwnic mają dostęp sprzątaczki, trzymają tam swoje ścierki...

- Może to jest tak, jak w książkach. Niektórzy są po prostu ślepi na to – powiedział Piotrek. Przemilczałam to, rozpatrując w głowie jego słowa.

- Jak w „TO” Stephena Kinga? Tylko dzieci i niektórzy z dorosłych widzieli klowna.

- Dokładnie tak.

- Tylko, że to nie jest książka, my możemy zostać zranieni naprawdę – szepnęłam. Głos mi się załamał. Chyba będę miała urazę do zajęć z talentów. Na szczęście fotografia w głównej mierze miała miejsce na dworze, prócz oczywiście zajęć teoretycznych.

- Chyba zwariowałem, ale... muszę się czegoś na ten temat dowiedzieć – oświadczył nagle i wstał. Uniosłam głowę i zauważyłam w jego oczach coś, co mi się nie spodobało.

- Nie chcesz chyba tam wracać, co? – spytałam, podnosząc się do góry.

- Wiesz...

- Nie wracaj tam!

- Na razie nie zamierzam – odparł spokojnie, wtykając ręce do tylnych kieszeni. Nie patrzył na mnie, tylko gdzieś w przestrzeń ponad moją głową.

- Może to żadne paranormal activity – powiedziałam. – Może po prostu jakiś film wgrany w wizjer...

- Film? – parsknął chłopak. Naburmuszyłam się lekko, rzucając mu krzywe spojrzenie. – Jeśli to film, to pewnie jakiś aktor chuchał ci na kark, tak?

- Może – odparłam wymijająco. – To szkoła dla ułomów! Pewnie kiedyś próbowali odtworzyć jakiś horror i pozostawili efekty specjalne w piwnicy...

- Wierzysz w to?

- Nie.

Staliśmy, milcząc przez chwilę. Patrzyłam prosto w jego brązowe oczy i czułam narastające wątpliwości. Może to były po prostu halucynacje? Zanim jednak się odezwałam, on obrócił się i ruszył przed siebie.

- Gdzie idziesz? – spytałam, szybko go doganiając.

- Poszukam w internecie, ktoś musiał coś widzieć. Ewentualnie spytam jakiejś sprzątaczki. Nie zejdę tam! Obiecuję! W każdym razie... teraz. Zbyt świeżo mam to w głowie.

- Jeśli będziesz chciał znów zejść – zaczęłam wolno, czując narastającą gulę w gardle – to zejdę z tobą.

Spojrzał na mnie z wątpliwością, jednak po chwili uśmiechnął się lekko.

- To się zgłoszę – powiedział.

~***~

Do pokoju wpadłam jak huragan. Trzasnęłam drzwiami i wyszukałam wzrokiem Arii. Siedziała na łóżku i wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami. Na kolanach trzymała książkę, którą musiała czytać zanim jej tak brutalnie przerwałam.

- Zgaduję, że mogę się zacząć bać – jęknęła, bez żadnego cienia wątpliwości.

W miarę opowiadania całego zdarzenia, jej oczy rozszerzyły się do granic możliwości, a usta kreśliły kształtne „O” w najbardziej odpowiednich momentach. Jednak nie potraktowała tego, jak historii z życia wziętej, a raczej jak wyimaginowane opowiadanie pochodzące z urojeń autora.

- Bałaś się? – spytała takim tonem, jakby mówiła o przeżyciach podczas oglądania horroru w kinie.

- Nie, cieszyłam – sarknęłam, krzywiąc się lekko. – Czemu nie chciałaś iść?

Na dłuższy moment zapadła cisza. Coraz częściej wkraczała ona w wartkie dialogi pomiędzy naszą czwórką.

- No cóż...

- Nie uwierzycie! – Piotrek wpadł do pokoju i po raz kolejny w ciągu kilku minut, drzwi trzasnęły z hukiem.

- W co nie uwierzymy? – spytała szybko Aria, wymigując się od tematu.

- Krąży o tym, co widzieliśmy, zbiór opowiadań – zastanowił się chwilę i zaczął szybko klikać na swoim mini-laptopie. – Nie jest napisane o konkretnej szkole, tylko ogółem w Polsce.

- I co? – spytałam, kiedy zapadła niepewna cisza. Piotrek popatrzył raz na mnie, raz na ekran i skrzywił się nieznacznie.

- Stek bzdur wyssany z palca. Ale przeczytaj, może jest jakieś ziarnko prawdy – podał mi laptopa i usiadł na krześle, obok łóżka Arii.

Zanim jednak zdążyłam wyciągnąć ręce, drzwi znów się otworzyły i do środka wparował Jayden. Standardowo gruchnął drzwiami o framugę i rozejrzał się po towarzystwie. Chyba mu nas brakowało, że postanowił sam przyjść.

- Co tak trzaskacie, cały internat narzeka – warknął na wstępie.

- Zluzuj, od narzekania mistrzem jesteś tylko i wyłącznie ty – odparłam, uśmiechając się lekko. Nie zareagował szczególnie na tą zaczepkę. Usiadł na moim łóżku i zaczął mi się natarczywie przyglądać. Chyba trybiki mu wpadły na dobre miejsca, bo miał zmartwioną minę.

- I co? – spytał tak po prostu, zerkając na Piotrka.

- No i to prawda.

Przechwyciłam laptopa i mrużąc oczy wpatrzyłam się w ekran. Aria zaglądała ponad moim ramieniem. Obie zagłębiłyśmy się w historię, która była zupełnie idiotyczna.

- Bianca... – zaczął Jayden. Ciarki mnie przeszły, jak przypomniałam sobie, gdzie i w jakiej sytuacji zostało wypowiedziane moje imię ostatnio. Trauma na całe życie. Jak ja mam teraz zasnąć?

- Czytam – mruknęłam krótko, nie odrywając wzroku od ekranu. Stek bzdur. Bzdura za bzdurą. Jeśli TO miało być odzwierciedleniem, tego co dzisiaj widzieliśmy, to ktoś był ślepy i nieczuły. Jednak jeden szczegół przykuł moją uwagę.


„Mówili, że prowadzono tam badania.
Inni wspominali o obrzędach.
Jednak każda wersja sprowadzała się do jednego – do cieni.
Coś się nie udało, coś umknęło ich uwadze. Pojawiło się zło nie do poskromienia.
Cienie.
Nie sposób ich zatrzymać, jeśli wybiorą ofiarę. Chowają się w jej cieniu, czekając na dobry moment. Nękają, żywiąc się jej strachem.
Kiedy nadchodzi czas,  wyłaniają się z nicości i atakują. Rozszarpują ofiary na strzępy.
Kim są Cienie? Są strażnikami tajemnic tak strasznych, że ludzkość mogłaby się przez nie wyeliminować.”


Siedziałam przez chwilę w bezruchu. Aria skończyła czytać i rozglądała się ze znudzoną miną po pokoju. Nie zauważyła. Nie dostrzegła tego fragmentu.

- Wiesz... – podniosłam powoli wzrok i wbiłam go w Piotrka. Wpatrywał się we mnie z uwagą. Nie, on też nie mógł tego dostrzec. To ja wtedy stałam w wizjerze. To ja patrzyłam, jak bezkształt odrywa się od ściany.

Ja. Ja. To ja. Już po mnie?

Moment zajęło mi pojęcie tego, co proponował mi mózg. Widziałam cienie. Czy to znaczy, że w pobliżu jest jakaś koszmarna tajemnica? Czy cień dostrzegł mnie na tyle, że będzie chciał mnie zabić? Czy już czai się za mną?

Obróciłam raptownie głowę i wrzasnęłam widząc cień na ścianie. Mój cień. To nie Cień, tylko cień. O boże.

Do moich oczu napłynęły łzy, ale postanowiłam się nie rozpłakać. Po prostu nie. Zerknęłam na Jaydena. Wpatrywał się we mnie z nieprzeniknionym wyrazem. Był zamkniętą księgą, opieczętowaną zardzewiałą kłódką. Nie miałam do niej klucza. Czasem zastanawiałam się, czy istniała taka osoba w całym wszechświecie, która umiałaby go poznać do końca.

- Trochę przerażająca sytuacja – szepnęłam. Aria odchrząknęła.

- Trochę. 


~~~~~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jeśli są tu nawiązania do jakiejś powstałej książki, to nie są one naumyślne :x
Aż trudno uwierzyć, że to wszystko do czegoś prowadzi... 
W każdym razie w mojej głowie wszystko jest ze sobą powiązane XD
Kolejny rozdział z perspektywy Jaya.
Najprawdopodobniej za 2-3 dni.

środa, 18 grudnia 2013

Kartka 5

Jayden spękał. Oczywiście, nie przyznał się do tego, ale ja to widziałam. Po tym, jak Piotrek zaproponował, abyśmy poszli wszyscy razem w oczach Jaydena pojawiło się coś, czego nie było tam od paru lat.

Przypomniałam sobie tego małego chłopca biegnącego do domu w pewien słoneczny, lipcowy dzień. Łzy spływały mu po policzkach, rozbiegane oczy błyszczały paniką, a przyspieszony oddech dobitnie świadczył o długim biegu.

Wiedziałam, że miał to samo przed oczami, domyśliłam się po jego wyrazie twarzy.

Bał się.

Jayden Easay po dziewięciu latach duszenia wspomnień w sobie, po prostu się bał.

- Spoko, nie musi iść – odparłam, bardziej do Jaydena, niż do Piotrka, czy Arii. Bliźniak patrzył na mnie przez chwilę, starając się uspokoić.

- Mam trochę do zrobienia – powiedział. Znów przybrał maskę, a ja zmarszczyłam brwi w geście zamyślenia. – Poza tym nie jara mnie włóczenie się po piwnicach, jak jakiś menel.

- Pękasz – prychnęła Aria.

- Jak ty – podsunęłam z wesołym uśmiechem.

- Ja po prostu nie... – rozejrzała się po pozostałych i posłała mi smutne spojrzenie. – Proszę, nie każ mi iść. Jak wrócisz to pogadamy.

Zmarszczyłam brwi i skinęłam z wahaniem głową. Coś tu nie grało. O ile zachowanie Jaydena mnie nie dziwiło, o tyle brak odwagi Arii pozostawiał wiele do myślenia.

- Pogadamy później, Jay – rzuciłam na odchodnym, trzymając rękę na klamce.

- Po chuj – warknął, przepychając się koło mnie i wychodząc na korytarz. – Nie potrzebuję pieprzonej niańki. Możesz się wypchać.

- Nie wpakuj się w kłopoty – dodałam jeszcze, uśmiechając się sama do siebie.

- Moją matką, kurwa, jesteś?

- Ja ciebie też, Jay! – odwróciłam się i ruszyłam razem z Piotrkiem w stronę schodów.

- Pierdol się – warknął naburmuszony Jayden.

~***~

Aż do momentu wejścia do budynku, rozmawialiśmy praktycznie o wszystkim. O szkole, rodzinie, wspomnieniach i marzeniach. Śmialiśmy się jak gdyby nigdy nic.

Jednak w momencie, w którym uchyliłam drzwi od szkoły, nastała między nami dojmująca cisza. Otaczała nas z każdej strony i otulała chłodnym całunem. Ani nas nie jednoczyła, ani nie dzieliła, jak to zwykle cisze mają w mniemaniu. Ta mroziła krew w żyłach.

Bałam się tego, co może się powtórzyć, bałam się znów poczuć zimny oddech na karku, bałam się znów ujrzeć to dziwne światło, wypływające jakby ze ścian. Jednak najbardziej bałam się, że nic się nie stanie i stwierdzą zgodnie, że zwariowałam. Chyba, że rzeczywiście zwariowałam i powinnam trafić do psychiatryka. Albo to wszystko działo się w mojej nadpobudliwej wyobraźni i nic takiego w rzeczywistości nie miało miejsca.

Zwątpiłam nagle w swoją rację. Zawahałam się przy drzwiach prowadzących do piwnicy. Powinnam tam wchodzić? Może po prostu jestem rąbnięta?

Nagle poczułam na ramieniu ciepłą dłoń Piotrka. Klepnął mnie lekko. Odwróciłam głowę i napotkałam uśmiech pełen otuchy.

- Jeśli nic się nie wydarzy i tak im powiemy, że coś się stało – poinformował mnie szeptem.

- Dzięki, ale nie będziemy kłamać – odszepnęłam. Dziwnie się czułam, zakłócając ciszę otaczającą nas z każdej strony. Gdzieś w górnych kondygnacjach budynku grała muzyka, prawdopodobnie pianino.

„Jayden by nie wytrzymał” – przemknęło mi przez myśl. Dlaczego? Co się wtedy takiego stało, że jako siedmioletnie dziecko biegł z zawrotną prędkością do domu. Co się stało, że Jayden był tak śmiertelnie przerażony?

Nie pamiętałam. Nie znałam całości wydarzenia, kiedyś tylko podsłuchiwałam jak o tym mówili. Jednak przed oczami teraz stale miałam ten jeden obraz. Uciekający, przerażony Jay.

Nacisnęłam klamkę i drzwi odpuściły ze zgrzytem. Wślizgnęłam się do środka i czując, jak mocno bije mi serce, przesunęłam się przy ścianie w lewą stronę. Gdzie jest kontakt?

Ciemność wydawała mi się nie mieć końca, gdy tak przesuwałam ręką po ścianie. Miałam wrażenie, że w każdej chwili coś, co czai się na mnie, wyskoczy i wbije pazury w moją kościstą rękę. Później mnie rozszarpie, a ostatnie, co będę widziała w życiu, to ogromne, żółte ślepia, w których błyszczała furia. Oh nie, błagam, nie chcę tak umierać!

Jak na życzenie, w całym korytarzu lampy zapaliły się, rzucając wkoło mdły blask. Odetchnęłam z ulgą.

Co się dzieje! Od kiedy ja boję się ciemności?

Uciekający, przerażony Jay.

- Wszystko dobrze? – spytał Piotrek, patrząc na mnie z zaciekawieniem.

- Dobrze – jęknęłam, odsuwając się od ściany. Zwolnij, serce, zaraz wyrwiesz mi się z klatki! Oh, jakie beznadziejne uczucie.

Ruszyliśmy korytarzem ramię w ramię, rozglądając się na boki. Nasze kroki dudniły w tym zacisznym miejscu, a każdy oddech przypominał sapanie dzikiego zwierzęcia.

„Opanuj się, Bianca! Od kiedy boisz się ciemności?!” – zganiłam się w duchu i znowu przed moimi oczami pojawił się obraz przerażonego Jaydena.

„To on ma traumę psychiczną, nie ja – pomyślałam. – Jest źle, gadam sama do siebie.”

Przystanęliśmy dopiero przed drzwiami, przez które zaglądnęłam niemalże tydzień temu. W końcu odnalazłam w sobie spokój, a mój oddech przestał przypominać sapanie wykończonego maratończyka. Potarłam gorące czoło ręką i zerknęłam na Piotrka.

- Wejdziemy? – spytał, patrząc na mnie z troską. Chyba wyglądałam jak przerażona dziewczynka. Poprawiłam włosy, które wpadły mi na twarz i uśmiechnęłam się lekko do chłopaka.

- Po to tu jesteśmy – odparłam pewnym głosem, chociaż w środku już nie byłam taka odważna. Co się ze mną dzieje? Czemu się tak trzęsę?!

Piotrek uchylił drzwi i zaglądnął do środka. Chwilę tak stał, po czym odwrócił głowę do mnie.

- Wiesz, ta zielona poświata z reguły występuje, jak jest silne stężenie napromieniowania – oświadczył wolno, patrząc mi prosto w oczy.

- Napromieniowania – powtórzyłam głucho, patrząc tępo w przestrzeń. – Myślisz, że szkoła jest napromieniowana?

Piotrek wahał się chwilę, po czym pokręcił głową. Otworzył drzwi na szerokość ramienia i po raz drugi zaglądnął do środka. Staliśmy chwilę w bezruchu, wstrzymałam nawet powietrze, sama nie wiem czemu. Jednak Piotrek nie drgnął, najwyraźniej nic nie poczuł na karku, tak jak ja wtedy.

- Muszę się rozejrzeć – oświadczył. Otworzył drzwi na maksymalną szerokość i postąpił dwa kroki do przodu. Powiódł wzrokiem po pomieszczeniu i rzucił mi krótkie spojrzenie. Weszłam za nim. Nawet, gdyby drzwi zamknęły się i uwięziły nas w środku, wolałabym być razem z nim, niż oddzielnie.

Zaczął przechadzać się po pustym pokoju, mijając raz po raz drzwi wyglądające, jakby były zrobione z metalu. Przyglądałam im się dłuższą chwilę. Przyciągały mój wzrok jak magnes.

Podeszłam do nich. Stojąc na palcach zaglądnęłam w wizjer. Słyszałam swój świszczący oddech i odruchowo położyłam dłoń na karku.

- Co robisz?

Patrzyłam na środek pomieszczenia za drzwiami. Ono także wydawało się wprost mienić zielenią, jakby jaśniejszą i mniej mętną niż to, w którym się znajdowaliśmy. Nie było widać zbyt dużo. Tylko jakiś komputer stojący na ogromnym stole pośrodku pokoju.

Przeciwna ściana była cała okratowana. Jak w więzieniu. Wytężyłam wzrok, próbując coś wyłapać. Przez chwilę wydawało mi się, że ciemność w jednym miejscu jest jakby bardziej skupiona, niż w pozostałych. Chyba odniosłam mylne wrażenie.

- Bianca... – odezwał się nagle Piotrek, przerywając ciszę. Nie odpowiedziałam, całą swoją uwagę poświęcając ciemnej plamie za kratami. Chyba się poruszyła. Tak, z pewnością!

Teraz już było widać to wyraźniej. Ciemność wydawała się „odrywać” od krat i wkraczać w „zielony” pokój. Ale jak... jakim cudem? To chyba jakieś złudzenie optyczne.

Czułam, jak zaczyna napływać strach, a na moim ciele pojawia się gęsia skórka. Nie oderwałam jednak wzroku od wizjera. Usłyszałam za sobą ciche kroki zbliżającego się Piotrka. Zaszeleścił jakiś materiał. Zarejestrowałam to odruchowo, nawet się na tym nie skupiając.

Ciemny kształt w pokoju obok nadal próbował się wydostać. Wydawało się, że coś go trzyma i nie pozwala na wyjście. Czyżby to było to zielone światło? Odbijało się od niego, jakby popychając go w tył.

Go. O czym ja w ogóle myślę! Jakie kształty, jaka ciemność? Serio postradałam zmysły!

Jednak nie oderwałam wzroku.

- Bianca... – syknął znów Piotrek. Jego głos wydawał się odległy, chociaż zabrzmiał głośniej niż wcześniej. Patrzyłam, jak ciemna masa w wizjerze nieruchomieje na chwilę, po czym zaczyna się... „odrywać” z większą zażartością.

Teraz byłam stuprocentowo pewna. Widziałam to! Naprawdę to widziałam! To nie są żadne halucynacje! No właśnie... tylko CO to jest, co ja widzę?

Znów rozległy się kroki i poczułam dłoń na ramieniu.

Co za frajer! Czy nie widzi, że coś robię? Niech mi nie przeszkadza.

- Przestań na mnie chuchać, idioto – zirytowałam się, nadal nie odrywając wzroku od wizjera. Nie mogłam, nie potrafiłam. Patrzyłam jak ciemna masa pomału uwalnia się zza krat, a zielone światło stopniowo przygasa, ustępując miejsca ciemności.

- Wiesz... stoję po drugiej stronie pomieszczenia – mruknął Piotrek.

Wszystkie włoski na karku stanęły mi dęba, kiedy znów poczułam zimny oddech. Miejsce, w którym moje ciało stykało się z nieznaną masą, paliło żywcem. Odwróciłam głowę i niepewnie zerknęłam w tył. Nic nie było. Tylko Piotrek parę kroków ode mnie. Patrzył się z przerażeniem w przestrzeń.

I nagle zdałam sobie sprawę, że jest ciemno. Potwornie ciemno. Zielona poświata zniknęła.  Nie tylko tu, ale i w wizjerze. Chciałam dotknąć ramienia, na którym coś ewidentnie leżało. Ręką natrafiłam na chropowatą, obślizgłą strukturę, której moje oczy nie dostrzegały.

Pomimo przerażającej sytuacji, gnana nieznaną ciekawością, znów spojrzałam w wizjer.

Nie, tam nie było ciemno. Po drugiej stronie było okrutnie czerwono, a na samym środku ziała pionowa, czarna szpara.

Wstrzymałam oddech, kiedy światło przysłoniła na chwilę ciemność, po czym znów się rozjaśniło. I
wtedy zrozumiałam. To było oko. Patrzyło na mnie drapieżnym spojrzeniem. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Stałam w miejscu sparaliżowana, chociaż chciałam biec. Chciałam wrzeszczeć, uciekać, płakać. Chciałam być gdziekolwiek, byleby nie tu.

- Chyba nie jesteśmy tutaj sami – szepnął do mnie Piotrek. Ta sarkastyczna część mnie chciała pogratulować mu odkrycia Ameryki. Jednak byłam zbyt przerażona, by coś z siebie wydusić. Mogłam tylko patrzeć w wizjer.


Tak, w istocie, nie jesteśmy tu sami.


~***~


Jeszcze jeden rozdział i wstawiam Kartkę z perspektywy Jaydena. 
Muszę wyjaśnić to i owo z jego przeszłości, co wpłynie na fabułę.
Błędy poprawię jeszcze jutro!
P.S. Angina to KOSZMAR :c

piątek, 13 grudnia 2013

Kartka 4 cz 1

       Po południu byliśmy już na miejscu. Ojczym zatrzymał samochód przy bramie wjazdowej i obrzucił nas uważnym spojrzeniem.
     
       - Mam pracę za dwie godziny, dzieciaczki. Jestem w tyle z czasem, poradzicie sobie sami, co?

       - Damy radę! - odparłam entuzjastycznie, uśmiechając się ciepło. Jayden mruknął coś bliżej niezrozumiałego i po prostu wyszedł. Ojczym obrzucił go smutnym spojrzeniem i po chwili przerzucił je na mnie. - Nie martw się, on tak do każdego.

       - Tylko nie do ciebie - rzucił. Uśmiechnęliśmy się do siebie, a ja kiwnęłam lekko głową.

       - Prawda, tylko nie do mnie. Do zobaczenia, Adrian - pożegnałam się szybko i wyszłam na zewnątrz.

       Jayden właśnie mocował się z walizkami tkwiącymi w bagażniku. Pojedynczy chłopak obrzucił nas uważnym spojrzeniem, po czym taskając własny bagaż otworzył skrzydło bramy i przemknął na teren szkoły.

       - Pospiesz się - rzuciłam krótko, kręcąc głową na wszystkie strony. Jednak nic nie wskazywało na to, aby w najbliższym czasie ktoś miał wjechać na podjazd obok nas.

       - Może byś mi pomogła, zamiast dyrygować, co? - warknął zezłoszczony Jayden.

       - Podobno to facet jest silniejszy. Chyba, że jesteś babą, Jay...

       - Zamknij się, frajerko - burknął, zatrzaskując klapę bagażnika. Odciągnął walizki i patrzył obojętnie, jak samochód Kamieńskiego wycofuje się z podjazdu i odjeżdża. W chwili, gdy auto zniknęło za zakrętem, Jayden ruszył w stronę kompleksu szkolnego, ciągnąc za sobą swój bagaż.
     
       Zerknęłam na swoją walizkę, którą musiałam najwyraźniej sama się zaopiekować i westchnęłam niechętnie.

       "Może wróci" - pomyślałam. Sprawdziłam godzinę i z przykrością stwierdziłam, że do przyjazdu Arii zostało nieco ponad dwie godziny. Takie bezczynne siedzenie przez najbliższy czas nie zapowiadało się dla mnie optymistycznie. Musiałam, po prostu musiałam się ruszyć i obejrzeć chociaż połowę tego ogromnego kompleksu obsadzonego w większości w dworku należącym niegdyś do jakiegoś szlachcica.

       Zameldowałam się szybko i zaniosłam rzeczy do pokoju. Przy okazji chciałam odszukać Jaydena, ale zniknął gdzieś i musiałam zwiedzać na własną rękę. No cóż, najwyżej się zgubię, co w tym takiego strasznego.

       Na pierwszy ogień poszedł budynek, w którym mieścił się internat. Ot, niewyróżniający się niczym szczególnym. Za mało elegancki w porównaniu z głównym budynkiem i niezbyt oszałamiający wyglądem. Na pierwszy rzut oka widać było, że został dobudowany już po przejęciu terenu przez nowego właściciela.

       Pokręciłam się trochę, zajrzałam do stołówki, gdzie zrzędliwa kucharka pogoniła mnie ścierką i natknęłam się na dwie osoby. Byłam zbyt nieśmiała, aby z nimi porozmawiać, więc uśmiechnęłam się jedynie i poszłam dalej.

       W internacie nic nie znalazłam. Książki skłamały, że był to nawiedzony budynek. No cóż.

       Żeby tylko nie popełnić kolejnej takiej gafy, odszukałam budynek, który wyglądał na najbardziej naznaczony przez czas i zaglądnęłam do środka. Korytarze, sale. Kolejne miejsce nauki. Tym razem nie takiej zwykłej, a artystycznej. Tej, dla której większość przenosiła się do kampusu.

       Jak dotychczas nie odezwała się we mnie żadna dusza artysty. Śpiewałam raczej kiepsko, z tańcem szło mi nieszczególnie. Nie czułam rytmu gitary, ani klawiszy pianina. Na scenie piekłam dorodnego buraka i modliłam się o jak najszybszą ucieczkę. Dlatego też zapisana zostałam na jedyny "przedmiot", który nie narobiłby mi wstydu i upokorzenia. Na fotografię.

       Nie byłam do końca przekonana, czy wolno mi się tak włóczyć po szkolnych korytarzach. Dlatego zachowywałam się bardzo cicho i unikałam sprzątaczek, które krzątały się po salach. W końcu zagnało mnie do piwnic budynku.

       Szłam na ślepo, bojąc się zapalić światła. Czułam to radosne ukłucie napięcia, kiedy wszechogarniająca ciemność przynosiła wspomnienia wszystkich obejrzanych horrorów.  Rozglądałam się naokoło, śmiejąc się w duchu ze strachu, jaki wywoływał we mnie najcichszy dźwięk.

       W końcu stanęłam. Tak po prostu. Po mojej lewej stronie znajdowały się uchylone drzwi. Ze szpar pomiędzy framugą wydobywała się zielona poświata. Światełko wydawało się raz przygasać, to znowu przybierać na sile.

       Wiatr na zewnątrz przeszył wszystkie kondygnacje budynku na wylot, a stare deski zaskrzypiały ostrzegawczo.

       Wyciągnęłam rękę i niewiele myśląc, co robię, pchnęłam drzwi. Ustąpiły z ociąganiem, a zielona poświata zaświeciła się jakby jaśniej niż wcześniej. Przestała  mrugać.

       Wetknęłam głowę w powstałą szparę i rozglądnęłam się po pomieszczeniu. Kolorowe światło wydawało się sączyć ze ścian, a widoczne pyłki tańczyły leniwie w powietrzu. Nie dostrzegłam jednak niczego więcej. Po prostu pustą salę, którą wypełniała zielona poświata.

       Naparłam ciałem na drzwi, by uchyliły się jeszcze choć trochę. Nie ustąpiły. Natomiast na swojej szyi poczułam nagły chłód. Przeszył mnie dreszcz.

       Przez chwilę pomyślałam, że to przeciąg, jednak szybko odrzuciłam tę myśl. Coś ewidentnie stało za mną i sapało na mój kark. Gdy skupiłam się na dźwiękach, usłyszałam miarowe wdech i wydech i jakiś cichy szelest materiału. Wstrzymałam powietrze, zbyt przerażona, by wykonać jakąkolwiek czynność.

       Wdech. Wydech.

       A więc to tak zginę?

       Przeszył mnie lodowaty chłód i wrażenie ustało. Natomiast na schodach rozległy się kroki. Poderwałam głowę do góry, jednak było już za późno.

       Starsza kobieta z siwymi włosami spiętymi w ciasny kok wyłoniła się zza rogu. Kiedy tylko mnie spostrzegła, przystanęła na chwilę i zdziwiona patrzyła, jak pomału zaczynam się wycofywać.

       - Dzień dobry - przywitałam się, wciąż się cofając. Odruchowo położyłam rękę na karku i obmacałam, czy aby na pewno jest cały.

       - Nie wolno ci tu przebywać - burknęła kobieta, znudzonym głosem. Najwyraźniej nie pierwszy raz miała do czynienia z wałęsającą się po okolicy młodzieżą. - Wynoś się. Piwnica jest niedostępna dla osób nieupoważnionych - kontynuowała, wciąż tym sennym tonem.

       - Przepraszam, nie wiedziałam - uśmiechnęłam się lekko i skinąwszy głową na pożegnanie, szybkim krokiem wyszłam z budynku.

       Dopiero na dworze odetchnęłam z ulgą, wciąż czując dreszczyk emocji, który pojawił się wraz z lodowatym oddechem.

       - Co to, kuźwa, było - jęknęłam, próbując wyrównać oddech.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~***~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jutro jeszcze ewentualnie naniosę ostatnie poprawki ;)
Trochę to wnosi do dalszych kartek ^^"
Podzieliłam na 2 części, bo o ile ta jest bardziej znacząca dla fabuły jako takiej, to ta druga raczej dla postaci ;3
Enjoy ;3